poniedziałek, 17 sierpnia 2026
sobota, 13 czerwca 2026
C-dur
[…]
Niebawem znaleźli się w Ostrowcu i Żydzi z Łodzi i z innych miast polskich a nawet z Wiednia, którzy zostali tu przetransportowani. Zbierali się oni często w kawiarni albo w znanym i gościnnym domu dentysty, Malingera, gdzie nieraz przy fortepianie śpiewała pieśni polskie, rosyjskie i żydowskie córka gospodarzy – Janka. Bywał tam często m. in. dyrygent Filharmonii Łódzkiej – Sewer Pietruszka z żoną. On to po utworzeniu getta, na jego terenie zorganizował z muzyków żydowskich – orkiestrę. Orkiestra ta gdzieś w sierpniu a może we wrześniu 1941 koncertowała, Janka Malinger śpiewała pieśni żydowskie a dziesięcioletnia dziewczynka grała koncert fortepianowy C-dur Mozarta. Na zakończenie orkiestra odebrała hatikwę – hymn narodowy żydowski. Okoliczności w jakich koncert się odbywał, jego młodzi soliści, nastrój samej muzyki poruszyły do głębi zamkniętych w obozie słuchaczy i niejedną łzę wycisnęły.
[…]
Na podstawie materiałów L. Trzcińskiego opr. Aleksander Biliński
poniedziałek, 25 maja 2026
Blajbergowie
![]() |
| Rodzina Blajbergów, stoją od lewej: Majer, Lola, Jerechmiel, siedzą: Chana, Hilusz, Ada/Etale i Salomon, fot. Szmul Muszkies, Ostrowiec, 1938 r. |
sobota, 15 marca 2025
Kibuc Geula
![]() |
| Kibuc Geula Ostrowiec, fot. Szmul Muszkies, 1933-34 |
Translation of Hebrew description/names on back of group photo:
1. Nachum Walerstein (from Kibbutz Szydłowiec "Yehuda") from the city of Ostrowiec
2. Paltiel Brickman (from Kibbutz Słupa Nowa "Leader") from the city of Ostrowiec
3. Haim Dek (from Kibbutz Słupa Nowa "Leader") from the city of Yanov-Lib
4. Leibel Mintz (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Ostrowiec branch
5. Heschel Feintuch (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Klimontów branch
6. Moshe (last name?) (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Tomaszów Lubelski branch
7. Yehiel Brukierer (from Kibbutz Selofia "Leader") Tarłów branch
8. David (last name?) (Kibbutz Ostrowiec "Geula") Szydłowiec branch
9. Shragai Zoberman (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Ożarów branch
10. Unknown name Krasnobród branch
11. Yehudit Friedman (from Kibbutz Ostrowiec "Geula" ) Kleszczele branch
12. Chaya Sara Liebman (from Kibbutz Ostrowiec "Geula" ) Słupa Nowa branch
13. Tama Erlich from the city of Ostrowiec
14. Zvia Leah Erlich from the city of Ostrowiec
15. Leah Fridant (from Kibbutz Salofia " Leader") Słupa Nowa branch
16. Bila Glazerman (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Stolin branch
17. Deborah Mirotsnik (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Janów Lubelski branch
18. Moshe (last name?) (from Kibbutz Ostrowiec "Geula")
19. David Borenstein (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Kalish branch
20. Bonam Adler (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Bardschel branch
21. Avraham Weizman (from the Ostrowiec "Geula" ) Słupa Nowa -Nova branch
22. Yechezkel Erlich (from Kibbutz Słupa Nowa " Leader ") Ostrowiec branch
23. Yaakov Yitzchak Hershkowitz (from Kibbutz Ostrowitz "Geula") Chmielnik branch
24. Aryeh Liebman (from Kibbutz Ostrowiec "Geula" ) Słupa Nowa -Nova branch
25. Shmuel Milstein (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Ostrowiec branch
26. Paltiel Blustein (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Lushutz branch
27. Yehoshua Schondelkauf (from the Ostrowiec "Geula") Branch Sec – Kiel ?
28. Haim Zilberman (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Szydłowiec branch
29. Chava Adler (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") branch in Janów Lubelski
30. Binyamin Lederman (from Kibbutz Ostrowiec "Geula") Mszczonów branch
Notations:
-Above translation was done to the best of our ability but may contain slight errors.
