Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rapaport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rapaport. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 sierpnia 2024

Moszek Niskier

 


Hanna Krall, „Taniec na cudzym weselu”
Warszawa 1993

s. 170-173

Daniela, panna młoda, wywodzi się od króla Saula, który rządził Polską przez całą noc. Jest prawnuczką Berka Niskiera, który miał największy sklep w Ostrowcu Świętokrzyskim. Jest wnuczką Moszka Niskiera, lekarza, honorowego obywatela Rio de Janeiro.

Saul Wahl istniał naprawdę. Był synem rabina z Padwy, ożenił się i zamieszkał w Brześciu Litewskim. Zyskał względy króla Batorego i Radziwiłłów. Dzierżawił produkcję kopalń w Wieliczce, a także młyny i browary. Historię uzupełniła legenda. Podczas burzliwej elekcji po śmierci Stefana Batorego, Mikołaj Radziwiłł miał zaproponować, żeby tron objął na jedną noc jego faktor. Wśród śmiechów i okrzyków: „Niech żyje król Saul” panowie schowali miecze i sięgnęli po kielichy. Saul panował do rana, skutecznie łagodząc zacietrzewienie stron. Po wyborze Zygmunta III nadal był królewskim faktorem.

Legenda o królu Saulu utrzymuje się wśród Żydów od ponad czterystu lat. Historyk Majer Bałaban pisał o niej z lekceważeniem, Henryk Samsonowicz uważa ją za możliwą. Żydzi przybywający z Nadrenii, Wormacji i Moguncji organizowali życie gospodarcze w Księstwie Litewskim i ściśle współpracowali z magnatami. Saul mógł być obecny na elekcji. Mógł siedzieć przy stole Radziwiłłów. I mógł być królem jednej nocy, czy raczej – jednej biesiady.

Pradziadek panny młodej, Berek Niskier, wierzył w króla Saula bez zastrzeżeń. Tym bardziej że potomkiem królewskim w prostej linii był nie kto inny jak jego teść, Nachum Lejb Rapaport, właściciel sklepu z galanterią, którego jednak nie prowadził osobiście. W sklepie stała żona; Nachum Lejb zajęty był rozmowami z Bogiem i dla klientów nie starczało mu czasu.

Pradziadek był człowiekiem zamożnym. Jego sklep zajmował pięć pokoi. Sprzedawano w nim rowery, obuwie, gramofony i odzież. Dom miał dwa wejścia, do sklepu wchodziło się od ulicy Kościelnej, a do mieszkania od Młyńskiej. Doktor Niskier był w zeszłym roku w Ostrowcu, po raz pierwszy od pięćdziesięciu pięciu lat. W oknie pokoju, w którym się urodził, stała młoda kobieta. Doktor powiedział: Dzień dobry pani, ja się urodziłem w tym mieszkaniu… Kobieta milczała. Doktor pomyślał – pewnie boi się, że chcę jej odebrać mój dom. Powiedział: Do widzenia pani, i poszedł dalej.

Pradziadek był człowiekiem religijnym. Miał długą brodę i nosił chałat – elegancji, szyty na miarę. Był wprawdzie wyznawcą cadyka z Góry Kalwarii, ale w większe święta przyjmował go sam Jechiel, rabin Ostrowca, który pościł od czterdziestu lat. W dzień pił wodę i modlił się, jak na Jom Kipur, w nocy jadł odrobinę i znów pościł.

Pradziadka Berka dotknął niezasłużony cios. Najstarszy syn został komunistą. Zaczęło się od książek – „Cementu” Gładkowa i Ostrowskiego „Jak hartowała się stal”, a skończyło się więzieniem. Syn Berka Niskiera siedział w więzieniu! Gdy okazało się więc, że młodszy syn uczy się w sobotę, je trefne, zamiast do synagogi idzie do lasy z Chaną, córką mleczarki, a co najgorsze – zaczyna czytać „Cement”, Berek Niskier powiedział: To już lepiej jedź do wujka do Rio de Janerio.

Dziadek panny młodej Moszek Niskier przyjechał do Rio w roku trzydziestym szóstym. Został klaperem, czyli handlarzem domokrążnym. Towar miał w walizce. Stawiał walizkę na ulicy i głośno klaskał. Z domów wychodzili klienci. Dawał im na kredyt, a raz w miesiącu zbierał należność – jeden albo dwa cruzeiros. Po innych dzielnicach również krążyli z walizkami polscy Żydzi. Ratalną sprzedaż w Rio zapoczątkowali klaperzy z Opatowa, Ostrowca, Szydłowca, Sandomierza… Każdy miał walizkę, rejon i stałych klientów. Kiedy rezygnował z handlu, odstępował klientelę innemu polskiemu Żydowi.

Po dziesięciu latach Moszek Niskier odstąpił klientelę człowiekowi, który właśnie przyjechał z Polski.

Był rok czterdziesty szósty.

Człowiek opowiadał…

Moszek Niskier zaczął rozumieć co stało się z jego rodzicami, dziadkami, wujami i rodzeństwem. Co stało się z całą stuosobową rodziną – królewską rodziną Rapaportów i Niskierów.

We trzech – z innymi klaperami z Ostrowca – wzięli nauczyciela i zaczęli przygotowywać się do egzaminów wstępnych.

Kiedy Moszek Niskier został lekazrem, wrócił do dawnej dzielnicy. Stanął pod oknami najbiedniejszych ludzi. Zaklaskał. Powiedział: teraz będę was leczyć.

Domy nędzarzy sklecone były z kartonu i desek. Nie znano jeszcze folii, więc po większym deszczu kartonowy szałas trzeba było budować od początku.

Doktor Niskier siedział w jednym z takich szałasów. Na ulicy czekał tłum. Doktor przyjmował wszystkich i od nikogo nie brał pieniędzy. Lekarstwa przynosił ze sobą i rozdawał chorym. To trwa do dzisiaj. Na Copacabanie przyjmuje bogatych za pieniądze. W fawelach, dzielnicach nędzy, leczy za darmo. Czytał przecież „Cement”, miał brata w więzieniu i szanował ideały socjalistyczne. Socjalizm co to jest? – powtarza pytanie doktor Niskier. – To ja jestem, a ja nie lubię egoizmu, nie lubię biedy i chcę, żeby była sprawiedliwość. Ja wiem, że to jest niemożliwe w skali świata, ale nie można żyć samym życiem możliwym…

Podobno kupował tanie domy, remontował i sprzedawał po niezłej cenie.

Byłby to kapitalizm raczej.

Z kapitalizmu utrzymywał rodzinę, kupował lekarstwa i woził transporty żywność na północ, dotkniętą suszą i głodem.

W ten sposób szczęśliwie połączył oba systemy. Żyje życiem i możliwym, i nierealnym.

Ślub wnuczki Moszka Niskiera odbędzie się w synagodze.

Daniela Niskier, lekarka, poślubi Carlosa Wajsmana, urzędnika bankowego.

Wesele odbędzie się o dziesiątej wieczorem. Zaproszono osiemset osób: dziadków – Niskierów w Ostrowca i Goldsztajnów z Sandomierza, rodziców urodzonych już w Rio i kolegów ze studiów.

Zagra kapela Wardy Hermolin.

Stary Hermolin był jubilerem w Ostrowcu. Sklep miał koło rynku, a mieszkanie odnajmował na Młyńskiej u Niskierów. W Ostrowcu była jeszcze inna orkiestra, kto wie czy nie lepsza, Samuela Szpilmana, skrzypka. Niestety, Markus, jego syn, który mieszka w Rio i w sławnej na całym świecie klinice chirurgii plastycznej operuje gwiazdy Hollywoodu, porzucił skrzypce i wybrał saksofon. W przerwach między operacjami gwiazd Hollywoodu gra jazz. Jazz odpada, orzekł Moszek Niskier. Pozostaje Warda Hermolin. Potrafi i lambadę zagrać i zaśpiewać A jidisze mame.

A jidisze mame musi być, bo weselni goście powinni trochę popłakać.

Popłaczą tylko ci z Ostrowca i Sandomierza. Tylko tam były prawdziwe żydowskie matki.

Kobiety w muślinach, brokatach i koronkach sprowadzonych z Włoch i uszytych przez Maison Liliana to są matki poprzebierane.

Nie o nich będzie śpiewała Warda Hermolin.

A jidisze mame będzie dla matek z Opatowa, Szydłowca, Lublina, Ostrowca Świętokrzyskiego i Janowa koło Pińska.

Po płaczu nastąpią tańce.

[…]

wtorek, 18 kwietnia 2023

Schron

 The Bunker

written by Rokhel Guthaltz-Kempinski -Yizkor Book 1971, Page 342 Translated by Pamela Russ

It was a dark Friday, a typical, overcast, Polish, autumn day. Already at dawn, the skies were cloudy. You could feel in the air that a tragedy in town was approaching.

We lived near the cemetery. That morning, we were awoken by hysterical cries of mothers holding small children in their arms, those who had come to the “ohel” [“tent”; monumental tomb] of our Rebbe [rabbinic leader], not to ask, but to plead that nothing bad should happen to our city. There was activity in the cemetery as there used to be on the eve of Yom Kippur.

I was also carried away by the atmosphere and went to the “ohel” as well. Tens of memorial candles were burning, and the “ohel” was crowded. The women's cries went all the to the heart of the heavens. Our mothers sensed the horrible tragedy that was approaching the city. Their cries were able to open not only the seven gates of the heavens, but also thousands of heavens, if only they could have listened. Women cried in otherworldly voices: “Rebbi, this is your city. This cannot happen here! Tear open the gates of the heavenly courts, just as we are tearing your gravesite. We have nowhere else to turn. You are our father!” Sadly, no voice came out of the grave…

The Ostrowiec Jews shared the same fate as the rest of the Polish Jews. There were no Shabbath preparations in the Jewish homes. People were going around as if intoxicated. “What should we do?” This question lay on everyone's lips. Some prepared bunkers, which, in Polish, we called a “schran.”

At that time, there was a hachshara kibbutz [“training farm”] of “Hechalutz” [youth movement training for agricultural settlement in Israel], which was run by a young man from Slonim, Beryl Broide. I would go there often. The kibbutz had connections with Warsaw. Often, I would find messengers from Warsaw with “nice” (non-Jewish) faces.

Also, a group of young people would come into the group: Bashe and Sarah Sylman, Leibel and Avraham Eiger (these were all the Lublin Rebbe's grandchildren), Yisrolik Hermalin, Dovid Shulman [Dawid Szulman], Franie Biatus [Beatus] (from Konin), and others.

At the Sylman's house on Ilzecka Street, the youth, following Beryl Broide's instructions, built a “schran” [hideout]. They cordoned off a room and walled it off with a door. There was a secret entrance – through the roof in the attic. When I came there with Beryl on Shabbath, and they told me to try and find the entrance, there was no way I could do that because it was simply hidden. After that, I never went out of there. That same night, there were rumors that an Aktzia evacuation was about to start.

The “schran” was made up of a large room. We were about thirty people. First, the entire kibbutz – all strangers. Not from Ostrowiec. And then, residents of the city, whose names I still remember:

Rokhel Sylman and her grandchildren Bashe, Sarah, and Yosele; the son of the Lublin Rebbe, and a few daughters-in-law and some grandchildren; and his daughter Mrs. Rubin from Bielsk, and her little boy “Bobush,” an exceptionally beautiful child, who stands before my eyes to this day: a head of dark locks, and two Jewish eyes that reflected all our pain. The child understood the seriousness of the situation even though he was so young. It is noteworthy that he did not cry the entire time, and did not even speak. From time to time, the beautiful Mrs. Rubin turned to her father with a puzzling question: “Tatteshe [dear father], the child!” But the grandfather had nothing to say, and silently just shook his head.

