piątek, 6 grudnia 2019

Makkabi i Gwiazda



Waldemar Frańczak
Klub Sportowy Zakładów Ostrowieckich 1929-1939
Ostrowiec Św. 2019


s. 197-198

Żydowskie Towarzystwo Gimnastyczno-Sportowe Makkabi i Żydowski Robotniczy Klub Sportowy Gwiazda

Aktywność sportową przejawiała także młodzież żydowska. Na terenie miasta działały dwa kluby żydowskie, a pierwsze informacje o nich mamy z 1931 roku. Piłkarze Żydowskiego Towarzystwa Gimnastyczno-Sportowego Makkabi w sierpniu tego roku rozegrali mecz w Opatowie z miejscowym OKS, natomiast futboliści Żydowskiego Robotniczego Klubu Sportowego Gwiazda rywalizowali 5 września z KS Strzelec Ostrowiec.

Pierwszy z wymienionych klubów skupiał głównie zamożniejszą młodzież z rodzin kupieckich i inteligenckich, natomiast Gwiazda związana była z żydowską lewicową partią Poalej Syjon i grupowała młodzież robotniczą.

Najpopularniejszą dyscypliną w obu klubach była piłka nożna. Mamy jednak informacje o uprawianiu innych dyscyplin. Kiedy 19 czerwca 1932 roku pływacy KSZO oddawali do użytku pływalnię, zorganizowano zawody, w których udział wzięli także pływacy Makkabi i Gwiazdy. W trakcie zawodów rozegrano dziewięć konkurencji , jednak wśród zawodników zajmujących czołowe lokaty byli tylko pływacy KSZO.

W maju tego samego roku wewnątrzklubowe zawody kolarskie zorganizowała Makkabi. Cykliści rywalizowali na trasie 36 km z Ostrowca do Sienna. Zawody wygrał M. Najnudel, który pokonał trasę w 1 godz. 10 minut. Drugi był L. Worcman – 1 godz. 15 minut, a trzeci J. Gottlieb – 1 godz. 20 minut.

Jeśli chodzi o występy żydowskich piłkarzy to rywalizowali oni najczęściej z lokalnymi zespołami, utrzymywali również kontakty z klubami z Opatowa, Wierzbnika, Suchedniowa i Tarnobrzega. Wyższy poziom reprezentowali futboliści Makkabi, którzy w 1932 roku w turnieju, prawdopodobnie o mistrzostwo miasta, zajmowali wyższą lokatę w tabeli niż Gwiazda, a dwa lata później doszli do półfinału turnieju o mistrzostwo miasta, w którym zostali wyeliminowani przez późniejszego triumfatora – KSZO.

Makkabi uczestniczyła także w rozgrywkach prowadzonych w podokręgu kieleckim przez Kielecki Okręgowy Związek Piłki Nożnej. Według informacji „Przeglądu Sportowego”, Makkabi w wiosnę 1934 roku grała w klasie C, a jesienią tego samego roku rywalizowała w klasie B.

Ostatnia informacja o żydowskich klubach, jaką udało się znaleźć pochodzi z września 1935 roku. „Przegląd Sportowy” pisał wówczas: „Dobrze rozwijająca się sekcja piłkarska ŻTGS Makkabi po ustąpieniu z prezesostwa p. M. Altermana nie daje o sobie znaku życia”.

Klub Sportowy "Gwiazda" w Ostrowcu,
fot. Szmul Muszkies,
źródło: "Księga Pamięci"

Patrz: Ostrowiec - Księga Pamięci - 1949

czwartek, 21 listopada 2019

Ledermanowie na Gutwinie


Marian Banaszek
Gutwin. Dzielnica Ostrowca Św.
(Historia i współczesność)
Ostrowiec Świętokrzyski 1995


s. 11-12

Na początku lat 30-tych [XX w.] dokonała się parcelacja i kolonizacja Gutwinu. Właścicielka dóbr ziemskich i lasów ostrowieckich hr. Maria Wielopolska po wyzbyciu się nieruchomości w Częstocicach, Kuźni i Piaskach, mając zamiar osiedlenia się na stałe w stolicy, dokonała w 1930 r. działów rodzinnych pozostałego majątku. Na rzecz najstarszego syna Józefa zapisała w większości zalesione obszary o powierzchni 900 ha obejmujące Gutwin i Margrabszczyznę (lasy na północ od Gutwinu). Drugiemu synowi Aleksandrowi przekazała Sadłowiznę (lasy kunowskie), a córce Marii lasy „Feliksów” z Jeleńcem.

Prowadzący swawolny tryb życia hr. Józef Wielopolski rozpoczął niezwłocznie wyprzedaż przypadłego mu majątku. Uzyskał on w 1931 r. od Urzędy Ziemskiego w Kielcach na parcelację nieruchomości w Gutwinie. Rok później parcele nabyło tam 31 osób, a m.in. gajowy Paweł Baran, buchalter browaru Karol Lirsz, nauczyciel ostrowieckiej szkoły Władysław Jaślan oraz przedsiębiorczy bracia Szmul, Chaja [sic!] i Berek Ledermanowie. Ci ostatni stali się właścicielami gruntu o powierzchni 11,5 ha, na którym pobudowali dom piętrowy przeznaczony na garbarnię.

[…]

Hr. Józef Wielopolski w ślad za swą matką wyjechał do Warszawy i zamieszkał na stałe w budynku rodzinnym przy ul. Szustera 1.  Uprawiając hazard podpadł niebawem w długi. Drogą postępowania sądowego w 1938 r. egzekwowano od niego wynagrodzenie należne gajowym lasów hrabiowskich Pawłowi Baranowi i Janowi Nowakowi. Zlikwidowaną gajówkę nabył w tym czasie Karol Lirsz, który wynajął budynek lokatorom. Hrabiego skarżyli również niektórzy kupcy żydowscy Ostrowca, mający trudności z odzyskaniem pożyczonych pieniędzy.