-The term "leader" is translated from the original Hebrew word Neziv, meaning leader/governor, etc. This was a senior youth group leader/counsellor.
Źródło: Kibbutz Geula - Jews of Ostrowiec אתר הנצחת יהודי אוסטרובייץ (אוסטרובצה)
sobota, 4 stycznia 2025
Ruth (Muszkies) Webber
RUTH (MUSZKIES) WEBBER
28 czerwca 1935 - 1 stycznia 2025
piątek, 6 grudnia 2024
Muzyka żydowska w Polsce w okresie międzywojennym
s. 17-25
DAWID BEIGELMAN
1887-1945
Juliusz Adler w swej książce pt. Majses fun der jidiszer
teater-welt (Opowieści ze świata żydowskiego teatru) tak opowiada o
Dawidzie Beigelmanie: „Był wspaniałym skrzypkiem i znakomitym muzykiem. Myślę,
że nie ma w Ameryce ani jednego łodzianina, który nie znałby Dawida Beigelmana;
to samo odnosi się i do warszawskich Żydów, ponieważ Dawid napisał wiele
operetek, pieśni i piosenek ludowych, śpiewanych przez starych i młodych”.
O jego ojcu napisał: „Szymon Beigelman nie był człowiekiem
zamożnym, a musiał utrzymać dziewięcioro dzieci. Mimo to dał swym dzieciom porządne
wychowanie i umożliwił im edukację zgodną i ich pragnieniami i możliwościami.
Wszystkie jego dzieci zostały muzykami, grały na różnych instrumentach, jedynie
zaś córka – Roza – została doskonałą pianistką”.
Dawid Beigelman pochodził z rodziny muzyków, w której
oddanie muzyce przechodziło z pokolenia na pokolenie. Było to przedmiotem dumy
jego ojca; z uniesieniem śpiewał stare melodie i świadomie tworzył nowe,
przeplecione ze starymi ojca i dziadka.
Praca była dla niego wszystkim i nigdy nie traktował jej
jako przeszkody ani przytłaczającego ciężaru. Odwrotnie – była zaszczytem i
posłannictwem. Z pracy czerpał ogromne zadowolenie i chęć do życia. Nawet w
najcięższych dniach nie skarżył się i nie żalił do nikogo. Wiedział, że sam, z
własnej woli, wybrał tę drogę – drogę muzyka w żydowskim teatrze. Było więc dla
niego jasne, że jest to droga pełna przeszkód: bezustanna wędrówka z miejsca na
miejsce, lekceważący stosunek społeczeństwa, uparta i niekończąca się walka z
właścicielami teatrów o wyższy poziom repertuaru w ogóle, a muzyki teatralnej w
szczególności. Tę właśnie drogę wybrał i po niej kroczył z uporem przez całe
życie. Dlatego nic dziwnego, że uważano go z jednego z pionierów muzyki
teatralnej oraz za jej podstawowy filar w Polsce okresu międzywojennego.
Dom i życie
Dawid Beigelman urodził się w Ostrowcu pod Radomiem.
Dorastał w domu, w którym królowała muzyka. Jego ojciec, znany w mieście muzyk,
nie rozstawał się z klarnetem, a bracia, z których każdy grał na innym
instrumencie, nie przestawali na nich ćwiczyć. W domu wciąż słychać było
najrozmaitsze dźwięki: skrzypiec, altówki, kontrabasu, trąbki i innych
instrumentów. Także krewni – Szpilanowie, należący do innej muzycznej rodziny w
mieście – uważali siedzibę Beigelmanów za swój drugi dom. Często wpadali do
nich, aby improwizować zespołowo dla przyjemności.