Beryl Broide distributed Molotov cocktails to all of us youths. The older people did not know about this. He would raise up a bottle and say: “They will not take Bobush alive from us!”

In the “schran” [hideout] there was also Yisrolik Hermal and his little sister Sonia and a little brother; there was also the Mendelevitch family from Kielce; Yisrolik Shulman from Szeroka Street; Yecheskel Krongold and his wife.

In the evening, all the young men who worked in the factory left the “schran.” We stayed behind and waited. At dawn we heard the orders of the SS and we understood that the Aktzia had begun.

The “schran” was located on the second floor and it had small windows, so-called “dimnikes” [chimneys]. We covered up the windowpanes, and through the cracks we were able to see what was going on outside. From time to time, we heard shooting, and people's dying cries. We had prepared provisions, but who could think of eating.

After a few days we found out that they were amassing groups of Jews in the courtyard where we were hiding. This allowed us to go out from time to time and mix with other people, get food, and water from the well that was in the courtyard. I want to mention here the warmhearted Jew Mendelevitch from Kielce, who risked his life and went to buy bread for everyone, and brought water for everyone and distributed it.

We were there for almost two weeks. During that time, the Germans searched for hiding places in the house. We heard the German boots and their shouts. They discovered a few hiding places in the house at that time but did not find our “schran.”

The group that had prepared to go to Warsaw in order to join the Warsaw ghetto uprising consisted of, at the head, Beryl Broide, then Bashe and Sarah Sylman, Leibel Eiger, Franie Beiatus (who served as a courier and went back and forth to Warsaw), Yisrolik Shulman, Yisrolik Hermalin. If I have forgotten someone, please forgive me.

Once, Bashe Sylman went into the street during the day. Her appearance was that of a Christian. They grabbed her up, as well as other Christian girls, and sent them to work in Germany. But she escaped the transport and returned to the “schran” where she told everyone what had happened. Her grandmother, Rokhel Sylman, admonished her strongly as to why she had run away from working, where she could have saved herself. But Bashe replied: “Bubbe, I don't want to die with “Christ the king” on my lips!”

I want to mention another important event that took place in the “schran.”

Once, Beryl Broide came in breathless, and said: “Everyone, I promise you that whoever will survive should not forget this: The vice-commandant of the Jewish police put me on the transport with his own hands, but I escaped!”

I think it is my holy obligation to my friend Beryl to fulfill his wish. I am the only surviving person of the “schran.” The rebels [putschists] knew about the activities of Beryl Broide.

Then, they divided up the entire house where we were for the factory workers, so that once again we were left in the street. By chance, I met Shmuel Zhabner in the courtyard, a policeman who lived with his mother in the ghetto, in our house. He told me that our family was hiding in our attic in a “schran.” I told my friends and soon we all went up into the hiding place, and meanwhile, the entire group went to Warsaw. The last two who left were Leibel Rappaport and Dovid Shulman.

The whole group died in the Warsaw ghetto, and we of Ostrowiec also contributed to the bravery and heroism in the Warsaw ghetto uprising. The first one to die was Sarah Sylman, with a weapon in her hand. The day of the resistance uprising is holy for me.

I want to relate an event that is etched in my memory: Leibel Rappaport, 18 years old, Sarah Silman, 17 years old, and Dovid Shulman, 17 years old, went out on a rainy, dark night, to set fire to the marketplace. They took along with them combustible material. They went into Fridlewski's house on Szeroka Market, set fire to the roof, hoping that the wind would blow up the fire. Sadly, the rain put out the fire.

I remember how they came into the “schran” soaked from the rain, and they called out: “Beryl, we lit it up!” How much courage they must have needed to carry out this act.

In the final days, several other bunkers were discovered in the nearby areas. More people came to us. Our place became too popular and would not be able to last much longer. The police became aware of the house. Two policemen came and they chased all of us out. Some were sent off to Treblinka. I remained with the group from the kibbutz. We had another hiding place. Better said, a living grave – in the house of Franie Beiatus, the one from Konin. The entrance was through a bureau. The drawer in the front was sealed shut, unable to be opened. Inside, there was a masked board which could be removed, and that was the entry point to the “schran.” The cabinet looked regular from the outside. When it was opened, it was filled with linens and clothing.

It is also an honor for me to mention Chan'tche Grinblat from Szeroka Street. Holding her child in her arms, she went at the head of all the children of Ostrowiec who were sent to Treblinka. Let it be said here that our Janos Korczak was Chan'tche Grinblat from Szeroka Street.


Thanks Jews of Ostrowiec Memorial Project

niedziela, 27 listopada 2022

Ja łebków nie dawałem

 


Jakub Szymczak
„Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym”
Wołowiec 2022


s. 192-194

                 O co dokładnie zostali oskarżeni [bracia Zajfmanowie – Abram i Lejbusz]? W „Jornal Israelita” z 16 stycznia 1947 roku napisano: „Uznajemy braci Abrama i Lejbusza Zajfmanów jako odpowiedzialnych za bestialskie traktowanie i przywłaszczenie majątków swoich ofiar dla własnej korzyści.

                Że Abram i Lejbusz Zajfman są odpowiedzialni za wytępienie wielkiej części ludności żydowskiej w mieście Ostrowcu, włącznie z ludnością żydowską, która została zapędzona do tegoż miasta z innych obszarów.

                Że ciąży także odpowiedzialność na braciach Abramie i Lejbuszu Zajfmanach, że w wigilię opuszczenia miasta Ostrowiec przez barbarzyńskie hordy Hitlera, szef gestapo tegoż okręgu doniósł im następująco:

                Jutro opuścimy miasto, musimy wysłać resztę więźniów do krematoriów i wagony do tego celu są już przygotowane.

                Abram i Lejbusz Zajfman przyjęli tę diabelską misję i ją wykonali z największą dokładnością i zimną krwią, nie pozostawiając nikogo z ludności żydowskiej w mieście, a sami jako jedyni w ten sposób ocaleli”.

                W gazecie wydrukowano też nazwiska ofiar Zajfmanów, które świadczyły przeciwko nim, między innymi rodzeństwa Joska i Motla Frydmanów.

                Nieprawdą jest, że Zajfmanowie przetrwali jako jedyni Żydzi w Ostrowcu. Z pewnością wielu Żydów się ukryło. Wojnę przeżył na przykład Komendant tutejszego OD [Jüdischer Ordnungsdienst, dosł. Żydowska Służba Porządkowa] Moszek Puczyc. Według Moszka Rapaporta, ostrowieckiego Żyda, którego świadectwo odnalazł i umieścił w swojej książce „W lepszym towarzystwie” dziennikarz Aleksander Rowiński, Puczyc po wojnie wyjechał do okupowanych Niemiec i został „prezydentem” obozu dla przesiedleńców w Monachium. W maju 1945 roku do miasta wróciło prawie dwustu członków społeczności żydowskiej.

                Abram Zajfman rzeczywiście kierował likwidacją ostrowieckich Żydów. W mieście żyło ich mniej więcej dziesięć tysięcy, stanowili oni około czterdzieści procent populacji miasta. Podczas okupacji liczba ta się zwiększyła – do Ostrowca zwieziono między innymi tysiąc Żydów z Wiednia. Łącznie w niewielkim getcie znalazło się ponad piętnaście tysięcy osób. Większość z nich w październiku 1942 roku wywieziono do Treblinki. Ale nie wszystkich – w kwietniu 1943 roku wywieziono kolejne osoby, w mieście zaś powstał obóz pracy. Pozostawiono około dwóch tysięcy Żydów i stłoczono ich w kilkunastu barakach. Nieco ponad rok później, gdy Niemcy postanowili pozbyć się poprzedniego komendanta obozu, na to stanowisko awansował Abram Zajfman. Nie potrzebowano go na długo, ale zgodnie z relacją z brazylijskiego procesu miał do wykonania ostatnie zadanie – likwidację obozu i zapełnienie wagonów wiozących Żydów na śmierć. 3 sierpnia 1944 roku do Auschwitz przyjechał ostatni transport z Ostrowca. Było w nim co najmniej trzysta sześć kobiet. Te z nich, które uznano za niezdolne do pracy, skierowano prosto do komory gazowej. Skończyła się krótka kariera Abrama Zajfmana jako komendanta obozu w Ostrowcu.

                Oskarżyciele przeceniają jego możliwości i przejaskrawiają wyrządzone przez niego zło. Z brazylijskiego śledztwa wynika, jakoby Zajfman sam był odpowiedzialny za wymordowanie wszystkich ostrowieckich Żydów. Tymczasem uratowało się kilkuset z nich. Poza tym oskarżyciele źle ocenili sytuację w sierpniu 1944 roku. Armia Czerwona mościła się wówczas na linii Wisły, zaledwie czterdzieści kilometrów od Ostrowca. Niemieckie wojska i służby traciły kontrolę na sytuacją. Wobec tego pojedynczy żydowski komendant nie mógł z premedytacją wymordować lub pomóc w wymordowaniu wszystkich Żydów pozostałych w mieście. Według jednej z relacji chaos sprawił, że z obozu uciekło wówczas około dwustu osób. Abram Zajfman zapisał się na ciemnych kartach historii ostrowieckich Żydów, ale z pewnością nie było uosobieniem zła ani ludobójcą.

[…]

s. 198-199

W latach pięćdziesiątych […] Boymfeld [ówczewsny przewodniczący związku ostrowieckich Żydów w Rio] wspomina siedmiu świadków przestępstw Zajfmanów:

Jojsefa Wajnberga, który zaświadczył, że Zajfmanowie okradli go ze wszystkiego, co posiadał w obozie.

Szlojme Horowica, który powiedział, że Zajfmanowie są winni śmierci wielu Żydów, w tym Awrama Rotsztajna, Jehiela Wajnberga, żony Arona Frydlanda i córki Jankiela Warszawskiego.

Szmula Korwasera, który wykupił się u Zajfmanów od śmierci za sześć złotych monet.

Eliezara Nisenbojma, który uważał, że Zajfmanowie byli najgorszymi policjantami w getcie.

Motla Rozenblata, który mówił, że Lejbusz Zajfman go torturował.

Ryszli Szafir, która oskarżyła Abrama o śmierć Efroima Szafira i Bera Blumenfelda.

Szlojme Cwajgmana, który dodał, że Abram Zajfman napisał donos do gestapo na Szafira i Blumenfelda mających ukrywać innych Żydów.