[…]

Niektórzy nabywcy gruntów popadali w długi, które wpisywano im do ksiąg wieczystych. Postanowieniem sądu okręgowego w Radomiu z lipca 1940 r. z powództwa Radomskich Zakładów Garbarskich „Nowość” zasądzono na rzecz Ledermanów kwotę 6801 zł i wpisano ją do księgi wieczystej nieruchomości w Gutwinie. Z początkiem 1943 r., po likwidacji ostrowieckiego getta, nieruchomości te (zakład garbarski i materiałów budowlanych oraz grunta) jako pożydowskie zostały przejęte pod administrację wydziału lasów gubernatorstwa radomskiego, które z kolei wydzierżawiło je wraz z okolicznymi stawami niemieckiemu właścicielowi cegielni i wytwórni wódek Jegerowi. Przy pomocy więźniów z getta prowadził on na Gutwinie hodowlę ryb. […]


Dzięki uprzejmości Waldemara Frańczaka.

środa, 23 października 2019

Abramek i Luba Klejnman




A keepsake for my brother and sister-in-law and child, this is my Avremele, he is already 6 years old, and my daughter is 4 years old, Avremele and Loba [?] Klejnman, Ostrowiec 9/7 1933
Pamiątka dla mojego brata, szwagierki i dziecka, to mój Abramek, on ma już 6 lat, a moja córka ma 4 lata, Abramek i Luba (?) Klejnman, Ostrowiec 9/7 1933

They left Poland in 1934 and went to Costa Rica.
W 1934 r. wyjechali z Polski na Kostarykę.

Dzięki/Thanks Jessica Kleiman Kassin

wtorek, 13 sierpnia 2019

Polska matka pisze list

List Heleny Materny do Rity Rosenberg. Historia opisana w książce Josepha Rosenberga "Nazywam się Józef Nowak", Warszawa 2004.





Zobacz także: "Nazywam się Józef Nowak" Joseph Rosenberg

piątek, 12 lipca 2019

Chil Brawerman


„Lasy i Ludzie. Wspomnienia z lasów starachowickich 1939-1945”
Marian Langer
Warszawa 1993

s. 83-93
Od 1 maja 1940 r. obszar Lasów Starachowickich, na wschód od szosy Iłża – Lubienia, stał się państwowym terenem łowieckim Rządu Generalnego Gubernatorstwa Franka. W związku z tym w 1940 r. w Marculach został zbudowany za 100 000 zł Dom Myśliwski, zwany po niemiecku Jagdhaus. Wewnątrz budynku mieściła się wielka sala, zwana Salą Myśliwską, kilka pomieszczeń hotelowych dla myśliwych oraz mieszkanie dla łowczego, Niemca, Antona Krügera.
[…]
Latem 1942 r. względnie spokojną egzystencję Krügera zakłóciły wydarzenia, których z pewnością nie przewidywał. W lasach pojawiły się uzbrojone grupy Żydów, którzy zamiast jechać, jak Niemcy chcieli, do obozów zagłady umknęli z gett Iłży, Starachowic, Ostrowca, i innych miast, do lasu, łącząc się w większą grupę pod dowództwem Chyla [Chila] Brawermana.

Chyl Brawerman był synem właściciela pieców do wypalania wapna przy szosie pod Iłżą. Według jego słów odbywał on służbę w Wojsku Polskim i miał stopień kaprala. Był w wieku około 35 lat, raczej małego wzrostu, krępy, z charakteru rzutki i energiczny. Lubił dużo mówić, szczególnie o tym jak to teraz Niemcy boją się wejść do lasu i jak zamierza rozprawić się z żandarmami z Iłży. Bardzo marzył o tym, by dostać w swe ręce żandarma o nazwisku Batz, zwanego pospolicie Bacą, […].

W grupie liczącej około 100 ludzi miał Brawerman również całe rodziny żydowskie. Zdolnych do walki, młodych ludzi, nie było u Brawermana więcej niż 40-tu. Brakowało im broni. […]

Brawerman poczynał sobie dość odważnie jak na możliwości swego oddziału. Najpierw rozbroił posterunek policji granatowej w Mircu. Jak twierdził por. Teofil Tomczyk, oficer KRIPO w Starachowicach a w konspiracji Komendant Korpusu Bezpieczeństwa, polecił on policji granatowej w Mircu, aby się dała Brawemanowi bez walki rozbroić. Brawerman bardzo się cieszył zdobyciem kilku karabinów Steyer, wprawdzie jeszcze z I wojny światowej ale utrzymanych w dobrym stanie. Miał do nich mało amunicji, gdyż Niemcy nie mając zaufania do polskiej policji przydzielali po 20 naboi na karabin.

Drugim wyczynem Brawermana było zrobienie wypadu w biały dzień do majątku Siennieńska Wola, gdzie zdobył sporo żywności. Niemiec zarządzający majątkiem wyjechał tego dnia do Sienna i tym sposobem ocalał. Braweman zabrał tylko z jego mieszkania broń myśliwską z amunicją.

Następny i ostatni wypad zrobił na tartak i młyn Moniki Sobczakowej, Reichsdeutschki, która miała swą posiadłość koło stacji Kunów (Staw Kunowski), pod lasem. Jej także nie zastano w domu. Wyjechała tego dnia do Ostrowca Świętokrzyskiego. Po zabraniu pasów skórzanych do napędu maszyn i zniszczeniu urządzeń, oddział Brawermana wycofał się do lasu. Sobczakowa, bardzo energiczna kobieta i do tego choleryk (rzadka cecha u kobiet) wpadła w furię, gdy po powrocie do domu zastała majątek zdemolowany. Natychmiast pojechała ponownie do Ostrowca aby w Gestapo zrobić awanturę za to, że niemieckie władze bezpieczeństwa nic nie robią aby chronić swych rodaków i dopuszczają do istnienia band, do tego żydowskich. Zagroziła, że jeżeli władze policyjne nie zabiorą się natychmiast do roboty, to ona potrafi w tej sprawie do samego Hitlera dotrzeć.