![]() |
| Bracia Beigelman. Od prawej: Dawid – dyrygent, Szlomo – skrzypek, Abram – pianista, Chaim – saksofonista, Chanan – saksofonista |
Tak więc dom Szymona Beigelmana stał się miejscem spotkań
muzyków, przyciągając atmosferą radości i gościnności. Spontaniczne koncerty
muzyki żydowskiej i klasycznej, dające się słyszeć letnimi wieczorami przez
otwarte okna ściągały do niego licznych słuchaczy. Nieraz zdarzało się, w tej
atmosferze rozmuzykowania powstawały nowe pieśni, które szybko stawały się
anonimowymi pieśniami ludowymi.
Młody Dawid pozostał wierny skrzypcom, ale nie mniejszą
miłością darzył też klarnet. Po wielu latach opowiadał, że czarodziejskie
dźwięki, które ojciec wydobywał z klarnetu, wciąż brzmiały mu w uszach. Wszak
klarnet od wielu setek lat był ulubionym, drugim po skrzypcach, instrumentem
Żydów. Za pomocą jakiegoż innego instrumentu mógł Żyd wypłakiwać swój smutek,
użalić się nad swym bólem i westchnąć szeroko, jeśli nie za pomocą skrzypiec i
klarnetu?!
Nieraz obydwaj – ojciec na klarnecie i syn na skrzypach –
dawali upust swym uczuciom, grając elegie Aleksandra Grieczaninowa lub Pieśń
bez słów Feliksa Mendelsshona.
Już w wieku lat ośmiu Dawid dołączył do zespołu muzyków, a
gdy cała rodzina przeniosła się do Łodzi, został członkiem orkiestry teatru
żydowskiego. Wyróżniał się pilnością oraz oddaniem; wielokrotnie ośmielany
przez dyrygenta, zaczął pełnić również jego obowiązki.
W 1912 roku Dawid Beigelman został mianowany dyrygentem
orkiestry Teatru Żydowskiego im. Zandberga w Łodzi i od tej pory stał się w
Polsce znany jako jeden z najlepszych dyrygentów teatralnych.
W całej swej karierze pracował w największych miastach
polskich. Najdłuższy okres przypadł na Warszawę, potem – w Teatrze im. Gimpla
we Lwowie. Występował również w Ameryce Południowej, w Afryce Południowej i w
innych miejscach z wędrownymi zespołami aktorskimi.
W Polsce lat dwudziestych należał do aktywnych członków
teatru rewiowego „Azazel”, a w 1927 roku w Łodzi został jednym z założycieli
teatru, znanego pod nazwą „Ararat”. Pisał muzykę do wielu programów obu tych
teatrów rozrywkowych. Mosze Broderson uważał go za jedną z najpoważniejszych i
najważniejszych postaci muzyki teatralnej.
Po wybuchu drugiej wojny światowej pracował z artystycznym
zespołem rozrywkowym, który co pewien czas organizował przedstawienia i
spektakle w łódzkim getcie. Kiedy powstał tam dom kultury, Beigelman był jednym
z tych artystów i twórców, którzy wnieśli powiew życia do tej instytucji. Do
najbardziej aktywnych działaczy należeli: poeta Jeszajahu Spiegel, dyrygent i
pianista Teodor Rider, piosenkarka Ala Diamant, skrzypaczka Bronisława
Rotstein, nauczyciel A. Wolman, poeta J. Joachimowicz i autor tekstów S. Janowski.
Dawid Beigelman był z natury swej optymistą i starał się
traktować koszmar życia w getcie jako zjawisko przemijające. Dlatego nie upadał
na duchu, usiłując zachować dobry nastrój i poczucie humoru. Niczym w ciągu
najlepszych swych dni dalej tworzył i pisał teksty do swych piosenek. Opowiada
o tym Szmerke Kaczerginski w swej książce Lider fun di getos un lagern
(Pieśni gett i obozów): „Znany kompozytor, twórca setek melodii żydowskich,
Dawid Beigelman, nie zaprzestał swej działalności twórczej także w łódzkim
getcie. Tu napisał dziesiątki nowych melodii, a nawet sam ułożył do nich
teksty”.