[…]

[…] Żona Lejbusza [Zajfmana] prosiła Żydowski Instytut Historyczny o zaświadczenie, że jej mąż w Polsce „nie dopuścił się żadnego czynu hańbiącego”. Odpowiedź z pewnością ją rozczarowała:

„Nasz Instytut nie może wystawić zaświadczenia o tym, jakoby Lejbusz Zajfman nigdy nie dopuścił się w Polsce żadnego czynu hańbiącego, ponieważ Lejbusz Zajfman był policjantem w getcie w Ostrowcu i jako funkcjonariusz policji odznaczał się złą wolą, brutalnością i szantażem i należał do najbardziej zdemoralizowanego i szkodliwego elementu policji gettowej. To samo dotyczy osoby jego brata, Abrahama. […]” – tłumaczył w piśmie Bernard Ber Mark, dyrektor ŻIH-u.

poniedziałek, 2 maja 2022

Odczytanie listy 2022

 


Hanka Grupińska
"Odczytanie listy"
Warszawa 2022
wyd. III

s. 23

JAKUB CHAIM MEIR (MAJER) ALEKSANDROWICZ urodził się 6 lipca 1925 w Ostrowcu Kieleckim [do lat 20. nazywanym Ostrowcem Kieleckim, a po 1937 Świętokrzyskim] w rodzinie handlarza drewnem. Ojciec jego miał na imię Szmul Josek, mama była Malka. Mieszkali  w Ostrowcu przy ulicy Denkowskiej 15. Jakub uczył się w jesziwie, ale gdy wybuchła wojna, obciął pejsy i przystąpił do skautów żydowskich z Haszomer Hacair; został sekretarzem miejscowego gniazda. W październiku 1942 Niemcy zamordowali jedenaście tysięcy ostrowieckich Żydów. Wtedy zginęli rodzice i siostra Jakuba.

W grudniu 1942 i na początku 1943 kilku żydowskich chłopców i dziewcząt z Ostrowca przyjechało do getta w Warszawie. Eiger Awram, Gertner Abek , Morgenlender Icchak, Horowicz Awram, Silman Basia i Silman Suja, Katz Nechemia, Aleksandrowicz Jakow – te nazwiska, w taki sposób, zapisał Dawid Sztajn. Jakub był jednym z najmłodszych żobowców. Przyjaciele nazywali go Klostermajer, bo strzelał tak celnie, jak znany w getcie esesman*. Walczył w grupie Dawida Nowodworskiego na terenie szopów Toebbensa-Schultza. 23 kwietnia kula dum-dum rozerwała mu rękę. Ciężko rannego powstańcy nie zabrali do kanałów. Jakub został w getcie. Miał wtedy osiemnaście lat.

* Klaustermeyer Karl Heinrich, SS Oberscharfuhrer, w 1965 skazany na dożywocie przez sąd w Bielefeld.


s. 34-35

FRANIA BEATUS urodziła się w Koninie. Żydzi konińscy zostali zamknięci w getcie w Ostrowcu. 11 października 1942, w przeddzień likwidacji getta, Frania uciekła do Warszawy. Wracała do Ostrowca kilkakrotnie, by przewieźć do getta warszawskiego drorowców i szomrów: Berla Brojde, siostry Basię i Suję Sylman, Abę Gertnera, Icchaka Morgenlendera i innych. Niska, pyzata, hoża wiejska dziewczyna z grubym lnianym warkoczem. Wyglądała bardzo młodo, na nie więcej niż czternaście lat. Dobrze mówiła po polsku. I była odważna. Świetny materiał na łączniczkę – powiada Hela Schüpper.

Franię wysłano na drugą stronę w styczniu 1943. Wynajęła mieszkanie przy rodzinie, gdzieś w Śródmieściu. 13 kwietnia czekała na Antka Cukiermana pod murami getta. Miała wysokie obcasy i damską torebkę, żeby nie wyglądać jak smarkata. Wzięła Antka pod rękę i zaprowadziła na Marszałkowską 118. Była pierwszą łączniczką Cukiermana po polskiej stronie murów. Od 19 kwietnia Frania nie przestawała płakać i mówić o samobójstwie. Napominana przez Antka, wróciła do swoich obowiązków. Odbierała nocne telefony z getta od Tosi Altman i rano biegła do Cukiermana, by mu przekazać informacje. Organizowała kryjówki dla powstańców uciekinierów z getta.

1 maja, kiedy Kazik Ratajzer i Zygmunt Frydrych dotarli kanałami z getta do Anny Wąchalskiej, była tam Frania. Bardzo czekała na swojego chłopaka, który nigdy stamtąd nie wyszedł. Zdaje się, że ten chłopka nazywał się Dawid Szulman. 10 maja Frania zadzwoniła do Sary Biederman, która ukrywała się w mieszkaniu państwa Balickich. Mówiła o samobójstwie, prosiła, żeby ktoś przyszedł po rzeczy i po trzydzieści tysięcy złotych. Zostawiła dokładne rozliczenie i list do Antka Cukiermana. Jej ciała nigdy nie znaleziono. Nie wiadomo, jak umarła Frania Beatus. Miała siedemnaście lat.


s. 53-54

BERL BRAUDE (BROJDE) urodził się około 1920 w Słonimiu. Rodzina była religijna, więc Berl uczył się w chederze. Wkrótce został aktywistą Frajhajtu i przygotowywał się do życia pioniera w Erec Israel na kursach w łódzkim kibucu Borochowa. Kilka miesięcy po wybuchu wojny przyjechał do Warszawy i zamieszkał w komunie chalucowej przy Dzielnej 34. W czerwcu i lipcu 1940 był sekretarzem kibucu w Ceranowie, niedaleko Małkini. (Chawka Folman była w Berlem w tym gospodarstwie). W dzień chaluce pracowali na folwarku u polskiego dziedzica, a wieczorami śpiewali piosenki hebrajskie i słuchali pogadanek Berla.

Jesienią 1941 Berl został wysłany przez swoją organizację do Ostrowca Świętokrzyskiego, żeby przygotować grupę drorowców do samoobrony. Kilkoro przyjechało z nim do getta warszawskiego. Kiedyś Chawka Folman wiozła Berla dorożką. Miał zabandażowaną głowę, żeby schować żydowskie oczy i kruczoczarne włosy – zbyt niebezpiecznie wyglądał. Antek Cukierman powiedział o nim, że był intelektualistą i miał żydowski wdzięk.

29 listopada 1942 Berl Braude zastrzelił agenta gestapo Izraela Firsta. (Wyrok został wykonany na ulicy Gęsiej, kiedy First wracał do swojego domu przy Muranowskiej). 17 stycznia 1943 Niemcy złapali grupę Berla Braude i pognali na Umschlagplatz. Berl wyskoczył z pociągu gdzieś niedaleko Treblinki. Wrócił do Warszawy. W lutym 1943 został mianowany dowódcą grupy bojowej Droru w getcie centralnym.

W pierwszych dniach powstania kwaterowali na Miłej 29, w pobliżu Muranowskiej 44. Walczyli na Miłej i Zamenhofa. 8 maja 1943 Berl Braude był w bunkrze przy Miłej 18. Ranny, nie mógł do siebie strzelić, poprosił o pomoc kolegę.


s. 72

ABRAM (ABRAHAM) EJGIER (EIGIER) urodził się 24 maja 1923 w Ostrowcu Kieleckim. Ojciec Szyja Symcha Ejgier pochodził z Kraśnika. Mama Abrama nazywała się Łaja Hejne. Mieszkali przy Iłżeckiej 32.

Abram przyjechał do getta warszawskiego jesienią 1942 z grupą ostrowieckich drorowców Berla Braude. (Abraham był potomkiem słynnego rabina Ejgera z Poznania. I kuzynem Basi Sylman). Zapamiętano go jako cichego i skromnego chłopca, który dzielnie walczył w powstaniu w grupie Henocha Gutmana.

1 maja w czasie walk na Franciszkańskiej 30 Abram został śmiertelnie raniony w brzuch, kiedy strzelał z balkonu pierwszego piętra. Zaczął wtedy odważnie i złowieszczo przemawiać do Niemców, którzy patrzyli nań w osłupieniu. I zaraz potem Abram spadł z tego balkonu, a Niemcy dobili go bagnetami.


s. 91

ABA GERTNER urodził się w Ostrowcu Kieleckim, w zamożnej rodzinie hurtownika cukru. Ojciec miał na imię Izrael Dawid, a mama Rywka. Abuś miał też młodszą siostrę Bajlę, która była nieśmiała i pisała wiersze. (Bajla przeżyła wojną, ale nie przeżyła pierwszych lipcowych dni 1946. Miała siedemnaście lat, kiedy zginęła w pogromie kieleckim).

Aba uczył się w religijnej szkole podstawowej Jawne i w polskim gimnazjum państwowym. Jakoś w 1939 przystąpił do ruchu Haszomer Hacair. Prowadził bibliotekę gniazda w swoim miasteczku. W lutym 1943 przedostał się do Warszawy. W powstaniu kwietniowym walczył na terenie Toebbensa-Schultza. Kiedy zginął, miał dziewiętnaście lat.


s. 108

ABRAM (AWRAHAM) HOROWIC (HOROWICZ) urodził się w Ostrowcu Kieleckim 12 czerwca 1924. Ojciec Szmul Mendel i matka Chana Cukierman mieszkali z dziećmi przy Rynku 42. Abram był uczniem szkoły Mizrachi, a w 1936 ukończył szkołę podstawową numer 5.

Abram pojechał do getta warszawskiego, żeby walczyć. W powstaniu kwietniowym był w grupie Haszomer Hacair. 29 kwietnia wyszedł kanałami z terenu szopów. Dawid Sztajn pamiętał, że na strychu przy Ogrodowej doszedł do niego Awraham, żeby się pożegnać. Powiedział, że musi wrócić do getta. Najprawdopodobniej poszedł (z Reginą Fudem i Szlomo Baczyńskim) po pozostałych. Nie wiadomo, jak i gdzie zginął. Abramek miał dziewiętnaście lat.


s. 141-142

ICCHAK (IZAK, ICEK) MORGENLENDER urodził się w Łodzi 27 maja 1923. Rodzina przeniosła się do Ostrowca Kieleckiego, bo ojciec Izaka, Josef Juda, pochodził z Ostrowca. W księgach szkolnych zapisano, że Izak Morgenlender miał ogólny wynik dobry w roku 1933/34 i został promowany do klasy V. Przed wojną należał do Bnei Akiwa, młodzieżowej przybudówki partii Mizrachi. Ktoś pamiętał, że Icek pięknie śpiewał, że miał przejmujący głos. W getcie ostrowieckim był aktywny w Haszomer Hacair.

W lutym 1943 przedostał się do getta warszawskiego, bo słyszał, że tam ŻOB chce się bronić. W powstaniu kwietniowym walczył w grupie Beniamina Walda na terenie szopów. Kanałami wyszedł na polską stronę. Jego ostatnim schronieniem była fabryka błon fotograficznych na Pradze. Zginął z innymi w pożarze 24 maja 1943.


s. 159

LEJB RAPAPORT urodził się w Bielsku w bogatej rodzinie fabrykantów manufaktury. W czasie wojny znalazł się w Ostrowcu Świętokrzyskim i tam wstąpił do ruchu chalucowego. Z grupą młodzieży przyjechał do Warszawy, bo chciał walczyć. Krewni Lejba ukrywali się po drugiej stronie muru i na próżno go nakłaniali do opuszczenia getta.

W powstaniu kwietniowym Lejb Rapaport walczył pod dowództwem Beniamina Walda na terenie szopów Toebbensa-Schultza. Zginął w pierwszych dniach. Miał dwadzieścia jeden lat.


s. 170

RYSIA [GRYNGRUZ?] urodziła się w Łodzi albo w Koninie. Uczyła się w polskiej szkole średniej. Na początku wojny krótko była w Radomsku, potem w Ostrowcu. Do getta warszawskiego przyjechała pod koniec 1942. Miała dobry wygląd i była odważna, więc jeździła do gett w Krakowie i Częstochowie. Została łączniczką ŻOB-u.

Pod koniec grudnia 1942 pojechała po raz kolejny do Krakowa i przywiozła do getta w Warszawie krakowskich żobowców: Izraela Zilbermana, Naftalego Zimaka i Lejba Troksa. Zginęła 18 stycznia 1943 w czasie pierwszych walk w getcie albo wówczas złapana – zginęła w Treblince. Miała dwadzieścia pięć lat. (Być może ta Rysia nazywała się Gryngruz, bo o Rysi Gryngruz, łączniczce, wspominał historyk”.


s. 179

BASIA DWOJRA SYLMAN urodziła się 7 stycznia 1924 w Ostrowcu Kieleckim. Jej ojciec Chaim Fiszel, kupiec, pochodził z Zawichostu, a mama Marjem Kajle Eigier była spokrewniona z rabinem Ejgerem. Mieszkali przy Kunowskiej 23.

Basia, razem z młodszą siostrą Sarą i grupą ostrowieckich drorowców, pojechała do getta warszawskiego pod koniec 1942.  Matka dziewcząt także dotarła do Warszawy. Ukrywała się w dość dobrych warunkach i daremnie nakłaniała córki do puszczenia getta. Basia walczyła w kwietniu i maju 1943 pod komendą Henocha Gutmana na terenie szczotkarzy. Zginęła w nieznanych okolicznościach. Miała wtedy dziewiętnaście lat.

SARA (SUJA) SYLMAN, siostra Basi, urodziła się 15 maja 1926 w Ostrowcu Kieleckim. I też, jak siostra, należała do Droru. Zginęła  między 18 a 21 stycznia 1943, w pierwszych walkach zbrojnych w getcie warszawskim. Miała wtedy siedemnaście lat.


s. 187-188

SZLAMA, DAWID SZTAJN, SZTEIN [STEIN], urodził się 1 września 1924 w Ostrowcu Kieleckim. Jego ojciec, Berek Lejzor, był buchalterem i pracował w banku. Dawid miał trzech braci, którzy zdążyli ukończyć gimnazjum przed wojną. Mama, Alpa Cypa, z domu nazywała się Honigsberg. Była bardzo dobra – napisał z Hajfy Dawid Sztein – i prowadziła ciepły dom. Rodzina mieszkała przy Zatylnej 16 w Ostrowcu. Dawid skończył powszechną polską szkołę, popołudniami uczył się w hebrajskiej i należał do Haszomer Hacair.

Potem w Ostrowcu było getto. Ojciec został zabity w czasie wysiedlenia w październiku 1942, matkę wywieziono wtedy do Treblinki, a bracia zginęli później: Motek w partyzantce, a dwóch Niemcy rozstrzelali za ucieczkę z obozu.

Do getta w Ostrowcu przyjeżdżała jasnowłosa Jadzia, łączniczka od Anielewicza. Siedem razy przyjeżdżała, siedem osób przewiozła do Warszawy, aż w końcu Niemcy złapali ją na wasze i zginęła. (Nikt nie pamiętał nazwiska Jadzi).

Dawid Sztein był ósmym w kolejce – w marcu 1943 postanowił sam przedrzeć się do Warszawy. Miał jeden adres w getcie: Leszno 56. Przez bramę w murze przy Lesznie rozpoznał Szapsel Rotholca, dawniej znanego boksera, teraz policjanta w getcie. „Człowieku, czy ty oszalałeś?! – krzyczał Szapsel. – Wszyscy stąd uciekają, a ty chcesz tu wchodzić?”. To był kwiecień 1943. Dawid ukrył się w pustym mieszkaniu po polskiej stronie Leszna i czekał na placówkarzy, żeby z nimi wejść do getta. Za tę radę Szapsio wziął od niego wszystkie pieniądze, czterysta złotych.

Na Lesznie 56 mieszkali Fogelnestowie. A w piwnicy tego domu wymuszano od bogatych Żydów pieniądze dla podziemia. Tę piwnicę Aron Chmielnicki nazwał więzieniem ŻOB-u. Dawida postawiono na straży piwnicznego więzienia, w którym wtedy siedział uparty bogacz Opolion. Pilnował go na zmianę: Dawid, Kuba Fogelnest, Danek Fogelnest i jakaś dziewczyna. Mieszkali w jednym pokoju, w którym był też magazyn chleba – piekarze przynosili pełne worki dla Partii.

Koledzy Dawida z Ostrowca: Izak Morgenlender i Abram Horowicz skontaktowali go z Nowodworskim, który przyjął Dawida do grupy. Ja nie wojowałem, bo broni nie miałem, ja byłem rezerwowy – napisał w 2003 z Hajfy. Po kilku dniach Izak Morgenlender zabrał Dawida do bunkra, w którym było kilkadziesiąt osób, także żobowcy. Z tego domu przy Lesznie szmuglerzy przechodzili na druga stronę, ale nie chcieli powiedzieć, gdzie jest wejście do tunelu. W końcu ludzie z bunkra przyuważyli szmuglerów.

Żobowcy wyszli tym tunelem za drugim razem. Prowadziła ich Regina Fudem. W nocy 29 kwietnia dotarli na Ogrodową 27. Następnego dnia Tadek Szejngut, Krzaczek i Józek [Jarost?] przewieźli powstańców do lasku koło Łomianek. Po sześciu dniach wrócił do nich Krzaczek z jakimś jedzeniem. Potem ktoś przywiózł dwadzieścia karabinów. Trochę dalej, na bardziej zalesionym terenie, czekało na powstańców dwóch Rosjan. Dawid Sztein był w partyzantce. W lesie żył przez osiemnaście miesięcy. Niemcy robili obławy i pod koniec została ich już tylko garstka: Aron Chmielnicki, Bolek, Staszek, Janek i Dawid. Kiedy przyszło wyzwolenie, byli w lasach koło Dobrego. Dawid Sztein wyjechał z żoną Basią do Rumunii, potem 28 października 1945 statkiem z Konstancy do Palestyny. Już w Izraelu pracował na budowie i był majorem w wojsku izraelskim. Mieszkał w Hajfie.


s. 189-190

DAWID SZULMAN urodził się w Warszawie. Skończył szkołę Tarbut. Przed wojną wyjechał do kibucu chaluców w Ostrowcu. Wrócił do getta warszawskiego z grupą kolegów, którzy w powstaniu kwietniowym walczyli w oddziale Droru. Zdaje się, że to Dawid wykonał wyrok śmierci na agencie gestapo Izraelu Firście. To była akcja drorowców, kierowali nią Berl Braude i Antek Cukierman. (Wyrok na Lejkinie wykonali szmorowcy). Dawid Szulman miał obce obywatelstwo, ale spalił papiery i został w getcie. Zdaje się, że był tym chłopakiem, na którego czekała Frania Beatus, łączniczka Cukiermana po polskiej stronie. Dawid zginął podczas powstania, miał osiemnaście lat. Frania popełniła samobójstwo, miała siedemnaście lat.


s. 209-210

IZRAEL ZILBERMAN (ZYLBERMAN) pochodzi z Ostrowca Kieleckiego, urodził się 1 lipca 1923. Ojciec jego, Eljasz z gminy Lipsko, miał w Ostrowcu sklepik z wiktuałami, być może w domu, w którym mieszkali – przy ulicy Tylnej 17. I pewnie mama Izraela, Chana Pesla Hermolin, sprzedawała towar w tym sklepiku. Izrael uczył się w szkole zawodowej i należał do Frajhajtu. Był chorowity, miał słabe oczy.

Wiadomo, że 22 grudnia 1942 brał udział w akcji krakowskiego ŻOB-u nazwanej „Cyganeria”. (Żydzi obrzucali granatami krakowską kawiarnię. Zginęło kilku oficerów niemieckich). Potem Izrael przedostał się do Warszawy. Wiadomo, że zginął 18 stycznia 1943.

sobota, 11 kwietnia 2015

Kargul vel Kierbel


"W lepszym towarzystwie"
Aleksander Rowiński
Warszawa 1975

Str. 11-14
           Tymczasem prokuratorka kładzie na sędziowski stół fotokopię metryki Abrahama Icka Kierbela i protest rodziny Mariana Kargula o przywłaszczenie nazwiska, poparty decyzją Generalnej Prokuratory o uchylenie w trybie nadzoru decyzji Wojewódzkiej Rady Narodowej w Kielcach z roku 1948, przyznającej Kierbelowi nazwisko Kargul.
[…]
           Zielona Góra, dnia 29 kwietnia 1968 r.
           Sąd Powiatowy dla m. st. Warszawy
           Warszawa

           W związku z informacjami zamieszczonymi w prasie krajowej i regionalnej oraz w radio i telewizji o toczącym się przed powołanym sądem procesie karnym przeciwko Marianowi Kargulowi vel Abrahamowi Kierbelowi o różne przestępstwa natury kryminalnej jako najbliższa rodzina (brat i siostry) śp. ppor. rez. inż. Mariana Kargula […] Zakładamy kategoryczny sprzeciw przeciwko sądzeniu oskarżonego pod nazwiskiem Mariana Kargula vel Abrahama Kierbela, a wnosimy: ażeby Sąd w toku procesu ustalił rzeczywiste imię i nazwisko oskarżonego, pod rzeczywistym nazwiskiem prowadził proces karny i zawyrokował sprawę.

Uzasadnienie
  1. Śp. Ppor. rez. inż. Marian Kargul, syn Klemensa i Barbary z d. Grobkowska, urodzony w 1912 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim, nie mógł mieć nic wspólnego z przestępstwami Abrahama Kierbela, ponieważ jako dowódca kompanii poległ na Polu Chwały w dn. 24 września 1939 r. w obronie Warszawy na forcie Dąbrowskiego. Jego imię i nazwisko wyryte jest na pomniku wzniesionym w Warszawie ku czci studentów wyższych uczelni warszawskich poległych w obronie Ojczyzny w latach 1939-1945. […]
  2. Oskarżony pod przybranym nazwiskiem Mariana Kargula, Abraham Kierbel znany jest nam osobiście od dzieciństwa z tego względu, że mieszkaliśmy z nim po sąsiedzku pod jednym dachem w kamienicy stanowiącej własność oskarżonego. Razem z oskarżonym uczęszczaliśmy do szkoły podstawowej w Ostrowcu. Oskarżony odwiedzał często nasze mieszkanie i znał dokładnie nasze stosunki rodzinne.
  3. Po śmierci naszego brata inż. Mariana Kargula oskarżony w dalszym ciągu odwiedzał dom naszych rodziców Klemensa i Barbary Kargulów (myśmy wówczas mieszkali oddzielnie), a szczególnie gdy zostały doręczone naszym rodzicom dokumenty po śp. poległym bracie, a to: dyplom inżynierski, wojskowa książeczka stanu służy oficerskiej, metryka śmierci i inne mniej ważne papiery stanowiące pamiątkę rodzinną. Oskarżony oglądał te dokumenty, widział naocznie, skąd je nasza matka wyjmowała i gdzie je przechowywała. Zaznaczamy, że nasi rodzice obydwoje byli stuprocentowymi analfabetami, nie uczęszczali do żadnych szkół, nie umieli ani czytać, ani pisać, wobec czego nie mieli żadnego rozeznania w przechowywanych dokumentach po poległym synu i naszym bracie. W okresie okupacji hitlerowskiej w niewyjaśniony sposób zginęły z mieszkania rodziców: dyplom inżynierski brata Mariana Kargula oraz wojskowa książeczka stanu służby oficerskiej, w której uwidocznione były wszystkie dane personalne dotyczące jego osoby. Zapytani rodzice o to, co się z tymi dokumentami stało, odpowiedzieli, że przeglądał je oskarżony Abraham Kierbel i miał położyć w skrytce. Zachodzi więc prawdopodobieństwo, że oskarżony samowolnie przywłaszczył sobie te dokumenty i po zmianie zdjęć fotograficznych posługiwał się nimi jako Marian Kargul...
    […]
          Podpisy strony powodowej
          1. Adam Kargul
          2. Wanda Garska
          3. Władysława Koralewicz