Oczywiście pracę Gestapo na terenie lasów wykonywał Krüger. Zbierał wszelkie informacje, by ustalić miejsce pobytu Żydów, jaka jest ich ilość i uzbrojenie. Tymczasem Brawerman, po krótkim pobycie na terenie nieczynnej kopalni przy drodze Klepacze-Kutery, zapał w rejonie leśniczówki Klepacze w gęstwinie jodłowej, zakładając tam obóz, który przetrwał od lipca do początku listopada 1942 r.

Po przybyciu do rejonu Klepacz natychmiast nawiązał kontakt z leśniczym Marianem Langerem, którego dobrze znał już przed wojną […]. Ojciec, wiedząc że Żydzi nie mają predestynacji do życia w warunkach leśno-partyzanckich, pouczył Brawermana na czym polegają niebezpieczeństwa związane z ich pobytem tutaj i jak należy się zachować.

Przede wszystkim zakazał im palenia ogni w dzień i opuszczania w tym czasie obozu. Nie wolno im nikomu zdradzać miejsca pobytu. Wyjścia z obozu we wszystkich sprawach mogą mieć miejsce jedynie nocą. Prowiant w postaci kaszy, mąki, soli i innych materiałów nieznoszących wilgoci, złożony został w spichlerzu na leśniczówce i codziennie wieczorem dwóch, stale tych samych ludzi, przychodziło pobierać potrzebną porcję. Później podobną bazę zaopatrzeniową założył również Brawerman u rodziny Góreckich, mieszkających na skraju gęstwin jodłowych, w których był obóz. Gajowy Tomczyk, do którego należał okręg leśny a w nim obóz Brawermana, został przez ojca pouczony, aby starał się chronić miejsce pobytu Żydów przed ujawnieniem go. Kazał mu wszelkie prace w tej okolicy przerwać i przerzucić robotników do rejonów bardziej odległych. Polecił mu aby często patrolował rejon obozu zwracając uwagę na to, czy ktoś obcy przez ten rejon nie przechodzi i czy Żydzi przestrzegają udzielonych wskazówek i nie wychodzą w dzień poza teren obozu lub nie palą ogni. Wstrzymał równocześnie sprzedaż drewna zalegającego w okolicy. Należy przyznać, że Brawerman potrafił zapanować nad porządkiem w obozie i utrzymaniem potrzebnej dyscypliny. Pod koniec pobytu w Klepaczach PPR z Radomia przysłała Brawermanowi Stanisława Olczyka, ps. „Garbaty”, z małą grupką partyzancką GL, złożoną z partyzantów narodowości żydowskiej i od tej chwili „Garbaty” objął dowództwo a Brawerman został jego zastępcą. Do oddziału dołączył jeszcze jeden Polak, Władysław Łodej, mieszkaniec wsi Przymiarki koło Lubieni. Łodej pracował trochę w lasach, a potem w Starachowicach i tam popadł w konflikt z Niemcami. W rezultacie musiał się ukrywać. We wsi na gospodarstwie mieszkała jego żona z trojgiem dzieci i dziadkiem. Łodej wpadał dorywczo do domu aby się zobaczyć z rodziną, pomóc trochę w gospodarstwie, a ukrywając się w lesie starał się upolować coś dla rodziny. Obecnie po dołączeniu do „Garbatego” poczuł się bezpieczniejszy i chyba dla własnej wygody przekonał Brawermana i Olczyka aby przenieśli obóz na teren bagna Klamocha, w lesie przylegającym do wsi Przymiarki. Wmówił im, że są tam takie grzęzawiska, iż żaden Niemiec się tam nie dostanie, a jeśli któremu się to uda, to go zastrzelą. Miejsce wyjątkowo bezpieczne.

Brawermanowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Na początku listopada obóz przeniesiono. Brawerman uważał, że tam będzie mógł ze swoimi ludźmi bezpiecznie przetrwać zimę. Łodej także był zadowolony, gdyż do domu miał tylko 1500 m i mógł teraz praktycznie przebywać w domu, chroniąc się w razie niebezpieczeństwa do obozu.

Po przeniesieniu obozu żydowskiego na Klamochę Brawerman uznał, że teraz może Niemców lekceważyć. W tym mniemaniu podtrzymywał go niewątpliwie również Łodej. Przestano przestrzegać wskazówek udzielonych mu wcześniej przez mojego ojca. Żydówki w dzień urządzały sobie spacery na pobliskie wsie Przymiarki, Lubienię i Budy Brodzkie. Handlowano. Wkrótce też wszyscy wiedzieli, że na Klamosze znajduje się żydowski obóz.

Tymczasem Krüger zbierał informacje i szykował się do rozprawy. Zaczekał do czasu nastania mrozów. Gdy przez szereg dni trwały wielostopniowe mrozy, w dniu 6 grudnia 1942 r. przeprowadził akcję.

Nadleśniczy wysiedlony z Poznania, naukowiec dr Leon Mroczkiewicz, zdobył informacje o planie Krügera i telefonicznie dał znać do mojego ojca, umówionym szyfrem. Ojciec przez zaufanego człowieka, członka ZWZ, zamieszkałego w Budach Brodzkich blisko Klamochy, Jana Baśkiewicza ps. Brzoza, przekazał Brawermanowi wiadomość o obławie. Brawerman przyjął wiadomość w sposób niepoważny. Starał się żartować i okazywać lekceważenie niemieckim zamiarów. Pytał się głupawo, a ile będzie Niemców, a jak będą uzbrojeni, itp. Jak się potem okazało Brawerman zlekceważył ostrzeżenie. Tymczasem Krüger załatwił sprowadzenie większych jednostek żandarmerii i razem z Forstschutzem otoczyli Klamochę od strony lasu. Równocześnie nic nie informując w jakim celu, zrobił zbiórkę polskiej Służby Leśniej w Lubieni i poprowadził gajowych i leśniczych na pola bliżej lasu, rozstawiając ich w tyralierze. Nie wierząc Polakom wykorzystał ich w charakterze straszaka dla tych partyzantów, którzy ewentualnie chcieliby uciekać w pola. Z tych powodów tyralierę rozmieścił w takiej odległości od lasu, aby nie można było rozpoznać z lasu kto to jest, Niemcy czy Polacy. Oczywiście ucieczka w pola nie dawała partyzantom żadnych szans. Pola były pokryte dość grubą warstwą śniegu, a widoczność na nich sięgała kilku kilometrów. Drogę ucieczki w tym kierunku przecinała szosa, którym natychmiast uciekającym Niemcy byli w stanie zajechać.