[…]
W sierpniu roku 1944, podczas likwidacji łódzkiego getta,
Beigelman został wysłany do Oświęcimia. Jonas Turkow w książce Farloszene
sztern (Zgasłe gwiazdy) wspomina: „Dawid Beigelman należał do ostatniej
grupy łódzkich Żydów, którzy zostali przeniesieni z getta do obozu śmierci w
Oświęcimiu. Wziął ze sobą skrzypce i wszystkie utwory, które napisał wciągu
wielu lat”.
Jego brat Chaim, który przeżył zagładę, opowiadał w Nowym
Jorku o ostatnich dniach Dawida: „Podczas selekcji w Auschwitz mój brat został
zaliczony do grupy przeznaczonej do likwidacji. Funkcję palenia zagazowanych
pełniła specjalna grupa żydowska „Sonderkommando”, której członkowie należeli do
najniższej klasy łódzkich Żydów. Ale któż z łódzkich Żydów nie znał i nie lubił
mojego brata Dawida?! I oto jeden z ludzi „Sonderkommando”, znany pod
przydomkiem „Mosze pobożny”, rozpoznał go. Wyciągnął mego brata z grupy
skazanej na śmierć i przemycić do grupy pracującej. W ten sposób został wysłany
do innego obozu, w pobliżu Oświęcimia. Tam zachorował i pewnego dnia w czasie
pracy przysiadł, przewrócił się i umarł. Stało się to w lutym 1945 roku, na
kilka miesięcy przed końcem wojny”.
[…]
![]() |
| Reuwen Szpilman z wnukami. Od prawej: perkusista - Motek, wiolonczelista - Eliezer, flecista - Szmuel, skrzypek - Jehuda. Imię piątego nieznane. |
s. 230
ARNOLD-HERSTEIN RÓŻA, dr (1896-?) – pianistka, pedagog,
dyrektorka szkoły muzycznej. Urodziła się w Rzeszowie, studiowała w Krakowie na
wydziale filozofii. Swoje wykształcenie muzyczne uzupełniała w Wiedniu. Nauki
pobierała u profesora Jerzego Lalewicza, Leo Siroty i Edwarda Steuermanna. Po
powrocie do Polski została nauczycielką w szkole średniej w Ostrowcu, a potem osiadła
w Krakowie, gdzie założyła żydowską szkołę muzyczną, bardzo dobrze
zorganizowaną. Były w niej klasy: fortepianu, skrzypiec, śpiewu, nauk
teoretycznych i rytmiki. W szkole tej nauczali wybitni pedagodzy.
Róża Arnold-Herstein była uzdolnioną pianistą. Szkołę
prowadziła aż do wybuchu drugiej wojny światowej. W 1939 roku udało się jej
uciec do Lwowa. Tam pracowała jako nauczycielka gry na fortepianie.
Straszyn czas okupacji hitlerowskiej przeżyła jako Polka, mając aryjskie papiery. Po wielu latach tułaczki przybyła wreszcie do Izraela. Tu założyła Szkołę Muzyczną im. Joela Engla, w której zdobyła sławę i uznanie jako nauczycielka i dyrektorka.
s. 289
MUSZKES ABRAHAM MOSZE – kantor. Syn znanego chazana reb Akiwy Aptera. Urodził się w Opatowie, przeniósł się najpierw do Piotrkowa, a potem do Ostrowca. Od dzieciństwa śpiewał z ojcem, przejmując tradycje rodzinne. Skomponował wiele modlitw, a jego uczniowie spopularyzowali je w wielu miastach i miasteczkach Polski. Znany w Brazylii kompozytor i dyrygent Jose Siceira [Siqueira] dostrzegł w kompozycjach Muszkesa interesujący materiał muzyczny i opracował go na chór i orkiestrę symfoniczną.
s. 307-308
SZPILMAN REUWEN (1865-1942) – skrzypek i dyrygent
orkiestr wojskowych. Urodził się w Ostrowcu w bardzo muzykalnej rodzinie. Także
jego dzieci (w liczbie ośmiorga) i wnuki uprawiały muzykę. Studiował w Moskwie,
skąd wrócił do swego rodzinnego miasta, gdzie zyskał sławę cudownego skrzypka.
