wtorek, 13 stycznia 2015

Przy Księżej Drodze

Nazywam się Lucyna Rudzka. Jestem z urodzenia ostrowianką od przed wojny. Moi rodzice również wywodzą się z Ostrowca. Zwłaszcza mama, no bo ojciec pochodził z Chmielowa pod Ostrowcem. Chmielów to taka wieś, do której mam nadal wielki sentyment. Parafia św. Mikołaja w Szewnie. Chociaż moja parafia, to jest parafia św. Michała Archanioła, gdzie odbywały się wszystkie uroczystości kościelne dziadków od strony mamy, moich rodziców i moje bierzmowanie, komunia święta itd.

Nie mieszaliśmy w centrum miasta. Mieszkaliśmy przy ulicy Rzeczki. Tam maleńka posiadłość była, domek, trochę ogrodu, ot tak jak każdy. Bo dlaczego? Bo dlatego, że miasto i centrum, i rynek, różne te uliczki to były w zasadzie zamieszkane przez ludność żydowską. A Polacy mieszkali w okolicach, zwłaszcza tacy posiadacze jakiegoś kawałka gruntu. To oni byli rozrzuceni naokoło miasta. Tak jak mówię, rodzina od strony mamy jest osiadła od dawien dawna w Ostrowcu. Muszę się pochwalić, że mój dziadek Antoni Marynowski, mamy ojciec, był przed wojną w dwóch kadencjach radnym miejskim. Chyba za czasów, może się mylę, gdy prezydentem był pan Mrozowski. [...]

Mieszkaliśmy, jak mówiłam, na Rzeczkach, przy tak zwanej Księżej Drodze. Wiem pan, która to jest Księża Droga? To jest taka droga, która biegła od Polnej - tam była piekarnia, teraz są sklepy z butami [obecnie Hala Targowa]. Księża Droga biegła od tej piekarni aż do lasu, do gościńca, tam jak leśniczówka/gajówka na Gutwinie. Do tej pory zachowały się szczątki tej Księżej Drogi. Do tzw. rowów, jak Pułanki się kończą, rejon kościoła św. Kazimierza, czy po płocie MPK - szła ta Księża Droga. Pamiętam jak jeszcze była ta droga. Nawet furmanki mogły przejeżdżać tamtędy. Samochodów wtedy jeszcze nie było. I dalej, jak kończą się Pułanki, jest taki rów i mostek zrobiony na świeżo i dalej droga. Czasem moknie, jak są roztopy, najpierw jest lekki dół a potem górka. To właśnie jest ta Księża Droga. I ona aż do lasu biegnie. Przecina ulicę Rzeczki, potem jeszcze kawałeczek tej Księżej Drogi. Dziś jest kręcona, ale dawniej było prosto. Prosto pod gajówkę. Mówiło się gajówka, leśniczówka, bo był gajowy i leśniczy, nomenklatury leśne były różne. Nie wiem dlaczego Księża Droga. Czy od księdza czy jakiegoś książęca? Trudno mi powiedzieć. Pytałam się wielokroć mamy, babci, ale nie umiały... a może mi powiedziały, a ja zapomniałam, nie wiem. W każdym razie Księża Droga. Starzy ostrowiacy jeszcze wiedzą, co to jest Księża Droga. Tą Księżą Drogą od Polnej - był taki okres [w czasie istnienia getta - kwiecień 1941 – kwiecień 1943] - że Żydów z getta, ustawionych czwórkami czy jakoś, pędzono pod las do stawów. Tam gdzie teraz jest piękny ośrodek w Gutwinie. To miejsce nazywało się „stawy Jaegera” . Od czego ta nazwa, nie wiem [cegielnia Jaegera, dawniej Jadwigów]. Były tam mokradła, stawiki, groble. Ale  kształt i użyteczność tych stawów nadano właśnie dzięki pracy Żydów z getta. Ci Żydzi z getta byli tam prowadzeni, prawie codziennie, tą Księżą Drogą na piechotę gnani i tam pracowali przy porządkowaniu tych stawów. Oczywiście byli też ludzie, Polacy, którzy ich nahajkami gonili, ale to byli już wyklęci. Ludzie, patrioci nie chcieli się do nich odzywać i mieli nieprzyjemności. Znałam taką panią, nie chcę jej nazwiska wymieniać, która musiała uciec z Ostrowca, bo tak się zasłużyła źle. Ale nie będę o tym mówić, bo nie chcę. Więc ci Żydzi byli z getta pod ten las prowadzani i oni kopali te „stawy Jaegera”. Tak to miejsce się nazywało, gdzie teraz mamy Gutwin.