Polacy, gdy ich Krüger rozprowadził na polach i kazał stać frontem do lasu, to chociaż nie kazał im do nikogo strzelać, zorientowali się co się dzieje i poczuli się w kłopotliwej sytuacji. Co mogli na to poradzić. Po dwugodzinnym staniu Krüger polecił im wracać do pracy, czyli był to koniec akcji.

Podczas jej trwania dochodziły odgłosy strzelaniny z broni ręcznej i od czasu do czasu maszynowej. Pewien żandarm stojący we wsi Budy Brodzkie, kilkadziesiąt metrów od lasu, został trafiony kulą w hełm, który spadł mu z głowy. Niemcowi się jednak nic nie stało.

Olczyk, Brawerman, Łodej i wielu innych przebiło się przez linie niemieckie od strony wschodniej, gdzie pilnowali Forstschutze, rozpraszając się po lasach. Brawerman z paroma ludźmi dotarł na leśniczówkę Klepacze. Opatrzono mu tu ranną rękę i zaopatrzono w żywność. Starty niemieckie w tej walce nie są znane. Widziano jedynie w Kuterach jak Niemcy ładowali do ciężarówki kilku zabitych żandarmów. W Kuterach też zgromadzono zabitych Żydów. Było ich 46. Wszystkich pochowano we wspólnym grobie. Część Żydów dostała się do niewoli i została odstawiona do getta.

Niemcy, wiedząc że część Żydów przedostała się przez ich kordony i poszła w lasy, przez następne dni patrolowali leśne tereny, poszukując zbiegów. Specjalna, zmotoryzowana jednostka żandarmerii, zakwaterowała na plebani w Iłży i zajmowała się tymi sprawami. Oczywiście Krüger zlecił zlikwidowanie rodziny Łodeja, gdyż sam Łodej był nadal nieuchwytny. […]

Ponieważ mrozy nadal trzymały, przebywanie w lesie stało się dla żydowskich partyzantów nie do zniesienia. Zdarzały się przypadki, że niemiecki patrol zauważył przechodzącego przez drogę Żyda z bronią. Na okrzyk „halt” Żyd wypuszczał z ręki karabin i z podniesionymi rękami szedł do Niemca. Był tak moralnie i fizycznie zmaltretowany, że było mu już wszystko jedno co się z nim teraz stanie. Schwytanych Żydów Niemcy obwozili po leśniczówka i gajówkach, aby wskazywali czy ten leśniczy lub gajowy nie udzielał im pomocy. […]

Aby takie rozpoznawanie usprawnić, Krüger zarządził zbiórkę wszystkich leśniczych i gajowych w Marculach. Pewnego dnia mieli się wszyscy stawić na godz. 8 rano.

W tym dniu, około godz. 8.30 przybyło na gajówkę Jana Tomczyka czterech żydowskich partyzantów i udało się prosto do stodoły, aby się przespać. Nie wytrzymali pobytu w lesie i postanowili odpocząć, leżąc na słomie. Tomczyk wiedząc po co Krüger wzywa wszystkich do Marcul, nie pojechał, licząc na to, że później wymyśli jakieś usprawiedliwienie. Tymczasem był to dzień sprzedaży drewna i kilka furmanek czekało przed gajówką, aż gajowy zje śniadanie i pojedzie wskazać im które drewno mogą ładować na wozy. Furmani widząc idących z lasu i udających się do stodoły żydowskich partyzantów, zrozumieli, że sytuacja stała się niebezpieczna i lepiej stąd uciekać. Podcięli konie i odjechali, każdy w swoją stronę. Tomczyk zdając sobie sprawę, że obecność partyzantów została zauważona przez obcych ludzi, którzy niewiadomo gdzie odjechali, poszedł do stodoły usiłując ich obudzić i skłonić do natychmiastowego powrotu do lasu. Tłumaczył im jaka powstała sytuacja. Partyzanci byli tak zmęczeni i zrezygnowani, iż żadne słowa do nich nie docierały. Ostatecznie Tomczyk zapowiedział im, że udaje się na leśniczówkę zameldować ich obecność i w tym czasie mają się ulotnić, gdyż innego wyjścia nie ma. Gdy Tomczyk zjawił się na leśniczówce była już godzina 10-ta. Ojciec powrócił już z Marcul, opowiadając, że Żyd prowadzony przed frontem leśników polskich nikogo nie wskazał. Tomczyk opowiedział ojcu jakie ma kłopoty z partyzantami […] Po chwili Tomczyk zatelefonował do Krügera. Telefon odebrała gospodyni Krügera Wanda, mówiąc, że Krügera nie ma w domu, bo 10 minut temu wyjechał na Klepacze. Było już jasne, że któryś z furmanów dał Krügerowi znać. Mógł to być np. jakiś kolonista niemiecki z Gozdawy, gdyż oni często przyjeżdżali na Klepacze po drewno. Rzeczywiście, zanim Tomczyk dotarł w drodze powrotnej do swej gajówki, w jej rejonie rozległy się karabinowe strzały. Niemcy otoczyli zabudowania od strony lasu i rzucili granat pod ścianę stodoły. Wybuch granatu wyrwał kilka desek robiąc w ścianie dziurę. Obudzeni wybuchem partyzanci, widząc dziurę zaczęli przez nią uciekać w kierunku lasu i stojących w nim Niemców. Trzech z nich zostało zabitych a czwarty oddał się do niewoli.

Fakt, że Tomczyk zatelefonował do Krügera, zapewnił mu rozgrzeszenie przed Krügerem. Jednak to, że zostało tu zabitych trzech żydowskich partyzantów a czwarty dostał się do niewoli, nie usprawiedliwiało Tomczyka przed Brawermanem. Brawerman przybył pod koniec zimy wieczorem na Klepacze, przywożąc dwóch chłopców ze wsi Budy Brodzkie. Wstąpił na leśniczówkę, aby zakomunikować, że za 15 minut zginie Tomczyk i dwaj inni, za pomoc udzieloną Niemcom.

