poniedziałek, 28 września 2015

"Dobry" Zwierzyna


„Księga Wspomnień... pięć lat później”
95 lat Gimnazjum i Liceum im. Joachima Chreptowicza
w Ostrowcu Św.
praca zbiorowa
Ostrowiec Św., 2008.

Andrzej Nowak „Opowieści Witolda Zapałowskiego”

[…]
str. 337
Tragiczna historia dyrektora Zwierzyny

            Jedna historia jest szczególnie ciekawa. W Zakładach Ostrowieckich dyrektorem administracyjnym był Niemiec z Czech o nazwisku Zwierzyna. Pilnował tego wszystkiego, a potem go oskarżono i pan Witold go bronił. - To był człowiek wysokiej kultury, zawsze elegancko ubrany, nosił białe rękawiczki i był bardzo przychylnie nastawiony do Polaków. - Jak Niemcy powiedzieli, by dał listę pracowników, bo są potrzebne nazwiska, to on odpowiedział, że przez nieostrożność papier spalił się od cygara – opowiadał Witold Zapałowski. - A tak naprawdę to on wcześniej tę listę spalił. Jak widział, że akowiec rozbroił strażnika, zabrał mu karabin i przez płot przechodził, to on pomagał przejść przez płot i podał jeszcze karabin.
            Akowcy, partyzanci z lasu, jak się zaczęło robić zimno, przychodzili do huty i on ich zatrudniał. Gdy wojna się skończyła, dyrektor Zwierzyna pojechał do Niemiec. W tamtym rejonie poszedł do miasta, do okulisty, bo drzazga wpadła mu w oko i tam spotkali go ostrowieccy Żydzi, którzy narobili awantury, że to jest gestapowiec, który szkody robił, wrzucał ludzi do pieca. Władze amerykańskie aresztowały Zwierzynę i przywiozły do Bytomia, a potem do więzienia w Sandomierzu. Naturalnie nasze władze prokuratorskie oskarżyły go, że on jako dyrektor huty wrzucał ludzi do pieca. A to było tak, że w pewnym momencie gestapo z Radomia przyjechało do huty, gdzie znajdował się obóz żydowski. Gestapo zrobiło zbiórkę Żydów, wszystkim kazali oddać kosztowności. I potem oskarżono Zwierzynę, że to on kazał wrzucić dwóch Żydów do pieca martenowskiego, bo nie oddali kosztowności, upuścili i chcieli zakopać w ziemi.
            Witold Zapałowski dostał polecenie od prezesa Sądu Wojewódzkiego, by bronił Zwierzynę. Mecenas przejął akta, zeznania Żydów, które nie budziły wątpliwości. Proces przeniesiono z sądu do Zakładowego Domu Kultury. Był rok 50. Gdy szedł na rozprawę, przed domem stały setki robotników. Wołali do niego: - Panie mecenasie, bronić Zwierzyny, on jest niewinny.
            Mecenas zapisał kilka nazwisk osób, które mogłyby zeznawać przed sądem, co też się stało. Proces kończył się drugiego dnia o godzinie piętnastej. Sądził stary sędzia Sawicki, który powiedział do dwóch ławników, by napisali uniewinnienie, a on w tym czasie pójdzie na obiad, bo jest zmęczony. O piątej sąd miał ogłosić wyrok. Jednak nie ogłosił o tej godzinie, nie ogłosił o szóstej, dopiero o dwudziestej drugiej. Robotnicy czekali na wyrok, władze sprowadziły większe oddziały UB ze Starachowic, bo bali się jakichkolwiek rozruchów, a Żydom kazano wyjechać z Ostrowca. Wyrok był taki, że Zwierzynę skazuje się na karę śmierci. Nie było od niego odwołania, trzeba było pisać o łaskę.
            Witold Zapałowski napisał takie podanie i robotnicy zebrali 3 tys. podpisów. Ubowcy prowadzili nawet śledztwo, kto zebrał tyle podpisów. Sąd odrzucił jednak podanie i wyrok został wykonany w Radomiu.
            Po kilku miesiącach od wyroku przyszedł do pana Witolda jeden z ławników, Radkiewicz i powiedział, jak się wszystko stało. Nie mogło być wyroku uniewinniającego, były naciski, by Zwierzyna został skazany. Sędzia i ławnicy ulegli tym naciskom. Pan Witold chciał potem wznowić ten proces, by sprostować wyrok. Nie było jednak żadnych akt sprawy, bo je zniszczono.

poniedziałek, 21 września 2015

Aleja z widokiem na synagogę

Ostrowiec, fot. nieznany, data nieznana

Na horyzoncie po lewej chrakterystyczny łamany dach zw. polskim [sic!] synagogi. Na drugim planie niedokończony Dom Robotniczy. Na pierwszym panie nieznani mężczyźni. Z lewej strony kasztanowce, przy alei 3 Maja.