Założył własną małą orkiestrę, z którą grywał na różnych żydowskich
uroczystościach i świętach, czasami też podczas wieczorków tanecznych. Bywał w
domach polskiej szlachty i uczył jej dzieci gry.
Dom, który otrzymał od hrabiego Wielopolskiego, był otwarty
dla wszystkich wielbicieli muzyki i zarówno chrześcijanie, jaki i Żydzi
przyprowadzali swoje dzieci do Szpilmana, aby ocenił ich zdolności muzyczne.
Utalentowane dzieci zostawały jego uczniami. Ze swoich skrzypiec wydobywał
dźwięki miękkie i liryczne, panował nad instrumentem w sposób wyjątkowy. Tak
jak rygorystycznie przestrzegał godzin modlitw, tak i pilnie czuwał nad
godzinami ćwiczeń i nauki. Był jednocześnie otwarty na nowinki muzyczne i lubił
słuchać gry innych artystów. Pisał muzykę orkiestrową; czterech jego synów,
którzy rozjechali się po świecie, zostało profesjonalnymi muzykami.
Zamordowany w Treblince w 1942 roku.
SZPILMAN SAMUEL (?-1942) – skrzypek, nauczyciel
muzyki. Urodził się w Ostrowcu. Młodszy brat Reuwena, ojciec znanego pianisty
Władysława. Najpierw uczył się u ojca, a potem wraz z bratem Reuwenem studiował
muzykę w Moskwie. Osiedlił się w Sosnowcu i tam rozpoczął szeroką działalność
muzyczną. Jego żona była nauczycielką gry na fortepianie, tak więc ich dom stał
się szkołą muzyczną. Do ich uczniów należał znany później w świecie śpiewak Jan
Kiepura.
Podczas okupacji hitlerowskiej przebywał w getcie
warszawskim i tam zginął.
niedziela, 22 października 2023
"Byłem antysemitą, ale nie bandytą"
Pomagałem Żydom. Byłem antysemitą, ale nie bandytą.
Oczywiście, że ich znałem przed wojną. Jak mógłbym ich nie znać. Kudłowicze byli z Ostrowca, mieszkali chyba na ul. Młyńskiej [na ul. Siennieńskiej]. Natomiast Alterzy – w Rynku. Kudłowicze byli kupcami i mieli z moim ojcem stosunki handlowe. Kudłowicz, gdy kupował zboże, przemielał je u mojego ojca w młynie w Stokach Starych [gm., Ćmielów, powiat ostrowiecki]. Młyn w nie był nasz, był w długoletniej dzierżawie z Drucki-Lubeckimi. Więc żadna przyjaźń to nie była, po prostu znajomość. Wtedy nie było takich antagonizmów między Żydem a Polakiem. Współżycie było dość miłe. Owszem polskie organizacje – Obóz Narodowo Radykalny – były antysemickie. Ja do niego należałem. Dziwna rzecz: antysemita uratował. Ale to jest w moim charakterze. Byłem antysemitą, tak mnie wychowali. Byłem nawet w Narodowych Siłach Zbrojnych. Byłem typowym polskim faszystą. Myślałem, że Polacy są najważniejsi. Ale zaznaczam: i moja matka i mój ojciec tak myśleli, ale to nie znaczyło, że byliśmy Żydom wrogami. Nie należeliśmy do takich, którzy by im szkodzili. Raczej była współpraca. Do wojny miałem dwóch kolegów, Altermana i Wajnworcla. Jednego rodzice mieli sklep na Kościelnej z aparatami fotograficznymi a drugiego - knajpę na rynku. Ale była też różnica narodowościowa, wyznaniowa. Było ich cztery miliony w Polsce, dziesięć procent ludności. Ale to nie znaczy, że byliśmy wrogami. Byliśmy różni. Ja zarzucam Żydom to, że byli szowinistami. Oni naprawdę wierzyli, że bóg ich wybrał. Oni wierzyli w to święcie. Byli inni. Mieli prawie sześć tysięcy lat, a więc byli inteligentniejsi, i pomimo, że byli w obcych społeczeństwach, umieli się dostosować, uzyskać dużo wpływów. A więc nie było bardzo za co ich lubić. Ale nie znaczy, że trzeba im szkodzić. A najlepszy dowód jest taki, że ryzykowałem dla nich życie. Nie byłem Żydem i traktowałem ich jako słabszych. Krótko mówiąc – byłem antysemitą, ale nie bandytą. Wystarczyło nie chodzić i nie kupować u nich. Po co ich zabijać? Sami by się wynieśli, jakby nie mieli geszeftu. A oprócz tego od tysiąc trzysta któregoś tam roku byli współobywatelami i nie byli gorsi od nas. Byli gorsi ze względu na mniemanie o nas ale oni byli lepsi. Powiem panu taką historię. Jeden z Żydów, którzy handlowali zbożem, poszedł do dziedzica kupować coś i zachował się nieodpowiednio. A ten dziedzic mu na to: „Polaki że są głupie to rozumiem, ale że Żyd jest głupi, to coś nie tak.”