Str. 356 - 367
          Mam jeszcze trzy dni w Republice Federalnej. Jadę do Hamburga, posmakować trochę miasta i portu, przede mną cały dzień podróży pociągiem. Wiozę dokument, z niepokojem konstatuję, że czytam go obsesyjnie, wciąż na nowo. Ukazał się drukiem, gdy Kargul vel Kierbel został już oczyszczony z zarzutu współpracy z hitlerowcami – najpierw w Czechosłowacji, później w Polsce. Patrzę przez okno ekspresu na przemieniający się krajobraz i wracam do zdań tchnących żarliwością autentyku, ciosanych w materii języka prosto, nie piórem lecz siekierą. Dokument ten stanie do bezwzględnej konfrontacji z tym, który będzie mnie oczekiwał na poczcie dworcowej w Berlinie.
          Co wyniknie, gdy wpadną na siebie dwie aż tak skrajne relacje – pochwała Kierbela z roku 1971 – między tysiącem stron wspomnień – i totalne oskarżenie go z roku 1949, wyłożone w książce „Ostrowiec”, wydanej przez Związek Żydów Uchodźców w Argentynie, napisanej przez Szymona Lermana.

          … Mój mózg nie możne tego przemyśleć, a serce nie może tego wszystkiego wytrzymać... co mnie opowiadał mój pozostały jedyny brat i jego syn Sera z mojej licznej rodziny w Polsce...
          … Tej nocy naziści niemieccy rozpuścili się jak dzikie hordy i psy, dokonując napadów na żydowskie sklepy.
          … W niedzielę natychmiast się utworzył „Judenrat” u Grochulskiego w domu, pod przewodnictwem Joska Rozenmana, syna Henocha, który zaraz rozpoczął funkcjonować. Po pierwsze, z ich pracy jest to, że uchwalili kontrybucję, którą musieliśmy natychmiast zapłacić. Ja zaraz zapłaciłem tę sumę, jaką przede mną stawiano, około czterech tysięcy złotych, co było dość dużo...
          … W tym czasie było zaraz zarządzenie, że kto ma sklep, musi go trzymać otwarty. Mój sklep otworzyli moje dzieci. Ja zaś sam znajdowałem się w domu i jeszcze się bałem pokazać na ulicy. Dlatego że Żydom z brodami nie było wolno oficjalnie pokazywać się na ulicy. Jeśli Niemcy spotkali na ulicy Żyda z brodą, to bagnetem mu ją obcinali, a przy tym dostał tyle bicia aż do śmierci...
          … W dn. 1 VII 1942 r. wyszło nowe zarządzenie, że Żydzi nie mogą zamieszkiwać na terenie całego miasta, a jedynie w pewnej części miasta, ściśle określone „w getto”. To „getto”natychmiast zostało utworzone od rynku, a po części ul. Iłżecka i Kunowska, aż do żydowskiego cmentarza, i to było „gettem”. To wszystko, co było dla obsiedlenia piętnastu tysięcy Żydów, którzy się wówczas znaleźli w samym Ostrowcu. Na tych samych ulicach były takie domy, które po części się zawalały. Nie zdołano wydać tego zarządzenia, wprawdzie „getto” nie było jeszcze stworzone, to Niemcy wprowadzili już granice ulic i w razie spotkania jakiegoś Żyda poza tymi granicami zastrzelili, takie wypadki były. Żydowskimi zabitymi poza „gettem” ich zachowaniem i przewiezieniem na cmentarz zwłok zajmowała się żydowska policja. Już wówczas w policji żydowskiej było około czterdziestu żydowskich policjantów. Ci Żydzi, którzy pracowali poza „gettem”, byli odprowadzani do pracy przez tychże żydowskich policjantów. Były wypadki, że zachodziły takie rzeczy, że żydowska policja bez udziału Niemców chodziła po żydowskich domach wyłapując i rekwirując Żydów, którzy chcieli oprócz tego zabierać meble i inne rzeczy żydowskie, sprzeciwów ku temu nie było, wszystko dla Niemców.
           … Postanowiłem uzyskać dla żony i dzieci Arbeitkarte w Bodzechowie, w tym celu ja wszedłem w porozumienie z Abramem Kierbelem i jemu zapłaciłem za wpuszczenie do tejże placówki i uzyskanie Arbeitskarty dla mojej żony i dwojga dzieci. On (Kierbel) przyrzekł mi, że na pewno to uzyska, to, że moja żona i dzieci będą mogli pracować w Bodzechowskiej fabryce. On stale mi przyrzekał. Oświadczył, że przyrzeczenie i zezwolenie to mi przyniesie 10 VIII 1942 r.
           … To było w jedną sobotę, zauważyliśmy, że żydowska policja wyprowadza swoje żony do Bodzechowa, wówczas zrozumieliśmy, że sytuacja się pogarsza. Tego samego dnia o piątej godzinie słyszeliśmy, że SS-mani są w Judenracie, który mieścił się w domu Hejnego. Prezesem Judenratu w tym okresie był wówczas Rubinstein. SS-owcy tam żądali od Judenratu kilka kilogramów złota, jeżeli tego Żydzi nie dadzą, to się stanie najgorsze, że oni zastrzelą Żydów. W tym momencie SS-owcy na podwórzu Judenratu wystrzelili kilka razy na wiwat, aby tym zastraszyć. W tym czasie Judenrat natychmiast wysłał do miasta żydowską policję, aby co zwołali wszystkich bogatych Żydów...
          … My już wiedzieliśmy, że to jest wysiedlenie, aby tym samym zrobić Ostrowiec bez Żydów, następnie zostały przeprowadzone rewizje domowe, przy rewizjach brali też udział żydowscy policjanci. Żyda znalezionego w domu ukrytego natychmiast zastrzelano. Ja, moja żona i dzieci tak leżeliśmy ukryci w tej małej, ciemnej izdebce, z powodu ciasnoty jedno na drugim. Ja słyszałem w tym czasie, jak przychodzą do mojego mieszkania i szukają. Każde niedobre posunięcie mogło kosztować życie. W poniedziałek wieczorem wyszedłem z ukrycia...
           … Myślałem wówczas, może ja otrzymam tam przyrzeczoną mi Arbeitskarte przez Kierbela w Bodzechowie. Przychodząc do placu bożnicy i tam spotkałem stojących grupkę Żydów, którzy się znaleźli jeszcze tam od niedzieli. Między nimi znajduje się też mój szwagier Jechil Kiesenberg, który opowiadał mi, że ci Żydzi, którzy posiadają karty poprzednie, muszą one też być jeszcze raz podpisane i to też musi kosztować świeże pieniądze u żydowskiej policji...
           … W piątek rano wyciągali z szeregu dwóch młodych robotników i natychmiast na miejscu ich zastrzelili. Na skutek tego obecni tam Żydzi wyłożyli wszystko, co posiadali, kilka milionów w złotych, dolary, złoto i wszystkie osobiste rzeczy w postaci ubrań, odzieży itp. Pozostawiono tylko Żydom, co mieli na sobie...
           … W dniu 1 VIII 1944 r. ukazało się zarządzenie, aby zrobić selekcję. Wybrano słabych ludzi z fabryki i z cegielni około sześćdziesiąt osób, których wysłano do Firtle [Firlej] obok Radomia. Te same samochody, które ich odwiozły, przywiozły z powrotem ich ubrania. W dwa tygodnie później przybyło kilka SS-manów do lagru, zabrali stamtąd komendanta lagru Efroima Szaela oraz komendanta żydowskiej policji Bera Blumelfelda, po 3 dniach ich zastrzelono. Komendantem obozu został Abram Zajfman, a komendantem żydowskiej policji Moszek Puczyc. Od tego czasu zrobiło się źle, znów od czasu do czasu zaczęto dokonywać rewizji u robotników żydowskich, szukano, czy czasami nie przynieśli więcej kawałek chleba. To trwało do 1944 roku...
           … później nas wszystkich załadowano w wagony i odesłano do Oświęcimia. Między innymi z nami razem był Szpigiel, Moszek, Eksztajn, Hamułajp, Bamsztajn. W Oświęcimiu widzieliśmy już piece gazowe...

            Opowiada Moszek Rapaport.
            Jak Niemcy zajęli Ostrowiec, natychmiast zaczęli łapać Żydów do różnych robót, jak do czyszczenia ulic, ładowania i wyładowywania wagonów na stacji, robotników tych żydowskich zaczęto łapać, każdego, kto podchodził pod rękę, dlatego też najbardziej odczuwali to ci Żydzi, którzy rekrutowali się z biedoty, między innymi jak tragarze, furmani, handlujący na rynku, jednym słowem, ci wszyscy, którzy potrzebowali zarobić na chleb w mieście, na ulicy. W wyniku tego był taki rezultat, że jedni i ci sami Żydzi zostali łapani do pracy...
            … W pierwszym okresie otrzymał koncesje na aprowizację (dział zaopatrzenia ludności żydowskiej) Abram Icek Kierbel, który słynął za utrzymującego kooperatywę. Z tą aprowizacją robił on szwindel, nie przydzielając ją biednym masom, sprzedawał ją na czarnym rynku. Wówczas prezesem Judenratu został Icek Rubinstein, były prezes syjonistycznej organizacji, pochodził on z Sandomierza, posiadał w Ostrowcu drukarnię, razem z nim momentalnie zaczął współpracować jego najlepszy kolega Dawid Diament.
            … Rubinstein przedtem był bardzo biednym, korzystał z pomocy syjonistycznej organizacji. Jak prędko został prezesem Judenratu, natychmiast zajął sobie pałac po Leriensteinie, a jego żona już na nikogo nie chce patrzeć...
            … Jest rzeczą interesującą, jak Moszek Puczyc dosięgał swoją karierę jako komendant żydowskiej policji w Ostrowcu. On był najkrwawszym żydowskim komendantem policji, jakiego posiadali Żydzi Ostrowca. Jak Niemcy wydali zarządzenie, że wszyscy Żydzi muszą oddać swoje futra i kto się nie podporządkuje pod powyższe zarządzenie do oznaczonego terminu, zostanie natychmiast zastrzelony. Wówczas Moszek Puczyc zameldował się ochotniczo, aby on przeprowadził powyższą akcję. Akcję tę przeprowadził w stu procentach. Po tej akcji prezes Rubinstein za wynagrodzenie Puczyca mianował go komendantem żydowskiej policji...
              … W lagrze Puczyc zrobił się takim mordercą, że nawet nie zezwalał nikomu do lagru przeszwarcować kilka chlebów, robił rewizje, jeśli znalazł, to zarekwirował dla siebie i policji. Nie zezwalał ugotować parę kartofli po kryjomu. Razu pewnego Puczyc i Abram Zajfman zrobili listę 30 osób zdrowych, a przeważnie takich, do których mieli złość, i wysłali ich autem pod Radom, gdzie zostali zastrzeleni. Policjant Moszek Zynger ich odwoził i przywoził ich ubranie po zastrzeleniu.
Niektórzy żydowscy policjanci wyprawiali orgie i szantażowali Żydów w ten sposób, że Puczyc był bogiem lagru i getta, aresztował on Żyda „husyda”, który miał ładną córkę, nie chciał zwolnić tego Żyda, dopóki ta córka nie przyszła prosić i dała przy tym większą ilość pieniędzy, który ją pod przymusem pozostawił na całą noc, gdzie miał z nią stosunek.
             Co gorzej, że po tych wszystkich barbarzyńskich wyczynach ich dzikości, żyją na wolności bracia Zajfman w Brazylii oraz morderca Moszek Puczyc, po wojnie był „Prezydentem Lagru” żydowskiego w Monachium (NRF).
           … Między kolaboracjonistami znajdują się tacy Żydzi:
  1. Moszek Puczyc – komendant żydowskiej policji i zdrajca Żydów ostrowieckich;
  2. Bracia Łajcyn i Abram Zajfman – którzy byli gorsi swoim postępowaniem jak Niemcy;
  3. Syjonista, znawca kilku języków Moszek Goldsztajn – który bił bezlitośnie Żydów mężczyzn, kobiety i dzieci z największym sadyzmem;
  4. Największy sadysta policjant żydowski syjonista Michel Klajner (znajduje się w Łodzi, który bezlitośnie bił Żydów i szantażował Żydów);
  5. Lejbus i Szmul Sztajnbaum, którzy szykanowali Żydów, szpicle SS, wyciągali Żydów ukrywających się przed Niemcami;
  6. Sztyl Blumensztok (syn Srula) „vorarbeiter” na cegielni Jegera wydał w ręce Gestapo dwóch braci komunistów Bitajno, którzy zostali zastrzeleni.
          Oprócz wspomnianych znajdowali się tacy szantażyści jak Kierbel i inni. Kierbel jest starym wyspecjalizowanym szantażystą. Utrzymywał kontakty i był macherem żydowskim w SS, przed wojną był lumpem.
          W okresie okupacji zrobił on strasznie duży majątek na ludzkiej krzywdzie. Po wojnie grał rolę dobrego brata dzieląc wśród ocalałych Żydów jałmużnę...

           … Opowiada Marek Lerman, że dał on Kierbelowi pieniądze, żeby zrobił arbajtkartę dla jego żony, aby tym samym uratował ją od wysiedlenia. Kierbel nie dał mu ani karty ani pieniędzy, a faszysta myślał jedynie, jak szantażować Żydów, w końcu był taki cel Kierbela, czy ratować bezbronnych ludzi, czy robić pieniądze na czarnej brudnej robocie, współpracując z Niemcami. Ilu szczęśliwych było wśród nich, którzy mieli to szczęście nie zginąć w komorach gazowych tylko od kuli. A wszyscy pozostali? Gdzie się podziały ich kości? My nie wiemy, gdzie się one znajdują, mogiły naszych krewnych, do dnia dzisiejszego nie wiemy i nigdy nie dowiemy się już o tym. Dlatego, że nasi krewni i znajomi nie zostali pogrzebani według ludzkich praw. Wrzuceni zostali do wielkich dołów masowo i nie wiemy, gdzie oni są... Może mogą nam o tym „coś” opowiedzieć dwaj żyjący świadkowie, Abram i Lejbus Zajfman? Lub może potarfią nam coś powiedzieć w „sprawie” „Ostrowca-Bodzechowa” „honorowi obrońcy” Zajfmanów-Kierbela, tutejsi znani działacze społeczni K. Hermac i Aron Bergman...
             … Żydzi z Ostrowca i okolicy nie chcą od was zwrotu brylantów, które wyście przywieźli do Brazylii, nie chcemy tych wszystkich kosztowności – któreście u nich wymusili w obozie. My nawet nie chcemy zwrotu obrączek, które wy, zbóje, ściągnęliście z martwych rąk, podczas gdy ludzie walali się po ulicach Ostrowca. Niech wasi krewni tu, w Brazylii, w Rio de Janerio, radują się tymi cennymi kosztownościami, które przeszły z pokolenia na pokolenie naszych krewnych i u każdego z nich uświęciły się jak relikwie po to, by trafiły do „właściwych rąk”. W te ręce dzikich bandytów Abrama i Lejbusa Zajfmanów i ręce tego A. Kierbela. My nie chcemy od was zwrotu zrabowanych kosztowności. Ale my chcemy wiedzieć od was, Abram i Lejbus Zajfman: powiedzcie nam, jakie modlitwy, jakie słowa nasi krewni wypowiedzieli, wywestchnęli, wypłakali w swoich ostatnich minutach życia? I was prosimy, by nam je przekazać. Powiedzcie nam, złoczyńcy Lejbus i Abram Zajfman, opowiedzcie nam, „waszym” ziomkom, to, co oni przeszli siedem dróg piekła – póki zostali wrzuceni do miejsca wiecznego odpoczynku (kto wie, czy dają im odpoczywać). Odpowiedzcie, złoczyńcy bracia Zajfman, o waszych wyczynach i bohaterstwie, w jaki sposób wy wspólnie z A. Kierbelem narażali wasze i waszych sióstr dusze i ciała... Opowiedzcie nam o wesołych dniach, a raczej nocach, które spędzano w mieszkaniach waszych sióstr, Ruchli i Kajły, dla fetowania i oddawania honorów nazistom... obozu ostrowieckiego, za ich świętą robotę? Brzmi jeszcze w moim mózgu, w uszach moich rozdzierający serce płacz i lamenty tej wielkiej masy moich krewnych i przyjaciół, podczas gdy wy, Zajfmany i Kierbele, pomagali wysiedleniu ich do Oświęcimia, Treblinki, Majdanka. Bezsenne noce są świadkami naszych ogromnych ofiar, które my tam pozostawili. Jest bardzo ciężko uspokoić się, że Żydzi, żydowscy mordercy, przyłożyli swoje ręce do tej barbarzyńskiej roboty. Grzmią jeszcze w naszych uszach ostatnie krzyki z komór gazowych. Kiedy gazy truły ich płuca i paliły serca, to ostatkiem swoich sił posyłały swój nakaz (testament): „nie zapominajcie przestępstw, jakie ludzkość dokonał przeciwko nam”. A tym bardziej nasi krewni i ziomkowie, nie zapominajcie żydowskich złoczyńców, tych Kierbelów i Zajfmanów. Nie zapominajcie również ich przyjaciół i ich obrońców, którzy są nie mniej niebezpieczni jak sami mordercy...
             … Obecnie, po zbrodniach Hitlera, kiedy straciliśmy jedną trzecią narodu, w taki barbarzyński sposób przy pomocy naszych własnych zdrajców, złoczyńców Zajfmanów-Kierbel, którzy na zimno, spokojnie przypatrywali się temu, co przed ich oczyma działo się, oni, ci bandyci, zabawiając się w naszym mieście wspólnie z hitlerowskimi bestiami na różnych festynach, nie słuchali wtedy próśb i płaczu, naszych najdroższych, ich my nigdy nie zapomnimy, bo nie możemy zapomnieć, ponieważ taki był ostatni nakaz dwudziestu tysięcy Żydów ostrowieckiego i bodzechowskiego obozu, ostatnie słowa ofiar z Ostrowca, które oni przesłali do nas przed śmiercią męczeńską, były następujące: Ostrowieccy ziomkowie: gdzie by nie przebywali, nie zapomnijcie okropności, których dokonali w stosunku do nas Zajfmanowie, Kierbele i inni... Nie zapomnijcie gwałtów, jakie oni dokonali nad nami. Zamęczonych przez nich, nie zapomnijcie o nich, złoczyńcach, Abram i Lejbus Zajfman, nie dajcie im spokoju obok siebie, wyplujcie ich. Niech już więcej w przyszłości nie powtórzy się taka ruina i hańba...

             Czytam ten przerażający dokument, wyraziście oddający dramatyczne dni okupacji, wierne zwierciadło losu Żydów. Wlał on krwawą treść w nazwy Ostrowiec, Bodzechów, Sandomierz, w imiona z upływem lat coraz słabiej kojarzące się z prześladowaniami i grozą – coraz głębiej zapada się w niepamięć tragedia poznawana za pomocą druku.
               Trudno, bardzo trudno wywołać w sobie przypuszczenie, że te niczym testamenty pisane opowiadania świadków podyktowane zostały czymś więcej aniżeli potrzebą szczerych zwierzeń – czy jest prawdopodobne, że może być inaczej, że w grę mógłby wchodzić jakiś donos, brudny interes, opłacone fałszywe oskarżenie?
              Z wielkim niepokojem myślałem o konfrontacji dokumentów. Jeżeli tamten dokument, który ma czekać na mnie w Berlinie, jest pochwałą Kierbela, to jak nazwiemy ten, który mam? Jak określić ludzi, którzy go stworzyli?!
             W jakiej rozterce będę, gdy z drugiego końca świata, z Tel-Awiwu do Monachium i z Monachium do Berlina, w cztery dni nie dotrze przyobiecana książka? Sprowadzana ryzykownym – jak mi się wydawało – systemem połączeń.
             Pierwsze kroki z pociągu kieruję na pocztę. W umówionym miejscu, przekazują mi dużą, szarą kopertę. Otwieram ją pospiesznie. Zawiera kilka kartek:
             Oświadczenie Ireny Prażak alias Idesy Zylberdrut, z podpisem poświadczonym przez prezydenta miasta Fryburga. Treść składa się z kilka zdań po niemiecku. Przebiegam je oczami: Irena Prażakova poznała pana Mariana Kargula w 1943 r. w Polsce. Pomógł jej w ucieczce na Słowację i dalej do Budapesztu. Gdy w 1944 roku Niemcy wkroczyli do Budapesztu, razem z jej siostrą a swoją żoną przetransportował ją do Bańskiej Bystrzycy i tutaj stworzył polską jednostkę przy wolnej Armii Czechosłowackiej. Walczył w niej do końca wojny. Uzyskał – pisze pani Prażakova – wysokie odznaczenia i znany jest jej dobrze jako zawsze chętnie pomagający ludziom.
            To tyle.
            Drugi dokument jest aktem notarialnym, opatrzonym licznymi pieczęciami.

            Działo się dnia dwudziestego drugiego miesiąca listopada roku 1971 przede mną, urzędującym notariuszem, Jakubem Poznańskim, mającym kancelarię swoją w Tel-Awiwie, przy ulicy Shderoth Rotschild 135.
  1. Leben Chawa z domu Adler, zamieszkała w Tel-Awiwie, przy ul. Pinskier 67, legitymizująca się dowodem tożsamości Państwa Israel nr 984576;
  2. Miszpati Zwi, którego uprzednie imię i nazwisko brzmiało Miedziogórski Hersz, zamieszkały w Bnei Brak, ul. Hebron 6, legitymujący się dowodem tożsamości Państwa Israel nr 0278511;
  3. Prymel Chaim, zamieszkały w Tel-Awiwie, ul. Rabi Friedman 53, legitymujący się dowodem tożsamości Państwa Israel nr 177916;
  4. Felgenbaum Batia, zamieszkała w Ramat Ganie, ul. Modiin 81, legitymująca się dowodem tożsamości Państwa Israel nr 137060;
  5. Gutholz Meir, zamieszkały w Kiriath Motzkin, ul. Hagana 15, legitymujący się dowodem tożsamości Państwa Israel nr194212;
    Stawiający, uprzedzeni przez urzędującego notariusza o obowiązku mówienia prawdy i odpowiedzialności karnej według prawa izraelskiego i polskiego za złożenie fałszywych zeznań, oświadczyli pod przysięgą, co następuje:
    1. Nie jesteśmy spokrewnieni ani spowinowaceni z Abramem Kierbelem, którego obecne nazwisko brzmi Marian Kargul i który zamieszkuje na terenie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
    2. W czasie drugiej wojny światowej, w okresie między początkiem 1942 a miesiącem marcem roku 1943, znajdowaliśmy się razem z wieloma innymi w obozie pracy w Bodzechowie obok Ostrowca Kieleckiego.
    3. W wymienionym obozie pracy był nadzorcą p. Marian Kargul, wspomniany w paragrafie nr 1 niniejszego aktu.
    4. Przy spełnianiu swoich funkcji w obozie Marian Kargul zapisał się złotymi zgłoskami w historii ponurych dni najazdu hordy hitlerowskiej. On był tym, który niejeden raz uratował nasze życie i to z narażeniem własnego. W każdym wypadku, o którym się dowiedział jako nadzorca w obozie, że grozi nam wysiedlenie albo likwidacja obozu, co było prawie równoznaczne z wysyłką na śmierć, zawiadamiał nas o tym potajemnie i organizował w porę ucieczkę.
    5. Nigdy nie zapomnimy, my niżej podpisani oraz reszta, wielu innych pracujących w powyższym obozie, szlachetnego charakteru Mariana Kargula, zawsze gotowego do poświęceń dla pracujących w obozie.
    6. Jedno zdarzenie, które spośród wielu innych podobnych szczególnie utkwiło nam w pamięci, to fakt, kiedy w początku 1943 roku SS niemieckie miało zlikwidować nasz obóz, co było równoznaczne z wysyłką na stracenie. Marian Kargul zdążył nas uprzedzić i zorganizować naszą ucieczkę. Jasnym jest, że gdyby władze niemieckie o tej jego akcji się dowiedziały, zostałby rozstrzelany na miejscu.
    7. Marian Kargul jest człowiekiem nieskazitelnego charakteru i dobroci, gotów zawsze i w każdej ciężkiej chwili pomóc bliźniemu, i to nigdy dla własnej korzyści; człowiek, który nikomu niczego złego nie zrobił, lecz zawsze ratował innych.
          Akt powyższy został stawiającym odczytany, stawiający oświadczyli, że jest dla nich w pełni zrozumiały, w dowód czego potwierdzili jego treść pod przysięgą, własnoręcznym podpisem.
Tel-Awiw, 22 listopada 1971 roku.

          Trzecim dokumentem jest fotokopia strony tytułowej książki pt.: „Ostrowiec – a Monument on the ruins of annihilated Jewish community (Published by the Society of Ostrovtser Jews in Israel with the cooperation od the Ostrovtser Societies in New York and Toronto)”
          Do strony tytułowej dołączona jest kartka, stanowiąca fragment tekstu pisany w języku hebrajskim.
Do odjazdu warszawskiego pociągu mam całe pół dnia. Telefonuję do Monachium. Zgłasza się pani Maryla Bornstein.
         - Nie przesłaliśmy pany całej książki – tłumaczy się – ponieważ o ojcu jest tam wspomniane tylko w jednym miejscu. Ten fragment pan ma.
         W Warszawie tłumacz Żydowskiego Instytutu Historycznego dokonuje przekładu przywiezionej przeze mnie stroniczki hebrajskiego tekstu, gdzie mowa jest o Kierbelu.

         … Wyszło zarządzenie szefa niemieckiego Arbeitsamtu Kredela, ograniczające zatrudnienie Żydów powyżej 35 lat w fabryce blach w Ostrowcu. Znaczenie tego zarządzenia dla ludzi starszych, powyżej 35 lat, było jasne i wywołało niepokój. Na szczęście zorganizowano nowy warsztat pracy przez wiedeńską firmę „Elin”, produkującą elektryczne przedmioty w Bodzechowie – 5 kilometrów od Ostrowca. Firma ta otrzymała zgodę na zatrudnienie 200 Żydów. Jako kierownik grupy żydowskich robotników mianowany został Abram Icek Kierbel. Prawie wszyscy zatrudnieni w tej fabryce mieli powyżej 35 lat...

           -  I tyle.
          Tylko tyle.
          W tysiącstronicowej księdze o tragedii okupacyjnej Żydów ostrowieckich dla Abrama Icka Kierbela, który z tysiąca Żydów, ocalonych z dwunastotysięcznej czy piętnastotysięcznej żydowskiej społeczności Ostrowca, uratował sześciuset – jak sam podaje – lub dwustu – jak podają jego kuzyni – tylko jedno zdanie? Jedno zdanie?
          Co by ten fakt mógł znaczyć? Że albo ocaleni Żydzi nie chcą już rozdrapywać ran przeszłości wiążącej się z Kierbelem, albo postanowili na zawsze wymazać to nazwisko ze swojej pamięci – jeśli je wspomnieli w książce raz, to dla potrzeb historycznej dokumentacji.
Jedna stroniczka o Kierbelu może też oznaczać, że pani Maryla Bornstein nie mogła mi przekazać innych stron. Bo jeżeli wyłożona tam została prawda odmienna od tej, którą potwierdzało pięciu świadków...
          „Wszystkie koszta zostaną pokryte” - dźwięczy mi w uszach zdanie z rozmowy telefonicznej Maryli Bornstein – Monachium, Szmulek – Tel-Awiw. Czy również w ten sposób przygotowywani byli świadkowie Kierbela w roku 1948, gdy stawili się w Pradze i później w Sandomierzu?
Powraca w pamięci zdanie, jakie wyczytałem na jednej z kart protokołu ówczesnego śledztwa: „Kierbel przybył z Rio do Ostrowca i jednał sobie ludzi podarkami”.
Nabrało znaczenia wspomnienie, którego onegdaj wysłuchałem w fabryce Rapaporta – o tym, jak Kargul przyjechał po wojnie do Ostrowca i biednych częstował dolarami.
Ile za dolary potrafi zrobić bieda!
          Z powodu dolarów szli na śmierć niektórzy ostrowieccy Żydzi i z powodu dolarów byli przed nią ocaleni.
          Ratowali się, jak tylko potrafili i mogli, wszyscy podobnie. Niektórzy inaczej, jak Kierbel.

Str. 407-408
            Za kogo uważał się on sam? Różnie.
            W różnych zeznaniach różnie.
            W ostatnim, obszernym życiorysie, który złożył przesłuchiwany 12 stycznia 1967 roku, podawał:

            Urodziłem się 28 września 1909 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim w rodzinie chłopskiej. Ojciec mój, Fajwel Kierbel, posiadał gospodarstwo rolne o powierzchni około 12 ha ziemi w miejscowości Staw Denkowski, mieszczący się obecnie w granicach miasta Ostrowiec. Matka moja, Hendla z d. Traub, pracowała również w gospodarstwie razem z ojcem. Z rodzeństwa posiadałem młodszą siostrę Cecylię, która w roku 1938 wyszła za mąż za Piotra Jabłońskiego, pochodzącego z okolic Sandomierza. W roku 1946 ja ich zabrałem do Brazylii i obecnie mieszkają w Rio de Janeiro, ul. Passandu 31, dzielnica Flamingo. Do szkoły podstawowej nie uczęszczałem. Naukę rozpocząłem we wstępnej klasie gimnazjum w szkole męskiej przy ul. Polnej w Ostrowcu. Szkoła mieściła się w dawniejszych koszarach rosyjskich. Była to polska szkoła, nie pamiętam, jaki miała numer i czy była pod czyimś imieniem. Gimnazjum ukończyłem, a ściślej sześć klas gimnazjum ukończyłem w roku 1922 lub 1923. Dawało mi to, mówiąc w potocznym języku, małą maturę. Po ukończeniu szóstej klasy zostałem usunięty ze szkoły za udział w bójce...

               Wówczas przeniosłem się do Warszawy, gdzie zamieszkałem prywatnie u Pinkwasa Kleimana przy ulicy Dzikiej 24, numeru mieszkania nie pamiętam. Chodziłem w tym czasie do wieczorowej szkoły elektrotechnicznej im. Wawelberga przy ul. Stawki. Nauka w tej szkole trwała około 3 lat. Po ukończeniu szkoły otrzymałem dyplom elektryka wysokich napięć. Dyplom otrzymałem w 1925 albo 1926 i wróciłem do Ostrowca, gdzie pracowałem w firmie „Instalator” jako starszy monter. Właścicielem firmy był Natan Kuperman. W firmie tej pracowałem przez kilka lat. Byłem wówczas sekretarzem Poalej Syjon-Lewica – Żydowska Partia Pracy. W latach 1931-33 odbywałem służbę wojskową do przysięgi w 24 pułku artylerii lekkiej w Jarosławiu, a od przysięgo w 2 pułku czołgów w Żurawicach. Z wojska wyszedłem w stopniu kaprala i zamieszkałem w Ostrowcu. Przed pójściem do wojska w roku 1930 zawarłem związek małżeński z Sabiną Niskier, mieszkanką Ożarowa, powiat Opatów. Żona zamieszkała razem ze mną w Ostrowcu przy ówczesnej al. 3 Maja 15. Po powrocie z wojska byłem kierowcą w straży pożarnej, a następnie jeździłem autobusem prywatnej firmy na trasie Ostrowiec-Warszawa. W Ostrowcu pracowałem do wybuchu wojny. Posiadałem czworo dzieci, w tym dwóch synów i dwie córki.

sobota, 19 kwietnia 2014

"Odczytanie Listy"

Anka Grupińska 
"Odczytanie Listy. Opowieści o powstańcach żydowskich"
Kraków 2003


Jakub Chaim Meir Aleksandrowicz urodził się w Ostrowcu Świętokrzyskim, w rodzinie handlarza drewnem. Jakub był uczniem jesziwy. Gdy wybuchła wojna, obciął pejsy i przystąpił do skautów żydowskich z Haszomer Hacair; został sekretarzem miejscowego gniazda. W październiku '42 Niemcy zamordowali jedenaście tysięcy ostrowieckich Żydów. Wtedy zginęli rodzice i siostra Jakuba. W grudniu '42 kilku żydowskich chłopców z Ostrowca przyjechało do getta w Warszawie. Jakub był jednym z najmłodszych żobowców. Przyjaciele nazywali go Klostermajer, bo strzelał tak celnie, jak znany w getcie esesman*. Walczył w grupie Dawida Nowodworskiego na terenie szopów Toebbensa-Schultza. 23 kwietnia kula dum-dum rozerwała mu rękę. Ciężko rannego powstańcy nie zabrali do kanałów. Jakub został w getcie. Miał wtedy 18 lat.
* Klaustermeyer Karl Heinrich, SS Oberscharführer, w 1965 skazany na dożywocie przez sąd w Bielefeld.