Źródło: zbiory Macieja Kobuszewskiego

wtorek, 15 września 2015

1943

Na pierwszym planie staw Manowskiego, po prawej stronie zrównene z ziemią zabudowania ulicy Górzystej i Młyńskiej
fot. T. Religa, 1943/1944 [?]
Źródło: zbiory Tadeusza Religi.

niedziela, 13 września 2015

Ostrovtzer Synagogue

Budynek kościoła Chrystusa przy Cecil Street został sprzedany w lipcu 1922 roku kongregacji żydowskiej za 20 tysięcy dolarów i, jak powiedział Butchart, „Nowy i Stary Testament zostały odwrócone na tej nieruchomości”.

W tym czasie “większość synagog w Toronto” - pisze Stephen A. Speisman  w Żydzi Toronto: historia do 1937 r. - „była typu ziomkowskiego”, to znaczy były one etnicznie jednorodne i oparte na danym kraju, danej krainie lub – w przypadku Polaków – mieście pochodzenia. Tak było w przypadku kongregacji ostrowieckiej utworzonej w 1908 roku w centralnej części Toronto i nazwanej od miasta Ostrowiec znajdującego się w Polsce.

Budynek synagogi ostrowieckiej w Toronto, lipiec 2015, fot. W. Mazan

Takie synagogi oparte na geografii były czymś więcej niż tylko zgromadzeniami modlitewnymi. Były wspólnotami, oferującymi możliwość spotkań towarzyskich z ludźmi o podobnym pochodzeniu. Były także de facto tzw. "settlement houses" opartymi na zaufaniu, gdzie lepiej ustosunkowani członkowie ułatwiali aklimatyzację nowym członkom często nie mającym środków do życia, poprzez nieoprocentowane kredyty, opiekę nad chorymi, pozyskiwaniem funduszy w okresie trudności gospodarczych. Kongregacja ostrowiecka swojej działalności pomocowej nowo przybyłym nadała oficjalną nazwą: Tifereth Israel Bikur Cholim Anshei Ostrovtze, co Gryfe tłumaczy jako „Chwała Izraelowi, poprzez opiekę nad chorymi, ludzie Ostrowca”.

Budynek synagogi ostrowieckiej w Toronto, lipiec 2015, fot. W. Mazan

Początkowo jako maleńka kongregacja, Ostrovtker shul spotykała się w domach jej członków. Z czasem, i rosnącą liczbą członków, dążyła do zbudowania swojej własnej synagogi. Ale zakup kościoła na Cecil Street okazał się rozsądniejszym rozwiązaniem, więc zrobiono to poprzez wypróbowaną i sprawdzoną praktykę pozyskiwania funduszy ze sprzedaży siedzeń.

W 1924 r. budynek został odnowiony, aby nadać mu strukturę bardziej zgodną z funkcją i wyglądem synagogi. Wieża z dzwonnicą została zniżona i zastąpiona przez skromną kopułę. Otwarcie ostrowickiej synagogi zostało utrwalone zainstalowaniem dwóch ogromnych marmurowych tablic z wyrytym złotymi literami hebrajskim napisem dla uczczenia tych, których dotacja umożliwiła zakup budowli. Tablice te wciąż pozostają w tym samym miejscu, dziś w holu chińskiego domu kultury.

Spadina Street, Toronto, lipiec 2015, fot. W. Mazan

Przez następne trzy dekady Ostrovtzer shul było częścią żywej kultury żydowskiej, która funkcjonowała wzdłuż Spadiny i Kensington Market. Prosperował tu przemysł odzieżowy (choć często z fatalnymi warunkami dla pracowników) i dominowała kuchnia koszerna. Teatr oferował rozrywkę w jidysz (zanim nie przekształcił się w Teatr Burleski i Teatr Chiński w późniejszych latach). Ciesząc się rosnącym dostatkiem, wielu ze wspólnoty żydowskiej przeprowadziło się na północ do Foerst Hill, Bathusrt Avenue, albo rozproszyło na przedmieściach. Kongregacja ostrowiecka zmniejszyła się i opuściła Cecil Street w 1950 roku. Zgromadzenie zostało w końcu wchłonięte przez North York’s Shaarei Tefillah Congregation.