Ojciec mój czynił wszystko ażeby nakłonić Brawermana do zaniechania egzekucji i zbadania sprawy, gdyż nie ma wątpliwości, że Tomczyk jest niewinny. Przekonywał jak tylko potrafił, ale Brawerman był w swoim postanowieniu nieugięty. Powiedział tylko, że właściwie to powinien rozstrzelać Tomczyka żonę ale ze względu na kilkoro dzieci, które ma Tomczyk, postanowił ją zaoszczędzić. Ostatecznie powiedział, że jest to wyrok, którego on nie jest w stanie zmienić. Zginęło tu trzech naszych i za to zginie tu trzech takich co pomagali Niemcom.



W czasie rozmowy z ojcem asystowali Brawermanowi jakiś Rosjanin, trzymający cały czas w ręku, gotowy do strzały pistolet Dreyse 7,65 pamiętający czasy jeszcze sprzed I-ej wojny światowej oraz jakiś młody Żydek z karabinem. Na zakończenie wyrwali przewód telefoniczny od aparatu i wyszli. Krótko po tym rozległy się strzały w rejonie gajówki, świadczące o tym, że Brawerman zrobił to, co zamierzał.

Chłopcy ze wsi Budy Brodzkie podobno odprowadzili do policji w Brodach Iłżeckich jakąś Żydówkę, wykonując polecenie sołtysa a sołtys polecenie Niemców. Chłopcy byli w młodym wieku, w którym nie wszystko się rozumie i powszechnie uważano, że kara była za surowa. Wystarczyłaby dla nich kara chłosty. Jeśli chodzi o Tomczyka, który przez wiele miesięcy pomagał obozującym Żydom i chronił ich przed niebezpieczeństwem, to nie powinien ponosić kary. Zrobił wszystko co mógł w tej sytuacji i nie po jego stronie leżała wina, że tak się skończyło.

Rozstrzelanie tych trzech osób nie było dla Brawermana korzystne. Zraził do siebie ludność i gdy na wiosnę 1943 r. przybył na czele małego oddziału GL na gajówkę Bekowiny, ktoś o tym doniósł Krügerowi. Partyzanci twierdzili, że zrobił to Stojek, osadzony tam przez Krügera, i usiłowali go potem odnaleźć. Mogło jednak być inaczej, gdyż w pobliżu gajówki, na składzie drewna kolejki leśnej, pracowali robotnicy właśnie ze wsi Budy Brodzkie, z której Brawerman zastrzelił dwóch chłopców. Stojek faktycznie przybył rowerem na leśniczówkę Klepacze i przy mnie meldował ojcu o żydowskich partyzantach kwaterujących u niego. Chciał aby ojciec zatelefonował do Krügera, bo pan leśniczy Krüger kazał mu meldować natychmiast takie przypadki. Ojciec zapytał Stojka czy ci partyzanci robią mu coś złego. Nie, odpowiedział Stojek. W takim razie po co to meldować Krügerowi. Partyzanci odpoczną sobie i pójdą dalej, a jeśli zameldujecie o tym do Krügera, to dojdzie do walki, w której nie wiadomo co się stanie. Jeśli chcecie meldować, to proszę. Aparat telefoniczny stoi do dyspozycji. Po tej odpowiedzi Stojek spuścił głowę. Nie wiedział co mówić. Potem wsiadł na rower i jak mi wiadomo z innych źródeł, powrócił na Bekowiny. Meldunek do Krügera dotarł najwidoczniej z innego źródła.

Gajówkę Bekowiny otaczał ze wszystkich stron las, tak że Krüger z żandarmami otoczyli zabudowania nie zauważeni przez partyzantów, wśród których byli Polacy, Żydzi i Rosjanie. Brawerman nie wystawił żadnych ubezpieczeń a tylko posterunek obserwacyjny w oknie, z zadaniem obserwacji bramy wjazdowej. Tymczasem Niemcy swym zwyczajem rzucili granaty pod stodołę, która się zapaliła. Od niej zaczęły płonąć obory, a na końcu budynek mieszkalny. Część partyzantów, łącznie z Brawermanem, rzuciła się natychmiast do ucieczki w kierunku bramy. Była to najkrótsza droga do lasu. Ostrzeliwał ją żandarm z pistoletu maszynowego. Zabił dwóch partyzantów i ranił innych. Przypuszczalnie skończyła mu się amunicja w magazynku a zanim założył następny, nie miał już do kogo strzelać. Druga część partyzantów podjęła walkę, względnie próbę przebicia się w odwrotnym kierunku. W innych kierunkach trzeba było przebiec przez otwarty teren ogrodu 60 metrów, a potem sforsować płot, za którym leżeli ukryci żandarmi. Zginęło pięciu partyzantów, którzy usiłowali przebijać się w tych kierunkach. Ogółem oddział poniósł straty siedmiu ludzi zabitych i kilku rannych, w tym jeden radziecki oficer, ranny w prawe płuco i nogę. Udzielono mu pomocy we wsi Budy Brodzkie a Leon Baśkiewicz odwiózł go wozem do rejonu Bór Kunowski. Gajówka Bekowiny spłonęła całkowicie i już nie została odbudowana. Na jej miejscu rośnie las. Pozostała jeszcze na moich zdjęciach fotograficznych. Można na nich zobaczyć jak wyglądała przed spaleniem i jak po spaleniu. Walka, która nastąpiła w warunkach narastającego zmierzchu, po której Niemcy z powodu ciemności nie byli w stanie zebrać pogubionej broni i zrobili to z samego rana ludzie, nie została odnotowana w literaturze historycznej. Przypuszczalnie żaden z jej uczestników nie dożył końca wojny.



Na początku lata 1943 r. Brawerman pojawił się ponownie ale już jako zastępca dowódcy oddziału GL liczącego około 40 ludzi. Dowódcą był radziecki kapitan Andrejew. Skład oddziału był w większości polski. Brawerman powracał z rejonu Pakosławia. Zarekwirowano tam placówce AK rkm Browning, noszony potem przez kapitana Andrejewa na szyi, jako pistolet maszynowy. Kpt. Andrejew był niewysoki ale szeroki w barach i karabin maszynowy wisiał na nim jak zabawka. Brawerman wytłumaczył dowódcy placówki ppor. „Judymowi”, że AK jeszcze nie prowadzi działań wojennych a oni już potrzebują broni. (Zapomniał o tym, że broń należy zdobywać na Niemcach a nie Polakach). Dalsza działalność Brawermana miała miejsce w rejonie ostrowieckim, a latem 1943 r. doszły wieści, że utonął w Wiśle podczas kąpieli.

[…]

piątek, 14 czerwca 2019

Dziecko bez tożsamości

Patrycja Dołowy 
„Wrócę, gdy będziesz spała. Rozmowy z dziećmi Holocaustu”
Wołowiec 2019

s. 120-128
Dziecko bez tożsamości
(rozmowa z Leą, Szoresz, okręg Jerozolimy)

Kilka lat temu pojechałam do rodzinnego Ostrowca Świętokrzyskiego. Weszłam na podwórko, przy którym stał nasz dom, i spytałam, kto tu pamięta czasy przedwojenne, kto pamięta Mariana Altermana. Jacyś starsi ludzie odpowiedzieli: „Jego zdjęcie było u naszego fotografa, wszystkie panienki prosiły, by ich zdjęcia stawiać obok jego podobizny, każda chciała, by ją wziął za żonę, a on przywiózł z Radomia taką piękną kobietę! To była pani matka?” Schodzili się kolejni i okrążali mnie, przekazywali sobie nowinę: „Córka Altermana, córka Altermana”. I nagle podeszła do mnie para – państwo, którzy mieli piekarnię w czasie wojny i przerzucali ludziom przez mur chleb do getta. Kobieta ta powiedziała do męża: „Stefciu, to jest córka Altermana”. Wzięła moją rękę i przyłożyła sobie na piersi, a ja poczułam, jak wali jej serce. „Pani musi do nas przyjść, mieszkamy niedaleko”. Poszliśmy. Już na schodach czuć było zapach kapusty, kręciły się tam króliki, za piecem suchy chleb, niedopałki papierosów w resztce herbaty, na ścianie fotografia papieża. On powiedział: „Musze pani coś pokazać”. Otworzył drzwi pokoju, tam łóżko, a na nim pełno szmat. „Pani nie poznaje?” – spytał. Zrzucił te szmaty, a pod spodem było piękne, drewniane, wiśniowe łóżko. „To jest łóżko pani rodziców. Dostałem je od pani taty za ten chleb, który wysyłałem do getta”. A mnie się zrobiło słabo, czułam, że zaraz zemdleję. Szofer, z którym przyjechałam, wziął mnie pod ramię i zaczął mi tłumaczyć, że musimy już wracać. Dałam tej kobiecie jeszcze dwadzieścia dolarów, a ona powiedziała, że to dla niej na rok na lekarstwo.
Urodziłam się w domu dziadków w Radomiu. Rodzice mojej mamy byli dość ubodzy i bardzo pobożni. Mieli dwóch synów i siedem córek. Wszystkie były piękne, ale na niewiele się to zdawało, bo nie miały posagu. Tata zakochał się w mamie, a ona była siódma z kolei. Musiałby czekać, aż inne wyjdą za mąż. A że był z bogatej rodziny, dał posag każdej siostrze, żeby poślubić mamę. Mama znała języki, pięknie malowała i rzeźbiła. Dziadek nie pozwolił jej jechać do Paryża na studia. Ale przy tacie miała dobre życie. Bawili się, tańczyli, jeździli do Zakopanego. 

Na zdjęciach wygląda ślicznie, elegancko.

I na szczęśliwą. Nikt sobie nie wyobrażał, co będzie. Pobrali się w 1937, ja się urodziłam w 1938. Zamieszkali w Ostrowcu Świętokrzyskim w pięknym domu niedaleko kościoła. W 1940 roku wsadzili nas do getta. Ojciec miał przyjaciela goja, niejakiego Głuchowskiego. Uczynił go wspólnikiem i realizatorem naszego majątku. Głuchowski dostał pod zarząd nasze magazyny. Zabrał moją mamę i spora sumę pieniędzy do Warszawy. Ukrył ją u rodziny, o której nic nie wiem. Mnie odwiózł do klasztoru w Brwinowie. Pamiętam jazdę pociągiem. Była z nami zakonnica. Zabandażowali mi głowę i część twarzy, w tym oko, żebym ni wyglądała na żydowskie dziecko. Miałam wtedy cztery lata, ale w księgach pięć, bo od takiego wieku przyjmowali dzieci. […]
Myślałaś o mamie?

Zniknęła mi z oczu. Nie było mi jej brak. Kiedyś przy byle rozstaniu czułam tęsknotę, a tu raptem nic. To chyba mechanizm obronny. Odwiedziła mnie w tym klasztorze dwa razy. Pamiętam, że zwolniłam jej swoje małe łóżeczko i ona spała tak, że pół ciała miała poza nim. Sama spałam obok na podłodze. Mama przyniosła mi kromkę białego chleba. Wiedziałam, że nie mogę nikomu o tym powiedzieć. Położyłam chleb pod poduszkę i w nocy go żułam. […]
A inne dzieci pytały o rodziców?

Wcale! Rodziców nie było, i już. Jednak gdy skończyła się wojna, po dzieci zaczęły przyjeżdżać matki. Wychudzone, oszołomione. Słyszałam: „To Żydzi przychodzą po swoje dzieci”. Ja byłam szczęśliwa, że po mnie żaden Żyd nie przyszedł i mnie stamtąd nie zabrał! Aż pewnego dnia, to już był czerwiec 1945 roku, przyjechała elegancko ubrana pani. Wytworna, piękna, pachnąca perfumami. Miała blond włosy i niebieskie oczy. Zakonnice powiedziały: „ To jest twoja ciocia Zosia”, a ja pomyślałam: „ Jakie szczęście, że żadna Żydówka mnie wcześniej nie zabrała”. Chętnie poszłam z ciocią Zosią. Zakonnice kazały mi jeszcze podziękować Matce Boskiej za uratowanie życia. Wbiegłam do kościoła, uklękłam, a ciocia Zosia stała. Zaczęłam się modlić, a ona dalej stała. Powiedziałam: „Tutaj trzeba klękać, dlaczego nie klękasz?”. I ona wtedy się rozpłakała. Wciąż na mnie patrząc, powoli uklękła.

Zapytałaś ją, kim jest?

Żadnych pytań! Pojechaliśmy do Warszawy, cale miasto było w gruzach. Bałam się po nich chodzić, bo gdzieniegdzie były jeszcze gorące. […]W końcu odstawiła mnie do domu dziecka w Zatrzebiu. Tam znowu było mnóstwo dzieci. Nikt z nas o nic nie pytał. Dzieci Holocaustu wiedziały, że trzeba być posłusznym, bo inaczej śmierć. […] Jednego dnia powiedzieli mi, że znaleźli mojego tatusia i że on przyjdzie mnie odwiedzić.

Ucieszyłaś się?

Po prostu zgodziłam się na wszystko. Przyszło trzech panów, jeden o kulach, wyglądał jak trup. Twarz jak u kościotrupa, wycieńczona, zapadnięte oczy. Dawaj pozostali byli przystojni i eleganccy. Podeszłam do jednego z nich i poprosiłam, żeby wziął mnie na ręce. Podniósł mnie i oddał temu potworowi z kulami. One upadły, a ja się wyślizgnęłam i uciekłam. Trup krzyczał: „Lunia, Lunia!”. Nie wiedziałam, kim jest Lunia. Nazywałam się Ala. Nie chciałam tego pana więcej oglądać, a on nie wiedział, co robić. Odjechał beze mnie.
Ciocia Zosia mieszkała w Łodzi. Lubiłam ją, bo ładnie pachniała i pięknie się ubierała. Chciałam być blisko niej. Przenieśli mnie więc do Helenówka* (* Chodzi o żydowski sierociniec w Helenówku, znajdujący się przy dzisiejszej ulicy Krajowej 15 w Łodzi. Po wojnie w budynku umieszczono sieroty żydowskiego pochodzenia, które przeżyły Holocaust. Moją wychowawczynią była tam pani Lunia, o której pisałaś*.(* Zob. P. Dołowy, Zobaczyć Lunię [w:] Przecież ich nie zostawię. O żydowskich opiekunkach w czasie wojny, red. M. Kicińska, M. Sznajderman, Wołowiec 2018.) Znów było mi dobrze. Zamiast do szkoły chodziłam na jagody i maliny, a potem do Cyganek na Bałucki Rynek. Wróżyły mi, że wyjadę za morze. Któregoś dnia usłyszałam, że kierowniczka pani Falkowska jest oburzona. Krzyczała, że nie należy mi się ubranie z Jointu, bo mam bogatego ojca i on powinien mi je kupić. Wszyscy mnie z tego powodu obrażali. Bogaty ojciec to niedobrze, bo był już komunizm. Tata przyjechał na wezwanie. Nie przywiózł ubrania. Dotarł wykończony długa drogą z Ostrowca Świętokrzyskiego. Jechał całą noc. Nieogolony. Człowiek po Auschwitz. Wstydziłam się go.

Nie oswoiłaś się z nim?

Nie. Przyjeżdżał raz na pół roku. Nigdy nie pytałam go o matkę. Wiedziałam, że jestem sierotą. […]Jednego dnia miałam dyżur przy telefonie. Odebrałam, a to mój ojciec. Powiedział: „Lusiu, mam dla ciebie spakowaną walizkę, weź jakieś podręczne rzeczy, płaszczyk, dwie sukienki, czekam na ciebie na stacji w Helenówku. Wyjeżdżamy do Palestyny”. Tłumaczyłam, że nie mogę tego zrobić. Miałam dwanaście lat, byłam rozsądna, nie mogłam uciec, przecież będą mnie szukać. Kazałam mu przyjść po mnie i oficjalnie mnie odebrać. Przyszedł. Siedziałam pod drzwiami i słyszałam całą jego rozmowę z Falkowską. „Proszę pana, to moje ukochane dziecko, chcę je adoptować. Niech pan zacznie nowe życie od początku. Będzie miała ze mną dobrze, mogę sobie na to pozwolić, poślę ją na studia do Wiednia”. A ojciec odpowiedział: „Proszę pani, ona jest wszystkim, co mi pozostało”. Na to Falkowska: „W takim razie niech pan zapłaci. Pan jest bogaty!”. Po latach znalazłam w ŻIH-u papiery. Wszyscy płacili po trzysta złotych, a mój ojciec sześć tysięcy. Tak Falkowska go załatwiła.

Wyjechaliście od razu?

W Izraelu w porcie czekała na mnie moja ciotka i jej córka. […] Ciotka zabrała mnie do swojego domu w Hajfie. Miała dwie córki, przyjęły mnie jak siostrę, choć starsza była zazdrosna. Poszłam do najlepszego gimnazjum, zdobyłam koleżanki. Ciotka była dobra i myślę, że mnie bardzo kochała.

A ojciec?

Ojciec mieszkał osobno. Chodziłam do niego sprzątać, pomagać mu. […]
Nigdy nie wyszedł z Oświęcimia. Krzyczał po nocach. Nie spotykał się z ludźmi – mówił, że nie chce litowania się nad nim: „Wszystko straciłem, ale honoru nie”. Odżyłam dopiero, gdy skończyłam obowiązkową służbę wojskową i wyjechałam na studia do Jerozolimy. […] Holocaust pozostał tematem tabu. Aż do 1984 roku postanowiłam wrócić na studia, poszłam na historię. Zaproponowali mi wyjazd do Polski.

