niedziela, 28 grudnia 2014

"Dziennik" Hindy i Chaniny Malachi


Dziennik Hindy i Chaniny Malachi
wstęp Jan Grabowski, Lea Balint; oprac. Barbara Engelking
[w:] Zagłada Żydów. Studia i Materiały, nr 3, 2007
str. 241-265


Lea Balint, O Autorach

           Chanina urodził się w Ostrowcu w roku 1918. Jego rodzice, Szmuel i Fajga Szermanowie, prowadzili hurtownię tkanin i byli dość zamożni. Ojciec Chaniny zmarł na raka w roku 1938, a matka, z domu Tanenbaum, zmarła w getcie w 1942 roku. Państwo Szermanowie mieli dwie córki i pięciu synów. Najstarsza córka, Ita, wdowa (jej mąż zmarł śmiercią naturalną w 1938 roku), zginęła w Treblince z dwojgiem dzieci. Ester i trójka jej dzieci także zginęli w Treblince. Lejb Leon, jego żona Rywka i syn Szmuel zostali zamordowani przez Polaków, którzy ukrywali ich za pieniądze. Ich córka Pnina, ukrywana przez polską rodzinę Krasa, przeżyła Holokaust. Po wojnie Pnina wyemigrowała do Izraela i została zaadaptowana przez rodzinę w kibucu. Kolejny brat Chaniny – Szaja został zabity przypadkowo przez Amerykanów w ostrzale pociągu przewożącego więźniów z jednego obozu do drugiego pod sam koniec wojny. Jego żona Dwora i ich dwie córki zginęły w Treblince. Chanina, szósty z braci, autor dziennika, ukrywał się za pieniądze u państwa Piskorskich, a w trakcie powstania warszawskiego podawał się za Polaka o nazwisku Jan Wójcik. Jego żona Hinda, także autorka dziennika, przeżyła okupację, ukrywając się w Warszawie na aryjskich papierach. Szlomo, najmłodszy z braci, był kawalerem. Został zamordowany przez członków polskiego podziemia, wciągnięty w pułapkę, kiedy to grupa młodych Żydów chciała przyłączyć się do partyzantki.
          Także rodzice Hindy prowadzili w Ostrowcu sklep z tkaninami. Specjalizowali się w tekstyliach i materiałach do użytku domowego. Oboje zginęli w Treblince.
          Hinda miała trzy siostry. Najstarsza, Frida, przed wojną pracowała jako skarbnik fundacji Keren Kajemet. Wraz z synem zginęła w Treblince. Druga siostra, Bluma, razem z córką zginęła w Treblince. Także jej mąż przeżył Oświęcim, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i tam zmarł. Trzecia córka, Hinda, i jej maż Chanina, autorzy dziennika, przeżyli Holokaust. Hinda była najbardziej utalentowanym dzieckiem w rodzinie, odznaczała się szczególnie w rachunkach. Jej najukochańszą siostrą była Frida. To właśnie ona zdobyła dla Hindy aryjskie papiery, dzięki którym udało się jej wydostać z getta. Frida nie chciała pójść razem z Fridą. Twierdziła, że z obrzezanym niemowlęciem nie ma żadnej szansy na przeżycie poza gettem. Najmłodsza siostra miała na imię Ester. Była niezamężna. Przetrwała Holokaust dzięki aryjskim dokumentom na nazwisko Janina Sipińska. Ukrywała się w Warszawie u ormiańskiej rodziny, państwa Dabadgian, którzy lubili ją bardzo i chcieli, aby została z nimi także po wojnie.
           Chanina i Hinda poznali się w organizacji młodzieżowej, mieli wówczas po czternaście lat. Pobrali się w czasie wojny i chociaż majątki żydowskie już wtedy skonfiskowano, oboje mieli wystarczająco dużo pieniędzy, aby urządzić wesele. Ślub odbył się w getcie 14 lutego 1941 roku, a wesele zorganizowali w następny piątek w sali rady gminy. W sobotę wieczorem wszyscy przyjaciele z organizacji młodzieżowej, rodzina i znajomi tańczyli horę i śpiewali syjonistyczne pieśni. W jakiś czas po ślubie Chanina zaczął przekonywać Hindę, aby uciekła z getta, posługując się fałszywymi papierami na nazwisko Halina Stawiarska, które zdobyła dla niej siostra Frida. Rozumiał, że z powodu semickiego wyglądu i akcentu on sam nie ma żadnej szansy przeżycia poza gettem. Hinda wahała się, nie chcąc rozstawać się z mężem i rodziną, i odkładała ucieczkę całymi miesiącami. Przy pomocy Polki, która obiecała wyszukać jej kryjówkę w zamian za pieniądze, Hinda wyszła z getta po raz pierwszy 9 października 1942 roku, zaledwie dzień przed pierwszą wywózką.


Hinda i Chanina Malachi
Dziennik


          5 października, wtorek 1943 roku
 […]
          Przed wszystkim postaram [się] przypomnieć sobie co zaszło od dn. 9 października 1942 roku, tj. od daty wyjazdu mojego w nieznane, by ustrzec się przed wysiedleniem.

          Było to w piątek, wśród gotowania i pieczenia zostałam oderwana nagle i już o 4-ej p.p. dzięki staraniom Frani wyjechałam z panią Bram jako Halina Stawiarska do Ćmielowa, skąd wieczorem pociągiem miałyśmy dalej jechać do Skarżyska, a stamtąd na Czerniecką [Czarniecką] Górę. Nigdy nie zapomną mojego wyjścia z mieszkania rodziców. Primo, że chciałam się z nimi pożegnać (jedynie Heniek mnie w czoło pocałował, by nie mieć śladu łez na twarzy, ale czułam wychodząc, że każdy płacze i myśli w tej chwili to samo, co ja: czy się jeszcze w życiu zobaczymy? Niestety – z Franią, Kubusiem, Blimcią i Dorką już się więcej nigdy nie zobaczę. Z przyczyn mnie nieznanych p. Bram zdecydowała wyjechać następnego dnia rano, a na noc mnie ulokowała za protekcją jej znajomej dentystki u jednych z państwa na ul. Sandomierskiej, przedstawiając mnie jako warszawiankę, uciekinierkę przed łapankami. Drugiego dnia rano przyszła po mnie pani dentystka, oświadczając, że p. Br[am] wyjechała do Ostrowca na zwiady, bo chce Franię z Kubusiem też tu zabrać, byśmy już razem wyjechali na Czerniecką Górę.

          Ten sobotni dzień spędziłam u pewnej szmuglerki, która mnie zakluczyła i poszła na wieś. Leżałam cały dzień w łóżku, nic nie jedząc i myślałam o moim smutnym losie, próbując siebie usprawiedliwić, że wyjechałam się ratować sama, ale miałam wtedy szaloną chęć wrócić. Wieczorem przyszła po mnie pani Br[am], przywożąc mi z Ostrowca od mamy kilka jabłek. Jak się później okazało, mama jej dała również majtki wełniane, komplet elastyczny, ręcznik kąpielowy itp. rzeczy, które by mi się bardzo przydały, bo jechałam na letniaka, a zaczynało się robić chłodno. Bramowa mi o tym wszystkim nie wspomniała, skarżyła się, że mama nie miała do niej zaufania, bo mąż chciał dać kilka kuponów materiału, a ona nie dała. I tym razem nie wyjechałam z Ćmielowa, ulokowała mnie znowu u jednej kobiety z synkiem, której mąż był w Niemczech na robotach, na ul. Zamkowej 11. Wtedy już straciłam całe zaufanie do mojej przewodniczki, do której przemawiałam jak do matki, a ona tylko chciała wiedzieć, ile pieniędzy mam przy sobie. Byłam w tym miejscu do czwartku rano, był to dzień przed wysiedleniem w Ćmielowie i moja gospodyni się bała trzymać mnie niezameldowaną. Przez te kilka dni p. Bramowa do mnie przychodziła, odkładając wyjazd z dnia na dzień i wydobywając ode mnie na podróż do Ostr[owca] na zwiady coraz to inne drobne sumki. Wiadomości, jakie przychodziły z Ostr[owca], były bardzo smutne. Wysiedlenie się rozpoczęło w niedzielę rano (przyp. 2 – Ostrowiec zamieszkiwało przed wojną około 10 000 Żydów, napływ przesiedleńców i uchodźców spowodował, że w getcie (zamkniętym w lutym 1941 roku) znajdowało się około 16000 osób. Wysiedlenie z getta odbyło się 11 października 1942 roku. Kilkaset osób pozostało w lokalnych przedsiębiorstwach i fabrykach pracujących dla Niemców) i ludzie siedzieli już 3 dni na placu „stalagu” bez jedzenia i picia. Domyślałam się, że teraz już nie ma sensu spodziewać się Frani, bo od piątku nie zdążyła sobie zrobić potrzebnych papierów. Jak już wspomniałam, w czwartek rano już miałam wymówione mieszkanie. Pani Bram mnie posłała wtedy z posługaczką dentystki na pobliską wieś po locum, ale nikt mnie nie chciał przyjąć. Wróciliśmy, zastając drzwi u p. Br[am] zamknięte. Przenocowałam wtedy u tej posługaczki. Nazajutrz w piątek było wysiedlenie w Ćmielowie, a ja nie miałam gdzie być, bo teściowa posługaczki mnie wyprosiła, bojąc się teraz kogoś w domu trzymać i stałam cały czas niedaleko wagonów do których wpędzano nieszczęśliwych. Zaraz po tym poszłam na miasto, spotykając na ulicach kilka trupów i widziałam, jak Polacy umizgują się do żandarmów, by im coś dali z domów żydowskich, a na chodnikach i szosach moc podartych modlitewników. Weszłam do jednego sklepu kupić gęsty grzebyczek, to mi powiedzieli, że „wszystkie gęste grzebyczki zakupili na swoje wszy Żydzi do wagonów” i to z takim zadowoleniem zostało powiedziane.
          Gdy się nareszcie spotkałam z panią Br[am], radziła mi wyjechać na razie do Krakowa, […]

[...] Z Radomia wyjechałam w poniedziałek wieczór z powrotem do Ćmielowa. Muszę tu jeszcze dodać, że spędzając poniedziałkowy dzień sama, bo Marysia była przy pracy, myślałam o tym, dobrze by było, gdybym spotkała (Semky?) (bardzo lojalny SS-man z Ostr[owca], został tu przeniesiony; wyznać też muszę całą prawdę, może on by mi powiedział coś o Ostr[owcu] i poradził, co robić. Idąc właśnie na stację wieczorem, zobaczyłam go, ale mi zabrakło odwagi, by dojść.