Mapa z 1915 r. / Geoportal

Mama miała koleżanki Żydówki, z którymi się lubiła, bo nie miała uprzedzeń żadnych, była osobą otwartą, nie dzieliliśmy że ten Żyd, ten taki, ten śmaki. Tylko człowiek, to człowiek. To trzeba go szanować takim, jakim jest. Oczywiście moja babcia litościwa, jak ta kolumna Żydów szła, wynosiła kosze z owocami, bo był ogród, to było pełno owoców. Wynosiła naczynia z wodą, żeby po drodze się napili, bo nikt o nich nie dbał. U nas był zawsze przystanek. Komu było potrzeba w miarę możliwości. Przecież nie wszystkich, bo przecież wiadomo. Ale w każdym razie takie akcje babcia moja robiła, że tych owoców, tyle ile tam w ogrodzie było i jakie, to ciągle tam w koszach nosiła i im dawała. Chleba nie było tak za dużo i innych produktów, ale to co się urodziło, proszę bardzo. No więc to tak pamiętam. I jak przywołam z pamięci, to widzę, jak ci Żydzi szli. Widzę to, te kolumny. Byli i zawszawieni. I wiadomo jak to było. Ale potem wszyscy niestety zostali zgładzeni. Chyba, że ktoś uciekł.

I moja mama też pomogła, właśnie takiej pani, swojej koleżance, wydostać się z tego getta i uciec. Mama ją wysłała do Warszawy, do naszych kuzynów. Była bardzo ładna, była blondynką, w ogóle nie była podobna do Żydówki. Ta pani nazywała się Chaja Zylberdrut. Później wzięła sobie  pseudonim, nie wiem skąd - to też przy pomocy mojej mamy i innych koleżanek – Wanda Grochulska. I z taką kenkartą wyjechała do Warszawy. Pracowała w zakładzie fryzjerskim „Nur für Deutsche”. Ironia. Ale potem udało się jej w ogóle zbiec z Polski i nie mieliśmy już o niej żadnej wiadomości. Ona w pewnym okresie związała się z tym Marianem Kargulem. Icek Kerbel [powinno być Kierbel]. Ich dom to była kamienica, która obecnie nie istnieje, gdzie teraz jest McDonald's, to znaczy róg Alei i Kilińskiego. Była tam piętrowa kamienica, tam był sklep spożywczy. Na górze były mieszkania, tam mieszkali państwo Żebrowscy. Wiem, że ten pan Żebrowski jakoś też z tym żydkiem Kerbelem... w czymś mu pomógł. Nie będę robić plotek, czy dostał jakieś gratyfikacje za to czy nie ale raczej nie. Ta właśnie Wanda Grochulska, która się naprawdę nazywała Chaja Zylberdrut związała się w jakimś tam okresie z tym właśnie Marianem Kargulem. Już był Marian Kargul. Byli parą i nawet mieli córkę. Mieszkali w Czechosłowacji. No i któregoś dnia, jakoś tak przed Bożym Narodzeniem, no ja już chodziłam do szkoły podstawowej, ale który był to rok, to nie wiem. W każdym razie - sensacja. My mieszkaliśmy wtedy na Stodolnej, róg Szerokiej, w domu, który już nie istnieje. Sensacja, podjeżdża samochód. Ifa, w kolorze chyba ciemno-zielonym. I to do nas przyjeżdża. Wysiada oficer w mundurze czechosłowackim. Pyta się o nas. No i oczywiście piękna dama z nim, to znaczy ta właśnie Chaja Zylberdrut, mamy przyjaciółka. Przyjechali nas odwiedzić, byli u nas w gościach. Oczywiście krótko, bo gdzieś tam dalej jechali, ale w każdym razie widziałam pana, tego Icka Kerbela w mundurze tego czeskiego oficera, no i jego żona, partnerka, ta mamy przyjaciółka. Była wspólna kolacja. My byliśmy dziećmi – przywieźli nam torbę śliwek w czekoladzie w prezencie. Wtedy śliwki w czekoladzie to była sensacja. Pierwszy raz w życiu chyba jadłam takie śliwki w czekoladzie, bo nie było żadnych słodyczy, kto to widział. To było jeszcze przed Unrrą.