Wróciły wspomnienia?

Powoli. Odbyłam w Polsce wycieczkę po kolejnych przystankach mojego życia. Bo do wyjazdu do Palestyny miałam ich kilka. Pierwsze lata spędziłam w tradycyjnej żydowskiej rodzinie w Ostrowcu, potem do ósmego roku życia byłam oddaną katoliczką w klasztorze w Brwinowie, a jeszcze później żarliwą komunistką w domu dziecka w Helenówku. […]Spotkałam się z przyjaciółką mojej mamy – w czasie wojny przebywały w kryjówkach niedaleko siebie i czasem się spotykały. Powiedziała mi, że mama zginęła, bo ktoś ją wydał. 

Wiesz kto?

Ależ ty jesteś niecierpliwa, to właśnie miała być pointa. Przyjaciel mojego ojca… Głuchowski. W 1944 roku. Wojna się kończyła, więc miał obawy, że będzie musiał zwrócić ogromny majątek, który powierzył mu mój tata. Wiadomo, że niecały, ojciec na pewno sporo by mu zostawił za trud i pomoc, ale „sporo” a „cały” robi różnicę. Założył, że ojciec zginął w Oświęcimiu, dziecko już nie wiem, kim jest, wystarczy więc zlikwidować matkę. Podobno mama wyskoczyła przez okno, żeby ratować rodzinę, która ją przechowywała. I są dwie wersje: albo zginęła na miejscu, albo wzięli ją na Pawiak. Nie dowiem się już nigdy. Wyobrażasz sobie? Ojciec zaufał mu całkowicie. Co pieniądz robi z ludźmi… Pamiętam go z klasztoru, odwiedzał mnie, jego żona była dla mnie bardzo dobra. Wróciłam do Izraela, zapytałam ojca czy wiedział. Wtedy jedyny raz opowiedział mi tę historię. Wrócił do Ostrowca, od razu poszedł do Głuchowskiego, żeby odnaleźć mamę i mnie. Zapukał, Głuchowski uchylił drzwi i powiedział: „Zaczekaj sekundę”. Gdy znów otworzył, w ręku miał siekierę i krzyczał do ojca: „Ty Żydzie, jak stąd nie wyjdziesz, rozrąbię ci głowę siekierą!” (a wcześniej zwracał się do niego: Marian). Tata zrozumiał, że my z mama możemy już nie żyć. Dowiedział się o mamie, nie miał już sił, poprosił więc swoją bratanice Zosię (wreszcie się dowiedziałam, kim była!) o pomoc w znalezieniu mnie.
W 1991 roku trafiłam w archiwum na papiery. W mojej karcie w domu dziecka jest napisane: „Ojciec żyje, matkę zabrało Gestapo i do dzisiejszego dnia nie wróciła”. A ja to czytam i myślę: Boże, ona może jeszcze wrócić! I zaraz sobie tłumaczę, że przecież miałaby już osiemdziesiąt jeden lat, więc chyba przez te lata by mnie odnalazła i do mnie wróciła?

środa, 8 maja 2019

Rada Miasta w latach 1936-1939

Książka protokołów Rady Miejskiej, akta za lata 1936-1939, kart 175 Akta sporządzone w ręcznie w języku polskim.
Wśród 32 radnych wchodzących w skład Radym Miejskiej w Ostrowcu Św. było 13 osób pochodzenia żydowskiego, a mianowicie: Abram Bajnerman, Jankiel Blikzylber, Josek Finkielsztajn, Josek Halpern, Izrael Idel Hejne, Lejbuś Fiszel Hejne, Moszek Szyja Lederman, Jakób Icek Rubinsztajn, Szyja Ryba, Dawid Zylberdrut, Szmul Zysman, Mojżesz Schieber, Róża Schieberowa. Przedstawiciele społeczności żydowskiej wchodzili również w skład różnego rodzaju komisji. W protokołach z zebrań Rady Miejskiej pojawiają się uwagi wygłaszane przez radnych pochodzenia żydowskiego. Podczas zebrań były również rozpatrywane sprawy dotyczące społeczności żydowskiej w Ostrowcu Św. Chociażby kwestia zamiany placów między władzami miasta a J. Krongoldem (k. 16).

Źródło: Akta miasta Ostrowca Świętokrzyskiego (Sygn. 2891), Archiwum Państwowe w Kielcach.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Basia Goldsztajn

Szukamy informacji na temat Basi Goldsztajn, ur. w 1930 r. w Ostrowcu. Nazwisko pisane różnie - Goldsztajn, Goldman. Basia używała także nazwiska Wiśniewska.


Córka Mosze i Estery, ojciec zmarł w 1938 roku, córkę wysłali do brata dziadka w Staszowie. W 1940 roku wysłana przez wujka do kogoś na wsi blisko Staszowa, tam pracowała, sąsiad zdradził, ale ona przekonała Niemców, że jest katoliczką. Zabrana w 1947 przez Koordynację do domu dziecka w Łodzi. Była wtedy dużą dziewczyną, 15-17- letnią. Najpewniej wyjechała do Izraela.

Szukamy kontaktu do Basi jeśli jeszcze żyje lub jej rodziny. Ma (lub miała) kuzynkę w Izraelu - Riwka Ruda (Horvitz), która mieszka (lub mieszkała) w kibucu.



Źródło: Karta ze zdjęciem - Ghetto Fighters’ House w kibucu Lohamei Hagetaot
 „Dziennik podróży”Lejba Majzelsa z Żydowskiego Instytutu Historycznego

czwartek, 18 kwietnia 2019

Szlama Dawid Ejger

Roberto Akerman (Messenger):
Hello my friend. You live in Ostrowiec right? I live in Brazil. My grandpa lived in Ostrowiec until 1922 when he came to Brazil.



Dzięki życzliwości Roberto Akermana.

czwartek, 11 kwietnia 2019

Ulica Okólna

ul. Okólna, po prawej wlot ul. Siennieńskiej, w głębi zabudowa Rynku, data i autor nieznane

ul. Okólna, street view, 2017