[...] pojechałam do Skarżyska, by odpocząć, dowiedzieć się co w Ostr[owcu] słychać i dalej nie myślałem. […] Przypadkowo przechodząc przez most, spotkałam pana Grosmana z Ostr[owca]. On mnie poznał i poinformował, że w Ostr[owcu] akcja jeszcze nie zakończona, ale następnego dnia kazał przyjść do żony na placówkę, to będzie miała dokładne wiadomości, bo wysłali człowieka. W piątek rano poszłam więc na umówione miejsce i dowiedziałam się, że w Ostr[owcu] było i jest jeszcze strasznie, że jest moc trupów, a wśród nich i kilku policjantów. Postanowiłam więc wrócić do Ostr[owca], by się dowiedzieć już całej prawdy i o ile to możliwe połączyć się z Heńkiem. Wiedziałam jedno, że ja za bardzo nienawidzę Polaków, bym mogła wśród nich przebywać. […] W poniedziałek rano, 26 października, przyjechałam do Ostr[owca]. Na zakręcie ul. Kolejowej zobaczyłam policj[anta] Flajszera, prowadzącego robotników do fabryki. Nie mogłam jednak do niego dojść, bo była moc robotników przed fabryczką. Udałam się do /Suniny/[?] do p. Przestraszyła się na mój widok, ale mnie bardzo dobrze przyjęła. Od niej się dowiedziałam, że ani jedna kobieta się nie została; że jeszcze wyciągają ludzi ze schronów; żydzi mają porobione schrony od Rynku do rzeki, mając wewnątrz wielkie zapasy, nawet żywą krowę. Na moją prośbę zgodziła się pójść do miasta z listem, by pierwszemu napotkanemu policjantowi [żydowskiemu] go oddać. Załatwiła mi to, wróciwszy dowiedziała się przede wszystkim, że Heniek żyje, bo policjant, który odebrał list do niego, to powiedział. Gdy [jej] mąż wrócił z fabryki, opowiedział, że robotnicy fabryczki dwa tygodnie spali na placu fabryki, zastrzelono 3-ch na postrach, by wszystko oddali i zebrano ciężkie majątki; a najważniejsze Heniek żyje. Pani Kr. narzekała na mamę, że jej nic nie dała do przechowania, ona by przecież nie zabrał itd. Później się okazało, że nie tylko mama, ale nawet Frania jej dała bieliznę i inne rzeczy. Niespodziewanie o 5 przyszedł pan Głuch[owski] z poleceniem, bym o 6 była na ulicy Polnej. Moja radość nie miała granic. Zaraz wyruszyłam w drogę, na Polnej zobaczyłam placówkę kobiet, prowadzonych przez Wilka. Oszołomiona, z wielkiej radości wpadłam w ich szeregi, włożyłam naprędce chustkę – imitację opaski, […] Grupa, do której się przyłączyłam, była placówkę Jegera, dopiero razem z nimi poszłam do Cegielni, wróciłam do getta dopiero o 8, było już zupełnie ciemno. Pierwszą napotkaną osobę był Pinek Alterman, z którym się serdecznie pocałowaliśmy i poszliśmy na poszukiwanie Heńka. Gdy[śmy] się nareszcie zeszli z Heńkiem, z wielkiej radości aż mnie na rękach zaniósł do domu. Nasz nowy dom było mieszkanie wspólne z 7-oma policjantami – Ber, Alkichen i Sz. Politański, Zyngier, Zajfman, Bronzajt. Nie poznałam nikogo ze znajomych, wszyscy mieli twarze zmienione po tych ciężkich i strasznych przeżyciach. Czułam, że każdy z naszych żonatych współlokatorów patrzy na radość Heńka z zazdrością, oni bowiem wszyscy potracili żony. Jedną tylko noc spędziłam w getcie i mimo swych najszczerszych chęci musiałam się znowu rozłączyć z Heńkiem, bo on tak chciał, bojąc się dalszego wywożenia. […] Wróciłam więc znowu do Ostr[owca] w środę rano, postanowiłam więcej z miejsca się nie ruszać. Heniek się wystarał dla mnie o placówkę razem z Esterą u Mendy. Miałam tam bardzo miłe towarzystwo sióstr Wajsblum, a ofiarą była panna Klajman, która nas bawiła piosenkami i humorem. Po powrocie z pracy było zawsze w domu wesoło, bo każdy dowcipkował i starał się zagłuszyć, by nie pamiętać o tem, co było. Żarło się, piło i bawiło aż do rozpusty, jak naprawdę przed śmiercią, by wszystko dobro tego świata zużyć przed końcem. Bardzo rzadko odwiedzałam rodziców, czego sobie nie mogę darować. Zawsze będąc u nich, musiałam płakać, wspominając naszych kochanych. Ojciec mocno wierzył, że przeżyjemy i nasi ukochani wrócą i wtedy każdy opowie swoje przeżycia przy wspólnym stole. Jedyną ich pociechą był Abram, który się nimi opiekował i co mógł załatwił, będąc policjantem. Mama przyrzekła go zawsze uważać za syna, choćby już Blimka miała nie wrócić, bo co od tego to mama się nie łudziła tak jak ojciec. Serce mnie mocno bolało, gdy widziałam moją wiecznie chorującą matkę idącą w mrozy i śniegi do pracy na szosę. Raz pamiętam rano, gdy się ustawialiśmy, nasza grupa osobno i taty osobno na Sienkiewicza, ojciec nagle doszedł do mnie i zaczął mnie po prostu obsypywać pocałunkami. Później mama powiedziała, że ojciec jej o tym opowiedział – był to szał tęsknoty za utraconymi dziećmi i zarazem upamiętnienie, że jeszcze mnie ma.

          Wśród tego wesołego życia i hulanek zaczęto jednak szeptać o zbliżającym się drugim wysiedleniu. Heniek już zawczasu upatrzył dla mnie 2 miejsca, bym w razie niebezpieczeństwa mogła tam pójść. 10 stycznia nastąpiło drugie wysiedlenie, podczas którego straciłam swoich kochanych Rodziców. […] Została mi jeszcze Eścia, którą Heniek wprost cudem wyratował. Również ojciec mógł zostać, ale nie chciał bez matki. Później się dowiedziałam o tej tragicznej podróży moich Rodziców. Tochterman i Gertner uciekli z wagonu i nam opowiedzieli, że matka była strasznie spragniona, prosiła się trochę śniegu; przez cały czas nic do siebie Rodzice nie rozmawiali. Mamcia Gutholca też wtedy wyskoczyła z wagonu, leżała dłuższy czas w śniegu i sobie odmroziła obie stopy, które zostały jej później amputowane. Gdy myśmy wyjechali z Ostrowca ona leżała po operacji.

          W getcie znowu wróciliśmy do naszego normalnego „życia”. Przeprowadziłam się z Heńkiem na II-gie piętro, dostaliśmy wspólny pokój z Marianem Psajgielwanem i jego żoną Hanką Wurman. Naszymi sąsiadami, którzy przez nas przechodzili, byli Sztajnbaumowie z żonami i Szlamek Rubinsztajn z Bronką Landau. Ja już do pracy nie powróciłam, więc mieliśmy względnie czysto i sama gotowałam najlepsze rzeczy, bo to nam jedynie zostało. Od czasu do czasu widywałam się z koleżankami i czytywałam listy od Stefci, która była już od października w Warszawie. „Atrakcją” były prawie codzienne ofiary Petera i jego kolegów, zabite na placu obok cmentarza. Najwięcej nas poruszył fakt zastrzelenia Gutka Goldwassera z żoną i dzieckiem, którzy padli ofiarą przez Polaka ich dobrego znajomego. Te sceny nam psuły humor tylko na krótko, później znów przy kartach lub restauracjach staraliśmy się w sobie to zagłuszyć. Ale już po II-gim wysiedleniu zaczęto szeptać o skoszarowaniu, tzn. wiedziano, że placówka Zakładów i najwyżej również Jegera zostaną skoszarowane na placu fabrycznym, co groziło wymarciem z głodu, chorób i ciężkiej pracy. Więc kto mógł szukał sobie wyjścia.

[…] Zanim mój wyjazd do Warszawy był naprawdę aktualny, jeszcze przeżyłam radość zmieszaną z zazdrością. Było to, gdy do getta przyszło 100 depesz z Palestyny pd Ostrowczyków, między tymi wiele od ludzi, którzy w swoim czasie uciekli do Rosji. Większa ilość depesz przyszła do rodzin, które już dawno zostały spalone w Treblinkach.
[…]

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Kalendarz 1938









 źródło: Internet

Ostrowiecka Rada Miejska w okresie okupacji austriackiej

Waldemar R. Brociek, "Walczymy o stal", 9-16 września 1988 r., nr 33-34 (1798-1799)

"W południowej części Królestwa Polskiego, okupowanej od lata 1915 r. przez wojska austro-węgierskie, rozporządzeniem naczelnego dowódcy z 18 sierpnia 1916 r. zapowiedziano wprowadzenie samorządu miejskiego. Do rad miejskich Lublina, Piotrkowa, Kielc i Radomia przeprowadzono wybory przebiegające w oddzielnych kuriach: I – osób z wyższym wykształceniem, II – przemysłowców i kupców, III – właścicieli nieruchomości, IV – osób posiadających mieszkania, z których płacili podatek lokalowy, V – pozostałych obywateli. Rady miejskie mniejszych miast były mianowane przez władze okupacyjne, wybory miały się odbyć w terminie późniejszym.

Decyzją Cesarsko-Królewskiej Komendy Obwodowej w Opatowie z 25 listopada 1916 roku powołano w Ostrowcu Radę Miejską. Z kurii II wybrano: Stanisława Saskiego, Hanocha Rozenmana, Szyję Milsztajna, Beniamina Kestenberga, Motlę Mintzberga, Ryszarda Kaczyńskiego, Tomasza Głowackiego i Feliksa Bykowskiego, z kurii III: Jana Żakowskiego, Edwarda Wołowskiego, Mikołaja Sitarskiego, Stanisława Skoczkowskiego, Sabina Szumlińskiego, Jana Gruszeckiego, Gotliba Straussa, z kurii IV: Szczepana Bratkowskiego, Stanisława Izdebskiego, dr Adama Wardyńskiego, Sławomira Czerwińskiego, dr Piotra Skwarę, Feliksa Hardta, ks. Wacława Wodeckiego i Antoniego Zemstę zaś z kurii V: Władysława Ptasińskiego, Michała Sztajgerwalda, Ludwika Wacholdera, Jana Sowińskiego, Michała Witkowskiego, Władysława Nowakowskiego, Feliksa Reszczyka i Marcina Sobkiewicza.

Mianowano także zastępców radnych mogących uczestniczyć w posiedzeniach rady przy nieobecnosci radnego i stajacych się radnymi w przypadku wakatu. Rada miejska zebrana na konstytucyjnym posiedzeniu 28 listopada na wniosek zastępcy C. i K. Komendy Obwodowej dr Augusta Cyfrowicza wybrała przez aklamację burmistrzem Jona Sowińskiego zaś jego zastępcą Edwarda Wołowskiego. Jednocześnie uchwalono pensję roczną dla nowego burmistrza w wysokości 10 tys. koron.

Dnia 3 stycznia 1917 r. wybrano skład Zarządu Miasta czyli tzw. Magistratu. W głosowaniu przy wyborze ławników na ogólną liczbę 32 radnych Jan Żakowski otrzymał 20 głosów, Jan Gruszecki – 27, Henoch Rozenman – 26, a Teofil Reszczyk – 21 głosów. Rada powołała sekcje. Do finansowej powołano: Sz. Bratkowskiego, F. Hardta, R. Kaczyńskiego, S. Saskiego, T. Reszczyka, M. Sztajgerwalda, S. Skoczkowskiego, H. Rozenmana, Sz. Milsztajna i W. Krełowskiego, szkolnej: Sz. Bratkowskiego, S. Czerwińskiego, ks. W. Wodeckiego, A. Zemstę i L. Wacholdera, technicznej: St. Izdebskiego, G. Straussa, T. Głowackiego, sanitarnej: dr P. Skwarę, F. Hardta, St. Skoczkowskiego, M. Mintzberga, E. Wołowskiego, M. Sztajgerwalda, M. Sobkiewicza, W. Ptasińskiego, L. Wacholdera i M. Witkowskiego, żywnościowej: R. Kaczyńskiego, St. Izdebskiego, F. Hardta, J. Gruszeckiego, H. Rozenmana, St. Skoczkowskiego, B. Kestenbega i T. Głowackiego, dobroczynnej: G. Straussa, Ks. W. Wodeckiego, T. Głowackiego i M. Mintzberga.

Na posiedzeniu rady 16 kwietnia 1917 r. opierając się na obwieszczeniu C. K. Generalnego Gubernatorstwa w Lublinie z 21 października 1916 r. dotyczącego ordynacji wyborczej do rad miejskich powołano komisję do sporządzenia listy obywateli wg kurii do przeprowadzenia wyborów. Przewodniczącym został J. Gruszecki, członkami: A. Zemsta, S. Szumliński i B. Kestenberg. 31 października rada udzielając burmistrzowi E. Wołowskiemu (17 sierpnia wobec zrzeczenia się mandatu burmistrza J. Sowińskiego do nowych wyborów obowiązki przejął jego dotychczasowy zastępca zaś na zastępcę burmistrza powołano J. Gruszeckiego) urlopu zobowiązała go do wystąpienia do Generał Gubernatorstwa w Lublinie o przyspieszenie wyborów do Rady Miejskiej w Ostrowcu.

19 grudnia 1917 r. w miejsce zmarłego J. Żakowskiego powołano na ławnika T. Głowackiego ponadto wobec 2 wolnych miejsc w radzie (po J. Żakowskim i J. Sowińskim) burmistrz zaproponował wybranie spośród zastępców radnych Bronisława Mikiettę i Władysława Kanownika. S. Szumliński wysunął kandydaturę Andrzeja Leśkiewicza. W tajnym głosowaniu wybrano B. Mikiettę – 19 głosów i W. Kanownika – 15 głosów."

czwartek, 4 grudnia 2014

Poranek w Ostrowcu


„Poranek w Ostrowcu, czyli zbieranie się na jarmark” - litografia Jana Feliksa Piwarskiego.

Jest to jeden z nielicznych przekazów ikonograficznych obrazujących dawny Ostrowiec w I połowie XIX wieku. Widzimy na nim zwartą zabudowę drewnianych domostw o konstrukcji bierwion, tzw. sumikowo-łątkowej, krytych gontem, mocno nadwyrężonych zębem czasu. W środku kompozycji widoczny wąwóz, nad którym zabudowa wsparta jest na palach. W ich prześwicie widać zabudowę północnej pierzei rynku.

Litograf wykonał rysunek z miejsca gdzie dziś przebiega ulica Górzysta, ów wąwóz był w miejscu dziś [nie]widocznego zapadliska, które sztucznie zostało wyrównane do poziomu rynku.
Na jego miejscu stoją dziś kamieniczki południowej pierzei placu Wolności. W XIX wieku to przejście pod zabudową zwane było dumnie Bramą Częstocicką. Lecz nie mizerna architektura jest atrakcją tej litografii, ale sztafaż ze sceną rodzajową mieszczuchów, Żydów i chłopów, którzy dobijają między sobą targu. Strój, gesty, przedmioty ruchome w rękach widocznych postaci dostarczają nam informacji o dawnych mieszkańcach miasta. Ostrowiec w tym czasie liczył niewiele ponad 3 tys. mieszkańców, w tym znaczny procent ludności pochodzenia żydowskiego, którzy zajmowali się handlem i rzemiosłem.

Autor litografii Jan Feliks Piwarski urodził się w 1794 roku, od roku 1818 sprawował funkcję konserwatora w gabinecie rycin powstałego wówczas Uniwersytetu Warszawskiego, a w roku 1823 mianowany został profesorem w szkole przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego. W 1844 został profesorem Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie. Wówczas to wraz z kolegami wędrował po prowincjach Królestwa Polskiego rysując cykl widoków małych miast. Litografia ostrowiecka powstała w 1845 roku. 

„Zabytki w naszym muzeum”, Wojciech Kotasiak, „Walczymy o Stal”, 24 czerwca 1982 r., nr 7 (1512)

piątek, 27 czerwca 2014

Kirkut po wojnie (II)

Widok z okolic ul. Sienkiewicza w kierunku rynku, po lewej w głębi na wzgórzu kirkut z licznymi macewami, po prawej osiedle Na Skarpie (wówczas im. Bronisława Spychaja) wybudowane w latach 1949-50 na miejscu dawnej dzielnicy żydowskiej


fot. Jan Grześkiewicz [?], początek lat 50. XX wieku
ze zbiorów MCK w Ostrowcu Św.