No poza tym jeszcze takiego starego Żydka pamiętam, który przychodził do nas, tam na Stodolną. Koniecznie mamie chciał podarować perłę. Mówił: „Perle, perle”. No coś tam szwargotał, żeby mu kaszy ugotować. Na maśle, żeby było koszerne to jedzenie. Bo on nie może jeść tego, co tam. Nie miał środków do życia. No oczywiście mama żadnej perły nie chciała, bo jej nie była potrzebna, no ale temu Żydowi gotowała tę kaszę. I co było w domu, zupa czy coś, to poczęstowała. Ten Żyd się wyratował. I też za jakiś czas przyjechał, to już chyba w latach sześćdziesiątych. Przyjechał elegancki pan, nie wiem skąd, z tamtej półkuli, bo nie z Izraela, tylko raczej gdzieś z Ameryki. Przyjechał, odszukał mamę i złożył podziękowanie. Ojciec wspomniał jego słowa: „Pamiętaj, jak będziesz miał okazję, to idź tam do pani Stefuni [moja mama Stefania miała] na Stodolną 1 i podziękuj, że mi gotowała kaszę, że mnie częstowała zupą, bo ja może przeżyłem dzięki temu.” On  właśnie przyjechał. Oczywiście podziękowanie bez żadnych materialnych gratyfikacji. Ale to bardzo piękne było, że takie zdarzenie miało miejsce w naszym życiu. Moja rodzina nigdy nie była karierowiczowska.

W 43 roku jak miasto opustoszało, bo Żydzi poszli do obozu [w kwietniu 1943 r, zlikwidowano tzw. małe getto, tworząc jednocześnie żydowski obóz pracy przy Z.O.], zaczęło się tak robić, że można było dostać mieszkanie kwaterunkowe. No my byliśmy wtedy mali, mieszkaliśmy w tym domku z dziadkami, zrobiło się ciasno, a zresztą każde młode małżeństwo chciało być oddzielnie. Dostaliśmy dwa wielkie pokoje i kuchnię na Stodolnej. Tam mieszkałam długie lata. Ten dom był pożydowski. […]
Poza tym jeszcze taka anegdotka śmieszno-tragiczna. Były żniwa, ale który to był rok, to nie wiem. W każdym razie ci Żydzi, no chcieli uciekać z tego getta. I różnymi sposobami uciekali. I właśnie uciekali, jak szli tą Księżą Drogą do stawów Jaegara. To uciekali. To było latem, były żniwa. Wtedy pola to były pola uprawne. Nie było pszenicy, bo tam piaski, gleba raczej marna. Żyta było pełno. I wtedy były snopki i takie mendle poustawiane, takie stogi tego zboża, żyta. A ci Żydzi co uciekli z tego transportu, chowali się w ten snopek, w ten stóg siana. I tam kilku Żydów w tym stogu siana siedziało i ludzie z Rzeczek, między innymi babcia, przynosili im jedzenie i picie, przede wszystkim wodę. To nie trwało długo, bo potem trzeba było te snopki sprzątnąć. Chociaż długo stały te snopki, bo wszyscy wiedzieli, że ci Żydzi w niektórych tych snopkach siedzą. No ale zdarzyło się tak, że ci rusbandit [?] - Niemcy tak mówili – zestrzelili samolot jednoosobowy. Nie  zestrzelił, ale uszkodził i ten samolot ostatnim lotem na tych polach wylądował i przy okazji niektóre te snopki porozwalał skrzydłami i kilku tych Żydów odsłonił. Ci Żydzi w popłochu uciekali. No oczywiście sensacja, samolot, niemiecki żołnierz nagle na polach. Ale nie zginął ten pilot. Potem przyjechali Niemcy, ten samolot sprzątnęli.