Frania Beatus urodziła się w Koninie. Żydzi konińscy zostali zamknięci w getcie w Ostrowcu. 11 października 1942, w przeddzień likwidacji getta, Frania uciekła do Warszawy. Wracała tam kilkakrotnie, by przewieźć do getta warszawskiego drorowców i szomrów: Berla Brojde, siostry Basię i Suję Sylman, Abę Gertnera, Icchaka Morgenlendera i innych. Niska, pyzata, hoża wiejska dziewczyna z grubym lnianym warkoczem. Wyglądała bardzo młodo, na nie więcej niż 14 lat. Dobrze mówiła po polsku. I była odważna. Świetny materiał na łączniczkę – powiada Hela Szyper. Franię wysłano na drugą stronę w styczniu '43. Wynajęła mieszkanie przy rodzinie, gdzieś w Śródmieściu. 13 kwietnia czekała na Antka Cukiermana pod murami getta. Miała wysokie obcasy i damską torebkę, żeby nie wyglądać jak smarkata, jak zwykła sziksa. Wzięła Antka pod rękę i zaprowadziła na Marszałkowską 118. Była pierwszą łączniczką Cukiermana po polskiej stronie murów. Od 19 kwietnia Frania nie przestawała płakać i mówić o samobójstwie. Napominana przez Antka, wróciła do swoich obowiązków. Odbierała nocne telefony z getta od Tosi Altman i rano biegła do Cukiermana, by mu przekazać informacje. Organizowała kryjówki dla powstańców uciekinierów z getta. I czekała na swojego chłopaka, który nigdy stamtąd nie wyszedł. Zdaje się, że ten chłopak nazywał się Dawid Szulman. 10 maja Frania zadzwoniła do Sary Biederman, która ukrywała się w mieszkaniu państwa Balickich. Mówiła o samobójstwie, prosiła, żeby ktoś przyszedł po rzeczy i po 30 tysięcy złotych. Zostawiła dokładne rozliczenie i list do Antka Cukiermana. Jej ciała nigdy nie znaleziono. Nie wiadomo, jak umarła Frania Beatus. Miała 17 lat.

Berl Braude (Brojde) urodził się w Słonimiu. Był młodym aktywistą Frajhajtu. Przygotowywał się do życia pioniera w Erec Isreal na kursach w łódzkim kibucu Borochowa. Kilka miesięcy po wybuchu wojny przeniósł się do Warszawy i zamieszkał w komunie chalucowej przy Dzielnej 34. W czerwcu i lipcu 1940 był sekretarzem kibucu w Sterdyni czy Ceranowie, niedaleko Małkini. W dzień chaluce pracowali na folwarku u polskiego dziedzica, a wieczorami śpiewali piosenki hebrajskie i słuchali pogadanek Berla. Na jesieni 1941 Berl został wysłany przez swoją organizację do Ostrowca, żeby przygotować grupę drorowców do samoobrony. Na kilka miesięcy przed powstaniem Chawka Folman przywiozła go z Ostrowca. Przez Warszawę jechali dorożką. Berl z zabandażowaną głową, bo miał żydowskie oczy i kruczoczarne włosy – zbyt niebezpiecznie wyglądał. 29 listopada 1942 Berl Braude zastrzelił agenta gestapo, Izraela Firsta. (Wyrok został wykonany na ulicy Gęsiej, kiedy First wracał do swojego domu przy Muranowskiej). 17 stycznia 1943 Niemcy złapali grupę Berla Braude. Berl wyskoczył z pociągu gdzieś niedaleko Treblinki. Wrócił do Warszawy. W lutym '43 został mianowany dowódcą grupy bojowej Dror w getcie centralnym. W pierwszych dniach powstania kwaterowali na Milej 29. Walczyli na Miłej i Zamenhofa. 8 maja 1943 Berl Braude był w bunkrze przy Miłej 18. Ranny, nie mógł do siebie strzelić i poprosił o pomoc kolegę.

Abraham Ejgier przyjechał do getta warszawskiego jesienią 1942 z grupą ostrowieckich drorowców Berla Braude. (Abraham był potomkiem słynnego rabina Akiby Ejgera z Poznania). Zapamiętano go jako cichego i skromnego chłopca, który dzielnie walczył w powstaniu w grupie Henocha Gutmana. 1 maja w czasie walk na Franciszkańskiej 30 Abram został śmiertelnie raniony w brzuch, kiedy strzelał z balkonu pierwszego piętra. Zaczął wtedy odważnie i złowieszczo przemawiać do Niemców, którzy patrzyli nań w osłupieniu. I zaraz potem Abram spadł z tego balkonu, a Niemcy dobili go bagnetami.

Aba Gertner urodził się w Ostrowcu, w zamożnej rodzinie hurtownika cukru. Aba uczył się w religijnej szkole podstawowej Jawne i w gimnazjum państwowym. W czasie wojny przystąpił do Haszomer Hacair. Prowadził bibliotekę gniazda w swoim miasteczku. W lutym '43 przedostał się do Warszawy. W powstaniu kwietniowym walczył na terenie Toebbensa-Schultza. Miał 19 lat, kiedy zginął.













Abraham Horowic przyjechał do getta warszawskiego z Ostrowca. W powstaniu kwietniowym walczył w grupie Haszomer Hacair. 29 kwietnia wyszedł kanałami z terenu szopów. Najprawdopodobniej wrócił z Reginą Fuden i Szlomo Baczyńskim po pozostałych w getcie. Nie wiadomo, jak i gdzie zginął. Miał 19 lat.

Icek (Icchak) Morgenlender urodził się w Ostrowcu Świętokrzyskim, w biednej rodzinie. W getcie ostrowieckim był aktywny w Haszomer Hacair. W lutym '43 przedostał się do getta warszawskiego, bo słyszał, że tam ŻOB chce się bronić. W powstaniu kwietniowym walczył w grupie Beniamina Walda na terenie szopów. Kanałami wyszedł na polską stronę. Jego ostatnim schronieniem była fabryka błon fotograficznych na Pradze. Zginął z innymi w pożarze 24 maja 1943.

Lejb Rapaport urodził się w Bielsku w bogatej rodzinie fabrykantów manufaktury [?]. W czasie wojny znalazł się w Ostrowcu i tam wstąpił do ruchu chalucowego. Z grupą młodzieży przyjechał do Warszawy, bo chciał walczyć. Krewni Lejba ukrywali się po drugiej stronie muru i próżno go nakłaniali do opuszczenia getta. W postaniu kwietniowym Lejb Rapaport walczył pod dowództwem Beniamina Walda na terenie szopów Toebbensa-Schultza. Zginął w pierwszych dniach. Miał 21 lat.

Rysia [Gryngruz?] urodziła się w Łodzi albo w Koninie. Uczyła się w polskiej szkole średniej. Na początku wojny krótko była w Radomsku, potem w Ostrowcu. Do getta warszawskiego przyjechała pod koniec 1942. Miała dobry wygląd i była odważna, więc jeździła do gett w Krakowie i Częstochowie. Została łączniczką ŻOB-u. Pod koniec grudnia 1942 pojechała po raz kolejny do Krakowa i przywiozła do getta w Warszawie krakowskich żobowców: Izraela Zilbermana, Naftalego Zimka i Lejba Troksa. Zginęła 18 stycznia 1943 w czasie pierwszych walk w getcie albo wówczas złapana, zginęła w Treblince. Miała 25 lat. (Być może ta Rysia nazywała się Gryngruz, bo o Rysi Gryngruz, łączniczce, wspominał historyk).

Basia Sylman była córką rabina z Ostrowca. Razem z młodszą siostrą Sarą i grupą drorowców przyjechała do getta warszawskiego pod koniec 1942. Matka dziewcząt ukrywała się w dość dobrych warunkach, ale daremnie nakłaniała córki do opuszczenia getta. Basia walczyła w kwietniu i maju '43 pod komendą Henocha Gutmana na terenie szczotkarzy. Zginęła w nieznanych okolicznościach. Miała wtedy 18 lat.

Sara (Suja) Sylman, siostra Basi, też należała do Droru. Zginęła między 18 a 21 stycznia 1943, w pierwszych walkach zbrojnych w getcie warszawskim. Miała wtedy 17 lat.

Dawid Sztein pochodził z Ostrowca. Do getta w Ostrowcu przyjeżdżała jasnowłosa Jadzia, łączniczka od Anielewicza. Siedem razy przyjeżdżała, siedem osób przewiozła do Warszawy, aż w końcu Niemcy złapali ją na wasze i zginęła. Dawid Sztein postanowił sam przedrzeć się do Warszawy. Pamiętał jakiś adres: Leszno 56. Przez bramę w murze przy Lesznie rozpoznał Szapse Rotholca, dawniej znanego boksera, teraz policjanta w getcie. - Człowieku, czy ty oszalałeś?! - krzyczał Szapse. - Wszyscy stąd uciekają, a ty chcesz tu wchodzić? - To był marzec '43. [...] Kolega Dawida z Ostrowca, Jakub Aleksandrowicz, skontaktował go z Nowodworskim. Sztein dostał parabellum i został przyjęty do grupy. Najpewniej byli to drorowcy Beniamina Walda. Po kilku dniach Icchak Morgenlender zabrał Dawida do bunkra, w którym było kilkadziesiąt osób, także żobowcy. Z tego domu przy Lesznie szmuglerzy przechodzili na drugą stronę, ale nie chcieli powiedzieć, gdzie jest wejście do tunelu. W końcu ludzie z bunkra przyuważyli szmuglerów. Żobowcy wyszli tym tunelem za drugim razem. Prowadziła ich Regina Fuden. W nocy 29 kwietnia dotarli na Ogrodową 27. Następnego dnia Tadek Szejngut, Krzaczek i Józef [Jarost?] przewieźli powstańców do lasku koło Łomianek. Po sześciu dniach wrócił Krzaczek z jakimś jedzeniem. Potem ktoś przywiózł dwadzieścia karabinów. Trochę dalej, na bardziej zalesionym terenie, czekało na powstańców dwóch Rosjan. Dawid Sztein był w partyzantce. Wiadomo, że przeżył wojnę.

Dawid Szulman urodził się w Warszawie. Skończył szkołę Tarbut. Przed wojną wyjechał do kibucu chaluców w Ostrowcu. Wrócił do getta warszawskiego z grupą kolegów, którzy w powstaniu kwietniowym walczyli w oddziale Droru. Zdaje się, że to Dawid wykonał wyrok śmierci na agencie gestapo Izraelu Firście. To była akcja drorowców, kierowali nią Berl Braude i Antek Cukierman. (Wyrok na Lejkinie wykonali szomrowcy). Dawid Szulman miał obce obywatelstwo, ale spalił papiery i został w getcie. Zdaje się, że Dawid był tym chłopakiem, na którego czekała Frania Beatus. Dawid zginał w czasie powstania, miał 18 lat. Frania popełniła samobójstwo, miała 17 lat.

Izrael Zilberman pochodził z Ostrowca. Ojciec jego miał tam sklep. Izrael uczył się w szkole zawodowej i należał do Frajhajtu. Był chorowity. Wiadomo, że brał udział w akcji krakowskiego ŻOB-u 23 grudnia 1942 roku. Potem przedostał się do Warszawy. Zginął 18 stycznia 1943.