wtorek, 17 czerwca 2014

"Wojna, wojna, wojenka" Stanisław Kosicki


"Wojna, wojna, wojenka"
Stanisław Kosicki "Bohun", "Czarny"
Warszawa-Kraków 2014

str. 85-87
          Już od 1940 roku Niemcy jęli gromadzić ludność żydowską w wyznaczonych miejscach. W Ostrowcu Świętokrzyskim takim miejscem stał się rynek i najbliżej wokół położone ulice. Początkowo Żydzi sami przenosili się do wyznaczonych miejsc. Ale trwało to krótko. Równocześnie z budynków mających wejść w skład getta wysiedlano dotychczasowych mieszkańców. Z czasem zaczęto zwozić liczne grupy Żydów z okolicznych wsi i miejscowości. W końcowej fazie tej akcji, wydzieloną część miasta otoczono kordonem policyjnych posterunków, a także w newralgicznych miejscach ustawiono płoty i zapory utrudniające przejścia. Ograniczono prawie całkowicie ruch ludności i wprowadzono przepustki. Na obrzeżach getta ustawiono dobrze widoczne tablice ostrzegawcza zakazujące, pod karą śmierci, przekroczenie tych granic. Ustawicznie też dowożono nowe gromady Żydów z dalszych miejscowości. Wkrótce zagęszczenie w tym wycinku miasta stało się niewyobrażalne. Przez kilka tygodni miałem przepustkę do getta. Wykonywaliśmy tam prace pomiarowe pod kierunkiem technika – pana Eugeniusza Broniewskiego. Gdy dopisywała pogoda to na chodnikach koczowały istne mrowia ludzi, że przejść nie było można. Prawie wszyscy Żydzi nosili długie, czarne chałaty, a na głowach okrągłe mycki z maleńkimi daszkami. Pomiędzy sobą rozmawiali po żydowsku, a było w tym wiele krzyku i rejwachu.
          Ten nieludzki stan trwał do wiosny 1942 roku. Aż w mieście pojawiły się oddziały Szaulisów (przyp. 14 – Związek Strzelców Litewskich, który powstał w 1919 roku. W czasie II wojny światowej z jego szeregów utworzono litewską kolaborancką formację policyjną Ypatinasis burys, odpowiedzialną za masowe zbrodnie na ludności żydowskiej i polskiej na Wileńszczyźnie. Dozorowali oni także getta w Generalnym Gubernatorstwie – przyp. red.). Tak nazywano Litwinów, będących na niemieckiej służbie, o fanatycznej wprost nienawiści do Żydów, o czym już wcześniej wiedzieliśmy. Opisy ich okrucieństw przerażały. Niemcy wyręczali się nimi, wiedząc, że nikt od nich nie wykona lepiej tej roboty. Którejś nocy otoczono getto. Od świtu przystąpiono do wysiedlenia. Opróżniano dom po domu. Ludność wyprowadzano poza miasto. Na wcześniej przygotowany goły teren. W szczere pole ogrodzone drutem kolczastym ze wszystkich stron. Bez choćby jednego baraku, czy kawałka zadaszenia. Akcja wysiedlania nie skończyła się w jednym dniu. Wciąż z getta dolatywały pojedyncze strzały. Szaulisi uzbrojeni byli wyłącznie w karabiny. Wieść niosła, że w końcu na tym ogrodzonym polu zgromadzono jedenaście tysięcy ludzi. Trzymano ich tam przez tydzień. Bez posiłków i wody.
          Żydzi wiedzieli wcześniej, że będą wysiedlani, toteż wielu miało przygotowane kryjówki. Sporo było takich, którzy nie chcieli poddać się wysiedleniu i zamierzali przetrwać na miejscu. Już po usunięciu Żydów Niemcy i Szaulisi penetrowali opuszczone getto. Odnajdowano ukrywających się, szczególnie tych mniej ostrożnych. Zabijano ich na miejscu.
          Teren, na którym skupiono ludność żydowską po wypędzeniu z getta, położony był akurat z przeciwnej strony miasta, aniżeli dworzec i rampy załadowcze. I nadszedł dzień, gdy od rana zaczęto przeganiać Żydów na rampę kolumnami po kilkaset osób przez całe miasto, głównymi ulicami. Musieli iść w szyku trójkowym, po wojskowemu. Zwykle przody tych kolumn utrzymywały, jako tako, ten narzucony szyk, lecz w ogonie wlokły się luźne grupki, głównie starsi, chorzy, zniedołężniali, wycieńczeni głodem, wprost słabi. Jedni pomagali drugim. Coraz to ktoś upadł, pomagano mu stanąć na nogach i wlec się dalej. Nierzadko osuwał się samotny, któremu nikt nie towarzyszył. Starał się podnieść. Rzadko skutecznie. Pędzone kolumny otaczali Szaulisi z karabinami w rękach. Kto odstawał od kolumny żegnał się z życiem. Strzał skracał mękę, dawał wyzwolenie. Huk strzału, a licznie strzelano, podrywał innych, wykrzesywał z nich resztki sił. Rwali do przodu, podbiegali, krzyk i lament niósł się daleko. Za chwilę znów przystawali, tracąc siły i nadzieję. Widziałem padających na kolana. Nieruchomieli w tej pozycji w oczekiwaniu na zbawienną kulę. Wokół kolumny biegali podochoceni alkoholem Szaulisi, bili pejczami i z lubością mierzyli do maruderów. Chodnikami szli nieliczni esesmani, szupowcy, gestapowcy w uniformach i po cywilnemu. Zatrzymywali się zapalali papierosy, wymieniali uwagi. Lecz do pędzenia i zabijania się nie wtrącali.
          Za kolumną pozostawały na jezdni ciemne plamy trupów, kałuże krwi i dziesiątki waliz, kufrów, paczek, zawiniątek, tobołów, wypełnionych worków. Wzdłuż domów przemykali nieliczni przechodnie, niemi i bezsilni świadkowie tego marszu na spotkanie śmierci, wprost mordu. Nie brakowało gapiów. Ja też do nich należałem. Gdy nas zawiadomiono co się dzieje, natychmiast wybiegliśmy z biura. Staliśmy przy rogu ulicy Kilińskiego. Kolumny ciągnęły Aleją Trzeciego Maja, w stronę mostu na Kamiennej i dalej wzdłuż torów, do podstawionych tam wagonów. Pędzeni Żydzi śpiewali pieśni, można domyślać się, że nabożne. Zagłuszały je lament, jęki, wrzaski oprawców. Cichło w chwilach strzałów, lecz już po chwili znowu intonowano gremialny śpiew. Widziałem też, jak po przejściu takiej kolumny, ludzie wbiegali na jezdnię i w pośpiechu podejmowali porzucone dobro. Pewnie, aby przechować?... Eskortujący, ani gestapowcy nie zwracali na to uwagi.
          Tego dnia pędzono ludzi aż do zmroku. I wiem jedno: widoku tego nie pozbędę się do końca mych dni. Zadomowił się w świadomości i wielokrotnie powraca, jak dopiero co przeżyty koszmar.
          „Giermek” zorganizował dla nas kurs podoficerski. Część zajęć teoretycznych odbywała się w naszym mieszkaniu. Wtedy już nie mieszkaliśmy przy ulicy Wierzbowej. W parę miesięcy po likwidacji getta i po wywiezieniu dobytku pozostałego po Żydach, okupant zezwalał ludności polskiej osiedlać się w tej części miasta. Najpierw powrócili do swoich mieszkań ci, których stamtąd wysiedlono przy tworzeniu getta. Skorzystaliśmy z tej możliwości i zamieszkaliśmy w Rynku, pod numerem 27, na drugim piętrze. Tu odbywały się nasze zebrania, a także zajęcia szkoleniowe.

str. 95
          30 września 1942 roku Hitlerowcy [sic!] polecili Żydom, także aresztantom, wybudowanie szubienicy. Jako miejsce egzekucji wybrano rynek miasta. W południowej części rynku, równolegle do zabudowy i w odległości około 20 metrów od niej, postawiono długą na kilkadziesiąt metrów szubienicę.
           Rynek zamknięto. W wylotach ulic postawiono posterunki z bronią maszynową. Przez ręczne megafony nakazano pozamykać okna i okiennice, a także sklepy i pospuszczać żaluzje. Przypadkowych przechodniów zgromadzono w jednym miejscu. Potem wjechały samochody z gestapowcami i oficerami służb policyjnych. Przedstawiciele policji granatowej, a także żydowskiej byli obecni.
           Po tych przygotowaniach przyprowadzono 29 aresztowanych i ustawiono w grupie, w pewnej odległości od szubienicy. Przed szubienicą stanęło pięciu gestapowców, wśród nich Erwin Raczyński, który nielicznym, zgromadzonym na rynku mieszkańcom, odczytał po polsku, że 29 zakładników zostanie powieszonych, jako odwet za zniszczenie mostu na rzece Kamiennej.
           Wieszali wyznaczeni Żydzi. Ponoć w zamian obiecano darować im życie. Twarze mieli ukryte w czarnych maskach. Pierwszych trzech wieszano bez stołka. Ofiary bardzo męczyły się. Pętle zakładano stojącym na ziemi, następnie próbowano człowieka z pętlą na szyi podciągnąć za powróz ku górze, co nie udawał się. Wiązano więc dodatkowy sznur na nogi skazańców i podciągano tak, by nie dotykały bruku. Zaś dwóch oprawców wieszało się na skazańcu i szarpało go w dół. Dopiero na polecenie któregoś z gestapowców przyniesiono stołek i dalszy przebieg egzekucji odbywał się zgodnie z „zasadami wieszania”. Kolejność likwidacji zakładników była zgodna z porządkiem alfabetycznym.

str. 97-98
          Schupowiec Johann Holzer był rzadką gnidą. Nawet jak na niemieckiego policjanta. Strzelić do kogoś, choćby całkiem niewinnego, uśmiercić, to dla niego szara codzienność. Od rana pił. Nigdy nie było wiadomo, co uczyni. Sam widziałem z okna zarządu miasta, jak zastrzelił kobietę, matkę kilkorga małych dzieci. Zdarzyło się to niedługo po likwidacji getta. Niemcy poszukiwali jeszcze ukrywających się Żydów, a teren był niezamieszkały. Opuszczone domy stały otworem i wiele dobra się w nich znajdowało. Nikt tego nie pilnował, lecz wszyscy wiedzieli, że złapanie na szabrowaniu może skończyć się tylko kulą. Nie powstrzymywało to ludzi od myszkowania i wynoszenia stamtąd różności. Niemcy zaś bezkarnie wywozili co bogatsze wyposażenia, a pozostałe rzeczy, jak meble, pościel, a nawet naczynia kuchenne gromadzili w wyznaczonych punktach, przewozili na rampę kolejową.
           Z okna biura widziałem, jak od podwórek przejściowych, w stronę opuszczonych oficyn, poszła jakaś kobieta. Gdy za moment pojawił się tam Holzer, nie mieliśmy wątpliwości, co nastąpi. Nie było jak uprzedzić kobiety o grożącym jej niebezpieczeństwie, ani też odciągnąć tego bandyty.
           Wpierw ukazała się kobieta. Wyszła, niosąc pod pachą wielką poduchę, może piernat, z sieni, na wprost niej wyłonił się Holzer. Kobieta stanęła. Podszedł. Przez chwilę stali naprzeciw siebie, w odstępie najwyżej trzech kroków. On coś mówił, kobieta coś wyjaśniała. My nie słyszeliśmy, ale z gestów tak to wyglądało. Kobieta położyła poduchę obok siebie. Złożyła dłonie, jak do modlitwy i mówiła, mówiła. Widzieliśmy poruszające się wargi. Ręką poprawiła włosy, opadające jej na czoło. Schupowiec sięgnął do kabury i wyjął Lugera. Zarepetował. Kobieta uklękła, a ramiona wyciągnęła w stronę Niemca. Rozcapierzała palce, jakby chciała zasłonić się. Czy już wiedziała, że za chwilę zginie? Łudziła się? Na pewno znała Holzera i wiedziała, że to bezwzględny bandyta. Czy teraz ma tracić życie za poduszkę, którą wzięła dla dzieci? Tam walała się w pustym mieszkaniu. Holzer uniósł dłoń z pistoletem. Padł strzał. Kobieta upadła na bok, na poduszkę. Wyglądała teraz, jakby spała, tylko biała powłoczka poduszki ciemniała u jej głowy. Niemiec nie ruszając się o krok, schował powoli pistolet do kabury. Zdjął rękawiczki, wyjął papierośnicę. Widzieliśmy jak otoczył go kłąb błękitnego dymu. Wpatrywał się w leżącą kobietę.

str. 102
          Kiedyś do Zarządu Miasta przyprowadzono grupkę Żydów. Polecono im znieść z pierwszego piętra i załadować na podstawioną na ulicy platformę, wielką, ciężką szafę pancerną. Wszyscy Żydzi byli dorośli i w sile wieku. Na sobie mieli długie czarne chałaty, na głowach mycki. Niektórzy z długimi brodami i pejsami. Kilkakrotnie podejmowali próby dźwignięcia szafy, lecz bezskutecznie. Ani drgnęła. Jakby przywarła do podłogi. Nachylali się, napierali, stękali i „uś” i „och”, ale szafa nie uniosła się nawet na centymetr. Staliśmy w kilkoro z boku patrząc ciekawie. Nawet ktoś zaproponował, by pomóc, lecz Żydzi szczelnie otaczali szafę i dla innych miejsca brakowało. Granatowy policjant, który ich eskortował ponaglał okrzykami. Ale oni stali w kupie i tylko coś do siebie mamrotali. Raptem do budynku weszło dwóch gestapowców. Powoli wchodzili po schodach. Zatrzymał ich widok gromadki Żydów, skupionych przy tym nieszczęsnym ciężarze. Zapytali policjanta, a ten krótko odpowiedział. Gestapowiec coś mruknął, a policjant okrzykami ponaglał do wykonania zadania. Czy było ponad siły? Może za mało ludzi przyprowadzono? A może należało dostarczyć jakiś dźwigar, rolki, liny? I nowe okrzyki i kolejne przymierzania się do szafy. Rezultatu żadnego. Wtedy, drugi gestapowiec, wyciągnął z kabury Parabelum, zarepetował, wymierzył w Żydów i krzyknął:
           - Nooo! Looos! Oni to widzieli, więc prędko nachylili się i znów nic. Myśmy struchleli. Pozabijają ich! A Niemiec wystrzelił dwa razy, raz po razie, w podłogę, pod nogi Żydów. Od huku aż w uszach zadzwoniło. A szafa już była w górze, na ramionach i już spływała po schodach. Nie minęło nawet dziesięć minut, jak znalazła się na platformie. Gestapowcy zanosili się od śmiechu, policjant z niedowierzaniem kiwał głową. Rozchodziliśmy się nie kryjąc zdumienia.

niedziela, 18 maja 2014

Historia mówiona

KOLONISTA II: Z czasów przedwojennych, to Żydów pamiętam. Tu nie mieszkali, ale chodzili ze mną do szkoły podstawowej. „Żydków”... Ale teraz tak się nie mówi, bo to jest karalne. O młodych się mówiło – żydki. W klasie był jeden rząd dla Żydów, no bo byli bardzo brudni, zaniedbani i zawszeni. Pielęgniarki musiały co dzień sprawdzać włosy i bieliznę. A smród w klasie był niesamowity. Jadło to cebulę smażoną na smalcu. Przyniósł taką kromę podwójną nasmarowaną szmalcem z cebulą, no to później gazowało. Nie do wytrzymania było. Nauczycielka musiała sobie szalikiem nos okręcać, bo nie była w stanie prowadzić lekcji. A dzieciarnia aż płakała. W lecie tośmy okna otwierali, no ale w zimie to można było na pięć minut i trzeba było zamykać.

Z Polaków nikt się z nimi nie stowarzyszał. Była tylko taka jedna Ledermanówna, bogata. Mieszkała naprzeciwko obecnego Drewmetu na Starokunowskiej. Był tam taki dom długi, z dachem jednospadowym. Teraz jest rozebrany. I tam mieszkała ta Ledremanówna. Chodziła ze mną do trzeciej klasy, a siostra jej do siódmej klasy. Ale że ona była chora na serce - ta młodsza -, tak ją odżywiali, i banany, i pomarańcze, dzień w dzień. Ci żydkowie się tylko przyglądali. To tylko wsuwało smalec z cebulą. Ona była jedną z najbogatszych. Nie wiem, co oni mieli, kim jej ojciec był, też nie wiem.

Ledermanowie przeżyli wojnę. I zaraz po wojnie przyszli do swojego budynku na Starokunowskiej. Wiec się odbywał na rynku, akurat tam byłem. Oficer bez gwiazdek wyszedł na stół i zaczął głosić o dobrobycie jaki nas czeka, taki jak w Związku Radzieckim. No i koło mnie stało masę Żydów. Gdzieś to powyłaziło. Tak śmierdzieli naftą, bo to było zawszone, to się umyli, wykąpali w nafcie. Pamiętam jeden miał takie nogi krzywiaste. Czy mu się w piwnicy pokrzywiły czy co. Stał koło mnie, jak tylko podszedłem i spojrzałem na niego, to już wiedziałem, że Żyd. A jak śmierdział naftą. I gdzie się ruszyłem, to Żyd. Tylko nie nosili bród, ogolili. Także ten oficer wygłosił przemówienie, a w tym czasie pokazali się partyzanci, przyjechali takim odkrytym samochodem, miał dach z płótna. To byli eneszetowcy [Narodowe Siły Zbrojne – polska konspiracyjna organizacja wojskowa obozu narodowego działająca podczas II wojny światowej i w okresie powojennym.]. W czarnych beretach, zielonych mundurach. Przyjechali, bank na alei opierniczyli. Na Młyńskiej też żydkowie mieszkali, dwie rodziny czy trzy. To wiem, że jedną rodzinę wystrzelali i tych Ledermanów, chyba pięć osób...

KOLONISTKA III: Jak wybuchła wojna, to dziadkowie musieli uciekać z tego domku. Wysiedlili ich Niemcy. Tu się im spodobało i tu zrobili pocztę. A na podwórku był dół i w nim stał czołg. Bo to było „Raus!” i już, won i nie było nic do powiedzenia. Dziadkowie, mama moja i jej brat zostali stąd wyrzuceni z tobołkami i pierzynami. Zamieszkali w rynku, na „zasranej ulicy” - mówię tak, jak babcia i mama mówiły. „Ulica zasrana” to Starokunowska, bo tam Żydzi mieszkali. Tam gdzie teraz jest osiedle Na Skarpie. Na tej ulicy było dużo domów drewnianych, ale i kamienice. A po drugiej stronie drogi – to mi babcia opowiadała, bo ja tego nie pamiętam – była bożnica. Na tej właśnie ulicy mieszkali Żydzi, i w całym rynku mieszkali. I tam gdzie jest Feniks. Na tym terenie było getto.

Dziadkowie zamieszkali w rynku, tu gdzie jeszcze kilka lat temu był Orbis. Była tam piętrowa kamienica i całe piętro wynajęła im ciotka. Na parterze mieszkała ona, a na piętrze oni. Było tam jedno wielkie pomieszczenie z trzema oknami. Jedno pomieszczenie mieszkalne, ale bardzo duże. Była w nim kuchnia, w drugim końcu był piec, spiżarka. Był tam drewniany balkon i schody żelazne były takie z boku. Jeszcze do dziś pamiętam te schody, bo jak byłam jeszcze dzieckiem, to mama mówiła: „Pamiętaj tuś się urodziła, gdzie jest ten balkon”. Urodziłam się na „zasranej ulicy”. Ta kamienica, w której mieszkali, należała do Polaków. Ale po drugiej stronie ulicy już było getto. Babcia mi opowiadała, że musieli mieć zawsze zaciemnione okna. Ale mówiła, że wyglądali. Przyjaźnili się z tymi Żydami, bo to byli normalni ludzie. Początkowo jak tam dziadkowie zamieszkali, to wspierali nas. Oni handlowali, to nas wspierali sporo. Trzeba było mieć zaciemnione okna. Niemcy wyznaczali, że dnia tego i tego trzeba zaciemnić. Jak byli wieszani na Rynku, to w dzień musieliśmy zaciemnić. Nie wolno było, bo chodzili i patrzyli, a jak ktoś nie zaciemnił, to strzelali po oknach. Normalne to było. Ale człowiek uchylał rąbek, zasłaniał doniczką i patrzył. I wcale nieprawda, że zgonili wszystkich mieszkańców Ostrowca na rynek. Babcia opowiadała, że trzeba było mieć okna zasłonięte. I babcia, i mama, i ojciec mi to mówili, więc chyba to prawda. Patrzyli na to.

Tak samo jak patrzyli na likwidację getta. Mówiła, że na to patrzyli, ale przez trzy dni i trzy noce musieli mieć wyciemnione i nie wolno im było wychodzić. Babcia opowiadała: „Wszystkim Polakom, którzy tu mieszkali było zapowiedziane i napisane, że nie wolno przez ten czas wychodzić. Musieliśmy siedzieć w chałupie. Na kirkucie się to działo. Przyprowadzali, strzelali, dół był z wapnem. Tych trupów układali w stosy, a potem czymś ich polali i myśmy patrzyli, a to tak się, jakby szło, jakby szło. Mówiliśmy - Jak to jest?! Babcia z dziadkiem i mama tak mi mówili, że to tak po prostu schodziło. To był taki ogromny stos, to było nie do opisania. Jęki, krzyki, tam nie wszyscy byli martwi. Nam skóra cierpła. Baliśmy się w ogóle wyjść. Kogo zobaczyli, to strzelali bez ostrzeżenia. A ta kupa tak się zmniejszała, zmniejszała. Nie wiem, czym to polali. Baliśmy się nawet potem pójść i zobaczyć. Ale po dwóch dniach czy trzech, jak nam nie wolno było chodzić, to to znikło. Tak kupa ciał. Ale to było, dziecko, straszne!” A część silnych, zdrowych pognali na piechotę na Starachowice. Nie na kolej, ale piechotą tam pognali. Dokąd? Tego już nie mogła powiedzieć, bo przecież nikt nie mógł iść za nimi. Ale też pod wieczór to było.”

NABYTEK IV: Wiedziałem, co się działo z ludnością żydowską, musiałem wiedzieć. Nawet smród oświęcimski poczułem. Pierwsze spalanie trupów odbywało się na stosach. Smród był okropny. Taki dziwaczny, że naprawdę wymiotować się chciało. Sami Niemcy mówili, że tak nie można. Kiedy weszły piece, to się skończyło. Spalanie gazowe to inna temperatura spalania, inne spalanie środków palnych. To spaliny zupełnie inny mają wygląd i zapach. Nie zapomnę tego.