No ale wielu Żydów się uratowało w różny sposób. Żeby ktoś przechował, uratował, wiem że były takie historie, ale nie interesowałam się tym za bardzo. Tylko pamiętam historię, którą przeżyli wszyscy, że jacyś ludzie uratowali, przechowali Żydów. Ci Żydzi nazywali się Stein. Nie tam Cukierstein czy jakiś. Po prostu Stein.To byli zamożni Żydzi. Przechowywali ich w piwnicy w okolicach ulicy Słowackiego czy Furmańskiej, gdzieś w tej części miasta. I potem obiegła miasto wieść, że ci ludzie, którzy przechowywali tych Żydów, zamordowali ich, tych Steinów. Dla zysku, żeby im zabrać, co ci Żydzi mieli, kosztowności czy dolary. Po wojnie to było i był nawet proces. Nie wiem, kim byli ci Steinowie, bo nie pamiętam, wiem, że to byli i bardzo zamożni i dobrzy Żydzi, tacy lubiani. I wszyscy bardzo żałowali, że tak się stało. No i nawet był proces. Wtedy sąd był na Alei w tym domu, w którym teraz jest policja. Całe miasto szło zobaczyć, jak ich prowadzili w  kajdankach do więzienia. Skazali, nie wiem czy na dożywocie, czy śmierć (wtedy były jeszcze kary śmierci). Nie wiem, ale wiem, że taki incydent miał miejsce. No przechowywali ludzie Żydów, ale tak dokładnie, personalnie to naprawdę nie wiem.

Wiem, że w gajówce pod lasem byli przechowywani Żydzi. Nie wiadomo, w jaki sposób się Niemcy dowiedzieli, że tam jest rodzina żydowska. Przyjechali i dokonali egzekucji. Na miejscu. Nawet w ten sposób, że chłopczyka takiego czteroletniego hitlerowiec wziął za nóżki i o drzewo w lesie roztrzaskał dziecku główkę. A resztę rodziny zabił. No takie opowieści... Oni się ukrywali w krzakach, gdzieś w szałasie, gdzieś w jakimś bunkrze w lesie. Tylko mogli iść głębiej w las, ale jak to Żydzi, bali się. Jakby poszli głębiej, to by się może uchowali. Niemcy się bali w lasy zagłębiać, bo partyzantka była. A oni byli tak płytko w tym lesie, na skraju lasu, tuż za tą gajówką. Wtedy gajowym był taki pan, który się nazywał Działowski.
Poza tym nie wiem, bo się człowiek nie interesował. Nawet jak coś słyszałam, to nie pamiętam.
[…]
Kirkut pamiętam jak po wojnie wyglądał. Dlatego, że mieszkaliśmy na Stodolnej. Chodziłam do szkoły nr 2, to jest róg Iłżeckiej i Polnej. Ten budynek istnieje do dziś. Po drugiej stronie ulicy Iłżeckiej jest teraz szkoła muzyczna i ten budynek piękny, co była szkoła zawodowa dawniej [Dom Heinego, wyburzony we wrześniu 2014 r.]. To zaraz za płotami był kirkut. I pamiętam, kiedyś uciekliśmy z lekcji, z drugiej klasy uciekliśmy na kirkut, cała klasa uciekła i myśmy między tymi kamieniami gubili się. Nauczyciel latał i nas szukał, żeby nam się coś nie stało. Poza tym na ulicy co się wtedy nazywała Browarna, mieszkała moja przyjaciółka Elwira i jak do niej szłam, to przez ten kirkut między kamieniami smyk smyk i byłam na dole. Browarna to teraz nazywa się Mickiewicza. Na górze były te kamienie, te macewy. […]

Kirkut, 1959 r., fot. J. Dunin Borkowski

Pamiętam, jak orali ten kirkut. Jak likwidowali te kamienie, gdzieś tam wywozili. Ale potem ustawili to lapidarium, ale to już chyba w latach 60. Ale część kamieni to poginęło, tych macew, może porozbijali, nie wiem. W każdym razie to lapidarium to są późniejsze lata. Był niejaki Wawrzyniec Weroński. Werońskich to dużo. Był furmanem i jak to furman lubił sobie wypić. Miał też narzędzia rolnicze, bo miał jakieś grunty. Miał konia i miał pług. I wynajęli go – to już po okupacji – do zaorywania tego kirkutu, jak likwidowali. No i w pewnym momencie ten Wawrzek wyorał całą butelkę na tym kirkucie. No i mówi: „O chłopy, jakaś butelka, może będzie co popić.” I o ten lemiesz pługa pach rozbił tę butelkę. A tam wyleciały złote dolary. Ale ktoś doniósł i zabrali wszystkim te pieniądze. No bo wiadomo, co ze znaleziskami, trzeba oddać. No i taka była historia ostrowiecka. Zaorali. Nikt nie dbał o zabezpieczenie tych szczątków.

Kirkut, 1959 r. fot. J. Dunin Borkowski
[...]

Denkówek, 28.07.2014
źródło: zbiory własne

Brak komentarzy: