czwartek, 2 kwietnia 2015

Konfident Szpigiel


"Szumiały nam świętokrzyskie Jodły" 
Marian Tadeusz "Bończa" Mazur
Katowice, [l. 80.]
s. 76-77

            Mieszkał w Ostrowcu już przed wojną, w narożnym domu przy ulicach Jana Kilińskiego i Legionów - Żyd z pochodzenia Szpigiel, który miał żonę Niemkę. Dziwił wszystkich fakt, że Niemcy pozostawili go w spokoju. Nie został rozdzielony z rodziną ani nie musiał mieszkać w getcie, a to było sprawą raczej nie spotykaną. Na domiar złego, zostawiono go w spokoju również po likwidacji getta.
            Oficjalnie pełnił on funkcję jakiegoś inspektora miejskiego oddziału straży pożarnej, ale dużo czasu spędzał też, przebywając w pobliskiej komendzie żandarmerii.
Sprawę należało zatem wyjaśnić, a w wyniku tych wyjaśnień – wydano na Szpigla wyrok śmierci.
I tutaj jestem zmuszony do odstąpienia od dotychczasowego sposobu opisywania zdarzeń, ponieważ sprawa zaczęła mnie dotyczyć osobiście.
             Otóż nasz grupowy „Rawicz”, zwrócił się do naszej trójki z propozycją wykonania tego wyroku. Piszę o tym dlatego, że byłaby to dla mnie i kolegów, pierwsza tego rodzaju akcja. Ci, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, chyba doskonale wiedzą, czy to łatwo jest się na coś takiego zdecydować. Przecież, to zupełnie nie tak, jak bywa w otwartej walce z wrogiem, tam odczuwa się raczej wielkie uniesienie i nie myśli się o zabitym wrogu – ale tak na „zimno”? Niemniej cała nasza trójka wyraziła zgodę, bo czyż można było inaczej?
            Przebieg akcji zaplanowany został następująco: „Skała” - Leonard Świątek został ustawiony na rogu ulic Aleja 3-go Maja i Kilińskiego, z zadaniem zasygnalizowania, że Szpigiel nadchodzi swoją zwykłą drogą, zmierzając tuż przed godziną policyjną do domu, a następnie ubezpieczenia akcji. Natomiast ja i „Gołąb” - Kazimierz Rosół, czekaliśmy na niego tuż przy domu i tam miał być wyrok wykonany.
            Niestety, czekaliśmy przez dwa dni z rzędu nadaremnie. Nie wiadomo z jakich przyczyn zmienił on swój czas powrotu, a godzina policyjna i bliskie sąsiedztwo żandarmerii – zmuszało nas do opuszczania stanowisk. Zostaliśmy za naszą nieudolność porządnie zrugani przez „Rogacza” i zabrano nam tę akcję, z czego, tak szczerze mówiąc, byliśmy raczej zadowoleni.
             Niemniej nasze „wystawanie” na ulicy też się trochę przydało, bo w dwa dni później, „Rogacz” i Adam Kmiecik wraz z innymi – przyszli w nocy do Szpigla, już do mieszkania i zabrali go ze sobą na zamarznięte stawy „Głowackiego”. Tam został on zlikwidowany, a ciało dla zatarcia śladów zostało wrzucone do przerębli – został odnaleziony dopiero na wiosnę.
             Ten przypadek przypomina mi jeszcze jedno zdarzenie, trochę się z tym wiążące.
             Niesamowicie w tym czasie zabagnione tak zwane „Łąki Denkowskie” przecinała bocznica kolejowa toru, który prowadził do cegielni i browaru. Pewnego razu otrzymaliśmy polecenie, by na wyznaczone miejsce nasypu tego toru, obok otoczonego wokół bagniskiem lustra wody – nanosić duży zapas ciężkich kamieni.
              Nosiliśmy te kamienie z odległości około 1,5 kilometra, klnąc na czym tylko świat stoi, głupie pomysły, bo komu to było potrzebne?
             Po pewnym czasie, uzyskaliśmy wyjaśnienie, że kamienie te są potrzebne na wypadek, gdyby trzeba było się kogoś pozbyć w sposób dyskretny, tak aby nie spowodować represji ze strony okupanta. Podobno w jednym przypadku okazały się one potrzebne.


2 komentarze:

Anonimowy pisze...

A żyją Szpigle chyba nadal w Ostrowcu

Wojtek Mazan pisze...

Proszę nie utożsamieć tak łatwo po nazwisku. W Ostrowcu żyła też inna rodzina Szpiglów. Na Czystej (wtedy Legionów) miała kamienicę. Mazur myli te osoby. Fragment ten przytaczam, by m.in. pokazać jak historia Żydów ostrowieckich jest zakłamana