NABYTEK III: Relacje były raczej negatywne. Żyd był uważany zawsze za coś gorszego. Przede wszystkim były brudasy. Może to wynikało z biedy, no nie wiem. W każdym razie mieszkali w takich miejscach, gdzie nie było możliwości utrzymać czystości, no bo nie było kanalizacji. Nieczystości wylewali do rynsztoka. Okolice Starokunowskiej, to tamtędy się przejść nie dało. Taki smród był w mieście. Tam było dużo ciasnych uliczek, tu gdzie stoją bloki na skarpie i tu jak Młyńska, od Młyńskiej do placu Wolności na skarpie. Tam były uliczki wąziutkie, że samochód żaden by nie wjechał, takie zaułki, tam pełno było tych klitek żydowskich. Najgorsze miejsce. Przy tej ulicy Starokunowskiej, po prawej tronie była bożnica.

Jak już nie było Żydów, jak ich wywieźli, to próbowałem chodzić po tych ruinach. Tam były ruiny, tam nikt nie mieszkał, to się nie nadawało w ogóle do jakiegoś remontu. Więc to co się tam dało, to się jeszcze wywlokło. Drzwiczki jakieś czy fajerki. Takie rzeczy, co się przydawały. Drutu trochę miedzianego przyniosłem, a tego kabla w ołowiu. Kto by tam tego pilnował, To były ruiny, porozbijane drzwi i okna. W każdym bądź razie jak tam łaziłem po tych ruinach, po wyzwoleniu też tam chodziłem, jak mi było coś potrzeba w domu, kawałek przewodu czy coś. Przeważnie za przewodem chodziłem. Z huty można było brać, tylko, że w hucie trzeba było ukraść. A tam to było bezpańskie, to były gruzy, tam nic nie było.

Fragmenty relacji pochodzą z projektu "Kolonia Robotnicza w Ostrowcu Świętokrzyskim - historia mówiona".

środa, 14 maja 2014

Tartak Heinego

Widok od Rawszczyzny w kierunku Kuźni, w głębi zabudowania tartaku Szmula Heinego, dalej na górce Pałacyk Mikusińskiego (ob. Tarnowskich)

wtorek, 13 maja 2014

Znalezisko

"Starodruki po Wyższej Szkole Talmudycznej w Domu Heinego?"
reportaż Dariusza Kiśla 
w "Gazecie Ostrowieckiej" 
z dn. 10 września 2012 r.


fot. Stanisław Dulny

piątek, 18 kwietnia 2014

"Odczytanie Listy"

Anka Grupińska 
"Odczytanie Listy. Opowieści o powstańcach żydowskich"
Kraków 2003


Jakub Chaim Meir Aleksandrowicz urodził się w Ostrowcu Świętokrzyskim, w rodzinie handlarza drewnem. Jakub był uczniem jesziwy. Gdy wybuchła wojna, obciął pejsy i przystąpił do skautów żydowskich z Haszomer Hacair; został sekretarzem miejscowego gniazda. W październiku '42 Niemcy zamordowali jedenaście tysięcy ostrowieckich Żydów. Wtedy zginęli rodzice i siostra Jakuba. W grudniu '42 kilku żydowskich chłopców z Ostrowca przyjechało do getta w Warszawie. Jakub był jednym z najmłodszych żobowców. Przyjaciele nazywali go Klostermajer, bo strzelał tak celnie, jak znany w getcie esesman*. Walczył w grupie Dawida Nowodworskiego na terenie szopów Toebbensa-Schultza. 23 kwietnia kula dum-dum rozerwała mu rękę. Ciężko rannego powstańcy nie zabrali do kanałów. Jakub został w getcie. Miał wtedy 18 lat.
* Klaustermeyer Karl Heinrich, SS Oberscharführer, w 1965 skazany na dożywocie przez sąd w Bielefeld.




Frania Beatus urodziła się w Koninie. Żydzi konińscy zostali zamknięci w getcie w Ostrowcu. 11 października 1942, w przeddzień likwidacji getta, Frania uciekła do Warszawy. Wracała tam kilkakrotnie, by przewieźć do getta warszawskiego drorowców i szomrów: Berla Brojde, siostry Basię i Suję Sylman, Abę Gertnera, Icchaka Morgenlendera i innych. Niska, pyzata, hoża wiejska dziewczyna z grubym lnianym warkoczem. Wyglądała bardzo młodo, na nie więcej niż 14 lat. Dobrze mówiła po polsku. I była odważna. Świetny materiał na łączniczkę – powiada Hela Szyper. Franię wysłano na drugą stronę w styczniu '43. Wynajęła mieszkanie przy rodzinie, gdzieś w Śródmieściu. 13 kwietnia czekała na Antka Cukiermana pod murami getta. Miała wysokie obcasy i damską torebkę, żeby nie wyglądać jak smarkata, jak zwykła sziksa. Wzięła Antka pod rękę i zaprowadziła na Marszałkowską 118. Była pierwszą łączniczką Cukiermana po polskiej stronie murów. Od 19 kwietnia Frania nie przestawała płakać i mówić o samobójstwie. Napominana przez Antka, wróciła do swoich obowiązków. Odbierała nocne telefony z getta od Tosi Altman i rano biegła do Cukiermana, by mu przekazać informacje. Organizowała kryjówki dla powstańców uciekinierów z getta. I czekała na swojego chłopaka, który nigdy stamtąd nie wyszedł. Zdaje się, że ten chłopak nazywał się Dawid Szulman. 10 maja Frania zadzwoniła do Sary Biederman, która ukrywała się w mieszkaniu państwa Balickich. Mówiła o samobójstwie, prosiła, żeby ktoś przyszedł po rzeczy i po 30 tysięcy złotych. Zostawiła dokładne rozliczenie i list do Antka Cukiermana. Jej ciała nigdy nie znaleziono. Nie wiadomo, jak umarła Frania Beatus. Miała 17 lat.

Berl Braude (Brojde) urodził się w Słonimiu. Był młodym aktywistą Frajhajtu. Przygotowywał się do życia pioniera w Erec Isreal na kursach w łódzkim kibucu Borochowa. Kilka miesięcy po wybuchu wojny przeniósł się do Warszawy i zamieszkał w komunie chalucowej przy Dzielnej 34. W czerwcu i lipcu 1940 był sekretarzem kibucu w Sterdyni czy Ceranowie, niedaleko Małkini. W dzień chaluce pracowali na folwarku u polskiego dziedzica, a wieczorami śpiewali piosenki hebrajskie i słuchali pogadanek Berla. Na jesieni 1941 Berl został wysłany przez swoją organizację do Ostrowca, żeby przygotować grupę drorowców do samoobrony. Na kilka miesięcy przed powstaniem Chawka Folman przywiozła go z Ostrowca. Przez Warszawę jechali dorożką. Berl z zabandażowaną głową, bo miał żydowskie oczy i kruczoczarne włosy – zbyt niebezpiecznie wyglądał. 29 listopada 1942 Berl Braude zastrzelił agenta gestapo, Izraela Firsta. (Wyrok został wykonany na ulicy Gęsiej, kiedy First wracał do swojego domu przy Muranowskiej). 17 stycznia 1943 Niemcy złapali grupę Berla Braude. Berl wyskoczył z pociągu gdzieś niedaleko Treblinki. Wrócił do Warszawy. W lutym '43 został mianowany dowódcą grupy bojowej Dror w getcie centralnym. W pierwszych dniach powstania kwaterowali na Milej 29. Walczyli na Miłej i Zamenhofa. 8 maja 1943 Berl Braude był w bunkrze przy Miłej 18. Ranny, nie mógł do siebie strzelić i poprosił o pomoc kolegę.

Abraham Ejgier przyjechał do getta warszawskiego jesienią 1942 z grupą ostrowieckich drorowców Berla Braude. (Abraham był potomkiem słynnego rabina Akiby Ejgera z Poznania). Zapamiętano go jako cichego i skromnego chłopca, który dzielnie walczył w powstaniu w grupie Henocha Gutmana. 1 maja w czasie walk na Franciszkańskiej 30 Abram został śmiertelnie raniony w brzuch, kiedy strzelał z balkonu pierwszego piętra. Zaczął wtedy odważnie i złowieszczo przemawiać do Niemców, którzy patrzyli nań w osłupieniu. I zaraz potem Abram spadł z tego balkonu, a Niemcy dobili go bagnetami.

Aba Gertner urodził się w Ostrowcu, w zamożnej rodzinie hurtownika cukru. Aba uczył się w religijnej szkole podstawowej Jawne i w gimnazjum państwowym. W czasie wojny przystąpił do Haszomer Hacair. Prowadził bibliotekę gniazda w swoim miasteczku. W lutym '43 przedostał się do Warszawy. W powstaniu kwietniowym walczył na terenie Toebbensa-Schultza. Miał 19 lat, kiedy zginął.













Abraham Horowic przyjechał do getta warszawskiego z Ostrowca. W powstaniu kwietniowym walczył w grupie Haszomer Hacair. 29 kwietnia wyszedł kanałami z terenu szopów. Najprawdopodobniej wrócił z Reginą Fuden i Szlomo Baczyńskim po pozostałych w getcie. Nie wiadomo, jak i gdzie zginął. Miał 19 lat.

Icek (Icchak) Morgenlender urodził się w Ostrowcu Świętokrzyskim, w biednej rodzinie. W getcie ostrowieckim był aktywny w Haszomer Hacair. W lutym '43 przedostał się do getta warszawskiego, bo słyszał, że tam ŻOB chce się bronić. W powstaniu kwietniowym walczył w grupie Beniamina Walda na terenie szopów. Kanałami wyszedł na polską stronę. Jego ostatnim schronieniem była fabryka błon fotograficznych na Pradze. Zginął z innymi w pożarze 24 maja 1943.

Lejb Rapaport urodził się w Bielsku w bogatej rodzinie fabrykantów manufaktury [?]. W czasie wojny znalazł się w Ostrowcu i tam wstąpił do ruchu chalucowego. Z grupą młodzieży przyjechał do Warszawy, bo chciał walczyć. Krewni Lejba ukrywali się po drugiej stronie muru i próżno go nakłaniali do opuszczenia getta. W postaniu kwietniowym Lejb Rapaport walczył pod dowództwem Beniamina Walda na terenie szopów Toebbensa-Schultza. Zginął w pierwszych dniach. Miał 21 lat.

Rysia [Gryngruz?] urodziła się w Łodzi albo w Koninie. Uczyła się w polskiej szkole średniej. Na początku wojny krótko była w Radomsku, potem w Ostrowcu. Do getta warszawskiego przyjechała pod koniec 1942. Miała dobry wygląd i była odważna, więc jeździła do gett w Krakowie i Częstochowie. Została łączniczką ŻOB-u. Pod koniec grudnia 1942 pojechała po raz kolejny do Krakowa i przywiozła do getta w Warszawie krakowskich żobowców: Izraela Zilbermana, Naftalego Zimka i Lejba Troksa. Zginęła 18 stycznia 1943 w czasie pierwszych walk w getcie albo wówczas złapana, zginęła w Treblince. Miała 25 lat. (Być może ta Rysia nazywała się Gryngruz, bo o Rysi Gryngruz, łączniczce, wspominał historyk).

Basia Sylman była córką rabina z Ostrowca. Razem z młodszą siostrą Sarą i grupą drorowców przyjechała do getta warszawskiego pod koniec 1942. Matka dziewcząt ukrywała się w dość dobrych warunkach, ale daremnie nakłaniała córki do opuszczenia getta. Basia walczyła w kwietniu i maju '43 pod komendą Henocha Gutmana na terenie szczotkarzy. Zginęła w nieznanych okolicznościach. Miała wtedy 18 lat.

Sara (Suja) Sylman, siostra Basi, też należała do Droru. Zginęła między 18 a 21 stycznia 1943, w pierwszych walkach zbrojnych w getcie warszawskim. Miała wtedy 17 lat.

Dawid Sztein pochodził z Ostrowca. Do getta w Ostrowcu przyjeżdżała jasnowłosa Jadzia, łączniczka od Anielewicza. Siedem razy przyjeżdżała, siedem osób przewiozła do Warszawy, aż w końcu Niemcy złapali ją na wasze i zginęła. Dawid Sztein postanowił sam przedrzeć się do Warszawy. Pamiętał jakiś adres: Leszno 56. Przez bramę w murze przy Lesznie rozpoznał Szapse Rotholca, dawniej znanego boksera, teraz policjanta w getcie. - Człowieku, czy ty oszalałeś?! - krzyczał Szapse. - Wszyscy stąd uciekają, a ty chcesz tu wchodzić? - To był marzec '43. [...] Kolega Dawida z Ostrowca, Jakub Aleksandrowicz, skontaktował go z Nowodworskim. Sztein dostał parabellum i został przyjęty do grupy. Najpewniej byli to drorowcy Beniamina Walda. Po kilku dniach Icchak Morgenlender zabrał Dawida do bunkra, w którym było kilkadziesiąt osób, także żobowcy. Z tego domu przy Lesznie szmuglerzy przechodzili na drugą stronę, ale nie chcieli powiedzieć, gdzie jest wejście do tunelu. W końcu ludzie z bunkra przyuważyli szmuglerów. Żobowcy wyszli tym tunelem za drugim razem. Prowadziła ich Regina Fuden. W nocy 29 kwietnia dotarli na Ogrodową 27. Następnego dnia Tadek Szejngut, Krzaczek i Józef [Jarost?] przewieźli powstańców do lasku koło Łomianek. Po sześciu dniach wrócił Krzaczek z jakimś jedzeniem. Potem ktoś przywiózł dwadzieścia karabinów. Trochę dalej, na bardziej zalesionym terenie, czekało na powstańców dwóch Rosjan. Dawid Sztein był w partyzantce. Wiadomo, że przeżył wojnę.

Dawid Szulman urodził się w Warszawie. Skończył szkołę Tarbut. Przed wojną wyjechał do kibucu chaluców w Ostrowcu. Wrócił do getta warszawskiego z grupą kolegów, którzy w powstaniu kwietniowym walczyli w oddziale Droru. Zdaje się, że to Dawid wykonał wyrok śmierci na agencie gestapo Izraelu Firście. To była akcja drorowców, kierowali nią Berl Braude i Antek Cukierman. (Wyrok na Lejkinie wykonali szomrowcy). Dawid Szulman miał obce obywatelstwo, ale spalił papiery i został w getcie. Zdaje się, że Dawid był tym chłopakiem, na którego czekała Frania Beatus. Dawid zginał w czasie powstania, miał 18 lat. Frania popełniła samobójstwo, miała 17 lat.

Izrael Zilberman pochodził z Ostrowca. Ojciec jego miał tam sklep. Izrael uczył się w szkole zawodowej i należał do Frajhajtu. Był chorowity. Wiadomo, że brał udział w akcji krakowskiego ŻOB-u 23 grudnia 1942 roku. Potem przedostał się do Warszawy. Zginął 18 stycznia 1943.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Meir Jechiel ha-Lewi Halsztok

Meir Jechiel ha-Lewi Halsztok, rabin ostrowiecki

[źródło: Żydzi ostrowieccy, Ostrowiec Św. 1996]



Ostrowiec, Poland, two men by the grave of Rabbi Meir Yechiel Halevi Halstok. The photograph was taken right after the unveiling of the tombstone, 01-08-1947.

Ostrowiec, Poland, a group photograph by the grave of Rabbi Meir Yechiel. The photograph was taken immediately after the unveiling of the tombstone, 01-08-1947.



Tu pochowany.
Święty pan, światło wygnania.
Przewodniczący sądu rabinackiego świętej gminy Ostrowiec.
Meir Jechiel ha-Lewi, błogosławionej pamięci!
Halsztok.
Zmarł 19 adar I 688.
(11.03.1928 r.)

fot. 11.10.2013 r.
[źródło: Wirtualny Sztetl]



niedziela, 6 kwietnia 2014

Synagoga ostrowiecka

Waldemar Ryszard Brociek
"Synagoga ostrowiecka"
str. 79-109
[w:] „Rocznik Muzealny”, tom III, Ostrowiec Św. 2000

1. Żydzi w Ostrowcu.
          Pierwsza znana nam wzmianka o Żydzie ostrowieckim pojawia się w 1631 r. W tym roku za namową – jak powszechnie sądzono – jednego z Żydów, dwóch miejscowych złodziei ukradło z kościoła parafialnego dwanaście opłatków i dwa srebrne talerze. (przyp. 1 – Aresztowano jednego z rabusiów i kobietę, u której w domu znaleziono chustę spod monstrancji. Sąd skazał ich na spalenie, a Żyda uniewinnił. Mieszczanie uważali, że starozakonni przekupili sędziów i Teofilę Ostrogską, właścicielkę miasta. Kowalski W., „Dzieje kościelne Ostrowca Świętokrzyskiego do końca XVII wieku” [w:] „400 lat Ostrowca Świętokrzyskiego. Materiały z konferencji naukowej 18 listopada 1994 r., s.38.)
[…]

Plan Ostrowca z 1864 r.

          Ścisła zabudowa, głównie drewniana, w obrębie Rynku i przyległych ulic była powodem częstych klęsk żywiołowych spowodowanych zaprószeniem ognia. W 1861 r. wybuchł pożar, który strawił kilka budynków w Ostrowcu. (przyp. 18 – M.in. dom drewniany Eliasza Rożanego, oficynę drewnianą Szyi Rotenberga, oficynę murowaną Wigdora Blajberga oraz domy murowane należące do wdów Racheli Esse i Ejzenbach.) W nocy z 26 na 27 czerwca 1863 r. wewnątrz domu należącego do przepisywacza rodałów Herszka Lernera vel Szrajbera wybuchł pożar, który szybko ogarnął całą ulicę Tylną i Rynek. Z pomocą pospieszyli burmistrz Denkowa K. Eichler i magazynier cukrowni Częstocice H. Łabęcki, którzy zapobiegli rozprzestrzenianiu się ognia przy ul. Siennieńskiej i Denkowskiej rozbierając dachy domów i parkany. Zniszczeniu uległo 146 domów mieszkalnych (61 murowanych) i 34 inne budowle, w większości należące do Żydów. (przyp. 19 – Spaliły się drewniane jatki należące do Banku Polskiego, kuźnia, szopa na narzędzia ogniowe. Nadpalony był kościół parafialny i zabudowania gospodarskie plebani.)
[...]

Ostrowiec, w głębi na prawo od kościoła wysoki dach synagogi, rys. Wastkowski, 1872 r. 

2. Dzieje synagogi.
          Według przekazów ustnych synagoga w Ostrowcu miała powstać w 1610 r. (przyp. 21 - „Ostrowiec. A Monument on the ruins of an annihilated Jewish community”, Toronto 1950 [powinno być: 1971], str. 14.) Byłoby to więc w 13 lat po powstaniu Ostrowca, wówczas kiedy miasto było wspólną własnością księcia Janusza Ostrogskiego, kasztelana sandomierskiego Stanisława Tarnowskiego i braci Jana i Wojciecha Tworowskich z Buczacza. W tym czasie chrześcijanie nie posiadali jeszcze własnej świątyni (powstała w 1614 r.).