fot. W. Mazan

Źródło: Torontoist tłum. własne

wtorek, 8 września 2015

Iłżecka

Północno-zachodni narożnik rynku w Ostrowcu, wlot ul. Nowej (po lewej) i ul. Iłżeckiej (w głębi),
fot. Jan Walarian Kołecki, 1937 rok [?]
Źródło: Foto Studio Kołecki

poniedziałek, 7 września 2015

Z pamiętnika Halperta

Pamiętnik Tadeusza Halperta - „Pierwsze 72 lata mojego życia”
oprac. M. Gradoń, A. Orliński
„Szczekociński Rocznik Historyczny” nr 1
Szczekociny 2013
str. 202-268

XXIII

            Zbyt wiele już napisano o tragedii Żydów, abym mógł dodać do tego coś więcej. Mogę jedynie opowiedzieć o tym, co sam widziałem. W naszym małym miasteczku Ostrowcu mordowanie Żydów zaczęło się trochę później niż gdzie indziej. Przed zagładą Gestapo chciało ogołocić ich całkowicie, skonfiskować wszystkie pieniądze, kosztowności i inne przedmioty, dorobek całego ich życia. Dokonano tego szantażem, obietnicami i groźbami. Pewnego dnia gestapowcy sprowadzili hordy pijanych żołdaków z tzw. Armii Własowa, do pomocy w masowym mordowaniu. Ukraińcy byli kompletnie zdemoralizowani. Tylko nieliczni Żydzi starali się zbiec do lasu, reszta nawet nie próbowała się bronić. Przechowaliśmy ich przez noc, ale nie chciałem ryzykować życia mieszkańców domu, najbliższej rodziny, naszych siostrzenic i uciekinierów, pozwalając im zostać. Tego, po prostu nie dało się zrobić. Zginęliby oni i my razem z nimi. Niektórzy znaleźli schronienie u przyzwoitych chłopów, niektórzy zostali natomiast zamordowani przez innych chłopów, mających nadzieję znaleźć przy nich parę dolarów.
             Pewnego dnia B. [skrót od Bibsia – pieszczotliwe określenie żony, czyli Marii Stefanii hr. Wielopolskiej] i ja zobaczyliśmy kałużę krwi przed domem naszego starego dentysty. Dwaj jego niedawni pacjenci, gestapowcy, wywołali go i z zimną krwią zabili przed domem. Byli pacjentami przez trzy lata i często nawet zapraszał ich do swego domu. Biedny doktor Wacholder był pewien, że wkrótce zginie, pomimo że leczył gestapowców. Nie więcej niż tydzień przed masakrą Żydów poszedłem go zobaczyć i pocieszyć. Wyjął butelkę przedwojennego francuskiego Chartreuse i rozmawialiśmy. Odmówiłem trzeciego kieliszka mówiąc, że byłby to grzech pić więcej takiego dobrego i rzadkiego trunku i że powinien go zatrzymać na inną okazję. „Nie będzie innej okazji, czuję to” - zawołał. Nalegał, byśmy skończyli butelkę.
[…]

XXVI

            Gdy Niemcy odeszli, Żydzi, którzy pozostali przy życiu, byli wolni. Jeden z czterech naszych żydowskich „gości” był synem biednego kupca. Gdyby mógł, pomógłby B. na pewno. Drugi był wybitnym neurologiem, naczelnym lekarzem dużego szpitala. On także okazywał swoją wdzięczność jak tylko mógł. Pozostali dwoje to dobrze znany warszawski prawnik Józef Polikier i jego żona. Ukrywałem ich prawie pięć lat, nigdy nie zapłacili mi ani grosza za utrzymanie (żaden z naszych uciekinierów nie płacił), po wojnie nagle stali się komunistami. Przed wojną Polikier zarabiał mnóstwo pieniędzy i z pewnością komunistą nie był. Stał się nim z przyczyn praktycznych, jego bratanek został komunistycznym wojewodą na Śląsku. Tam też siedziałem w więzieniu. Gdy B. poszła prosić go o pomoc w uwolnieniu mnie, przyjął ją na stojąco, odmówił pomocy i poprosił, aby nie nachodziła go więcej. Wydawało się, że zapomniał, że pięć lat ryzykowaliśmy naszym życiem, aby uratować go i jego żonę. Prawdziwy dżentelmen, rzeczywiście.

[...]

wtorek, 1 września 2015

Młynówka

Rzeka Młynówka, w tyle zabudowania ulic Młyńskiej, Górzystej i Starokunowskiej,
w centrum trójkątny dach synagogi, lata 30. XX w. fot. nieznany

Żródło: Żydowski Instytut Historyczny