Widok na synagogę od strony stawów, po lewej stronie bejt midrasz, poniżej mykwa, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.
[…]
          W tradycji ostrowieckich Żydów zapisano informację o pożarze jaki wybuchł w 1713 r. w Ostrowcu, w wyniku którego w dzielnicy żydowskiej ocalał tylko dom modlitwy i synagoga, wymagająca zresztą renowacji ściany frontowej. (przyp. 25 - „Ostrowiec. A Monument...”, str. 13; wg A. Penkalli („Gmina żydowska i kirkut w Ostrowcu Świętokrzyskim” [w:] „Fołks-Sztyme” z 23 V 1981 r., s. 10) pożar miał miejsce w 1714 r.) Według innej wersji synagoga uległa częściowemu spaleniu i miała być w 1714 r. całkowicie odbudowana przy użyciu drewna modrzewiowego. (przyp. 26 – Brociek W.R., Penkalla A., Renz R., „Żydzi ostrowieccy...”, s. 14.) W odnowieniu synagogi brały udział trzy osoby: Herzke, Simon ben Arahon Daft i Jeheskiel z Krakowa, który był artystą i wyrzeźbił w drewnie Arkę Przymierza. (przyp. 27 - „Ostrowiec. A Monument...”, str. 13.) Polichromię przypisywano Jehudzie Lejbie (Arye Jehuda Lejb, syn Borucha). Ustna tradycja żydowska przekazuje opowieść o malarzu, który miał dokonać renowacji synagogi i w trakcie ozdabiania sufitu spadł z rusztowania ponosząc śmierć na miejscu. Jego zgon przedstawiany był w wielu legendach przez następne stulecia. Odtąd sam sufit miał już być niewykończony. (przyp. 28 - „Ostrowiec. A Monument...”, str. 14-15.)

Sklepienie synagogi ostrowieckiej z niedokończoną dekoracją malarską, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.
[…]
W okresie międzywojennym synagoga została uznana jako obiekt zabytkowy (przyp. 35 – Penkalla A., „Żydowskie ślady w województwie kieleckim i radomskim”, Radom 1999, s. 165.) W planach inż. arch. Romana Felińskiego znalazł się nowy budynek synagogi, już zapewne murowanej, usytuowanej u zbiegu obecnej ul. Sienkiewicza i Mickiewicza, od strony kirkutu. Nie wiemy, czy lokalizacja nowej synagogi była tylko wizją perspektywicznego rozwoju infrastruktury w Ostrowcu Św., czy też wiązała się z jakimiś konkretnymi zamierzeniami Gminy Żydowskiej.
          Podczas II wojny światowej Niemcy po likwidacji getta żydowskiego rozpoczęli metodyczne niszczenie tej dzielnicy (zrównano z ziemią wiele domów) niszcząc także zabytkową synagogę oraz sąsiadujący z nią murowany budynek domu modlitwy (Bejt Hamidrasz), w którym był także cheder (szkoła). Bożnicę rozebrano w okresie II wojny światowej.
[…]
Widok synagogi od strony skarpy, T. Rekwirowicz, 1937 r.

Widok wynagogi od strony ul. Starokunowskiej, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.

3. Opis synagogi
          Kiedy kończy się budynek przy ul. Starokunowskiej 1/7 następuje zejście w dół w kierunku Młynówki (odnogi Kamiennej). Dawniej prowadziła tędy ul. Młyńska. Idąc w dół ul. Starokunowskiej w kierunku ul. Sienkiewicza po lewej stronie ciągnie się poziomy pas zieleni schodzący stromą skarpą w kierunku stawów. Tu właśnie znajdowała się żydowska synagoga oraz dom modlitwy zniszczone przez Niemców w czasie II wojny światowej. Już na dole, przy zejściu z wzgórza zlokalizowana była łaźnia żydowska (mykwa). Pierwotnie obiekty te tworzyły w układzie urbanistycznym miasta zwarty zespół synagogalny.
Wnętrze synagogi, drzwi wejściowe, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.
[…]
… szczególne znaczenie posiada dokumentacja fotograficzna zachowana w ostrowieckim muzeum, a wykonana w 1937 r. przez znanego ostrowieckiego fotografika Tadeusza Rekwirowicza.
[…]
Aron ha-kodesz ostrowieckiej synagogi, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.

          Głównym pomieszczeniem synagogi była sala modlitw, przeznaczona wyłącznie dla mężczyzn. Na jej ścianie wschodniej (zwykle sytuowana była przy ścianie naprzeciw głównego wejścia) znajdowała się szafa ołtarzowa (hebr. Aron ha-kodesz – Święta Arka, święta skrzynia), w której przechowywane były rodały – pergaminowe zwoje z ręcznie spisanym tekstem Tory (hebr. Sefer Tora – Zwój Tory). Szafa ołtarzowa ostrowieckiej synagogi jest przykładem jak, pod wpływem konstrukcji ołtarzy w kościołach katolickich, budowano wspaniałe, wysokie, obficie dekorowane retabula ujmujące Arkę […]. Opisywana Aron ha-kodesz – stanowiła typ ołtarza architektonicznego, barokowego, kolumnowego, dwukondygnacyjnego i stała na podwyższeniu otoczonym balustradką, na którą wchodziło się po schodkach. Obie kondygnacje były tej samej szerokości, bogato rzeźbione. Kolumny były typu korynckiego ażurowe, zewnętrzne dolnej kondygnacji oraz wewnętrzne górnej o trzonach spiralnych. Posiadały bogatą dekorację rzeźbiarską z motywami roślinnymi oraz z ozdobnym zwieńczeniem. Zwieńczenie dolnej kondygnacji służyło do zawieszenia parochetu z lambrekinem. W polu środkowym dolnej kondygnacji, pomiędzy dwoma podwójnymi kolumnami w obramowaniu znajdowały się misternie zdobione drzwi zamykające szafkę z rodałami, zaś w górnej kondygnacji na tle bogatej ażurowej dekoracji rzeźbiarskiej umieszczone były tablice Dekalogu.
          Aron ha-kodesz ukryta była za zaciągniętą zasłoną (parochet) […]
Parochet i lambrekin zakrywający szafę ołtarzową, niżej rimonim, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.

          [...] parochet ostrowieckiej synagogi nie był typowym obiektem żydowskiej sztuki sakralnej. Według tradycji w okresie powstania styczniowego żona jednego ze szlacheckich działaczy powstańczych („pochodząca z rodu królewskiego”?!) ofiarowała w podziękowaniu za pomoc świadczoną przez Żydów na rzecz powstańców ozdabianą złotem zasłonę do Arki Prawa ostrowieckiej synagogi. Zasłony tej jednak nie pokazywano publicznie. Dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wyjęto ją i używano podczas świąt jako symbol dobrych stosunków między Żydami i chrześcijańskimi mieszkańcami w Ostrowcu. Na tkaninie miały być wyszyte inicjały „P.R.” (przyp. 40 - „Ostrowiec. A Monument...”, str. 30.) Porównanie tej relacji z fotografią wykonaną przez T. Rekwirowicza pozwala nam uznać ustną tradycję za prawdziwą, lecz nieco zniekształconą. Ten nietypowy parochet wykonany był w części środkowej z tkaniny jednorodnej ozdobionej haftem w postaci motywów roślinnych, zaopatrzonej z prawego brzegu frędzlami, natomiast w częściach bocznych z tkaniny gładkiej bez wzorów. Jednak najbardziej intrygującą częścią środkowej tkaniny były dwa wyszywane Orły zwrócone ku sobie dziobami, opatrzone stylizowanymi wydatnymi koronami, z rozpostartymi skrzydłami, trzymające w szponach miecz i jabłko królewskie, na piersiach których, w ciemnym (czerwonym?) owalu widniały inicjały „AR” (Augustus Rex) króla polskiego Augusta II Mocnego. Orzeł polski już w XVII i XVIII w. pojawił się na parochetach i lambrekinach, rzeźbach ołtarzowych, koronach, lampach i lichtarzach chanukowych. Ewenementem było jednak w tym wypadku zaadaptowanie tkaniny typowo polskiej do sakralnych celów w synagodze. […]
          Także na prawo od szafy ołtarzowej widoczny był pulpit dla kantora (hebr. chazan), który przewodził modłom w synagodze […] W opowieści ostrowieckich Żydów żyje pamięć o chazanie Meirlu „Hasydzie z Warki”, który miał piękny głos i nosił patriarchalną brodę. Po nim został chazanem Mosze Wohlman, który wprowadził śpiewanie modlitw w synagodze w formie chóralnej. (przyp. 42 - „Ostrowiec. A Monument...”, str. 35.)
[…]
Bima, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.

Drewniana bima ostrowieckiej synagogi stanowiła podwyższone miejsce w środku sali modlitw i posiadała w narożach filary drewniane o kwadratowym przekroju, w dolnych partiach gruszkowate, w górnej wspierające się o sklepienie synagogi. Na bimę prowadziły schodki wyposażone w balustradkę, która także obiegała całą bimę. Stół (szulchan) na rodał posiadał także kilkanaście pojedynczych świeczników, które oświetlały rodał. Na metalowych listwach zamocowanych do filarów zawieszone były żyrandole, po trzy na każdym boku. Wejście na bimę znajdowało się od strony skarpy. Filary posiadały głowice kostkowe. Balustrada posiadała tralki kształtowe dwulalkowe w podstawie i głowicach kwadratowe. Przy bimie reflektor lustrowy.
Fragment bimy i widok na ścianę wewnętrzną od strony skarpy, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.

Reflektor lustrowy przy bimie, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.
[…]
          Na ścianie ostrowieckiej synagogi widzimy również przymocowane tzw. krzesło Eliasza (hebr. kise szel Elijahu) – puste krzesło stawiane podczas obrzędu obrzezania, które ponoć zajmuje prorok Eliasz. Krzesło jest podwójne z ażurowym oparciem zwieńczonym snycerską dekoracją roślinną (w centrum ukoronowany kartusz podtrzymywany przez dwa lwy) i wygiętymi poręczami, wyściełany aksamitem. […] Dziecko kładzie się na moment na krześle, a tym samym na kolanach Eliasza, przed samym obrzezaniem. 

Krzesło Eliasza, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.
[…]
          [...] świecznik korpusowy. Świeczniki tego typu, zawieszane w synagodze u stropu, zakończone były kulą. Do trzonu umocowane były długie esowato wygięte ramiona ułożone w jednym lub dwóch piętrach. Tulejki na świece posiadały u dołu profitki – talerzyki zbierające topiący się wosk.
Wnętrze ostrowieckiej synagogi, na pierwszym planie świeczniki, w głębi z lewej szafa ołtarzowa z parochetem i lambrekinem, fot. T. Rekwirowicz, 1937 r.

[...]

[Fotografie ze zbiorów Muzeum Historyczno-Archeologicznego w Ostrowcu Św.]