Ukrywałem ich dokładnie półtora roku. Pod koniec, kiedy likwidowali te getta miejscowe i część jechała do Treblinki czy Oświęcimia, [żeby być] na popiół zamienione, a część tych którzy mieli kontakty mogli się przechować. W Stokach mieszkała moja rodzina a ukrywałem ich na Rudzie Kościelnej. Byli to: Henia Kudłowicz, jej brat, Szlama Kudłowicz oraz Jochewet – po polsku Jadwiga – Alter i jej brat Naftali. Czworo.
W gminie, gdzie się ukrywaliśmy miałem prestiż wśród mieszkańców, więc jak przyszedłem do kogoś to mnie przyjmowali razem z nimi. Przecież nie przechowywałem ich u siebie, tylko u znajomych. Oczywiście miałem bardzo ładny pistolet maszynowy z zrzutów amerykańskich, UD 40 coś tam, dwadzieścia cztery strzały i bardzo celne. Jednak nie był mi potrzebny, bo nikt z Polaków się ze mną nie konfliktował. Wszystko to było ukryte i nie było takie jawne.
Warunki nie były bardzo piękne. To znaczy chowaliśmy się na strychach, w stodołach. Ostatecznie na Krzemionkach mieliśmy bunkier – piwnicę z zamaskowanym wejściem. I tam oni czworo i ja piąty jako wódz. Cały czas z nimi mieszkałem. Jakże mogłem bez opieki ich zostawić, przecież zaraz by ich sprzedali. Bo byli tacy, co sprzedawali. Stałem się bezbrodym Żydem. Wówczas to były kapitalne warunki. Stodoła w lato nie była takim złym pomieszczeniem. W zimie schodziliśmy niżej. To już było w innych miejscach, gdzie były te ziemianki. Pierwsza kryjówka była u wdowy Cholewińskiej. U niej kwaterowali Niemcy. My byliśmy na strychu a oni na dole. Było niebezpiecznie i musieliśmy się stamtąd wynieść. Mało tego, Henia przez pewien czas gotowała Niemcom obiady. I bardzo im smakowało. Zresztą Niemiec nie poznawał kto jest Żydem. Polak z miejsca widział Żyda. Oni nie bardzo znali się na tym. Więc jak Niemcy przyszli i chcieli obiad, to im ugotowała a oni byli z usług Żydówki bardzo zadowoleni.
Oni bardzo dobrze mówili po polsku. Jochweta tylko kaleczyła. Henia miała średnie wykształcenie i po polsku bardzo pięknie rozmawiała. Mało to, ona była bardzo inteligentna, tylko że była brzydka. To jej wada. Ale ją bardzo lubiłem. To był dobry człowiek. Podobna była do mojej siostry. Wszystkim by się podzieliła. Nie jak typowa Żydówka. Alter to typowa Żydówka. Ona się uważała za najlepszą. Była zamożna i piękna. Żeby tak o sobie mniemać miała możliwości i podstawy. Alterówna była bogata. Miała dom w rynku, dziś jest tam bank (ten stary budynek od Kunowa w rynku). Jej rodzina miała chyba manufakturę i była zamożna jak na ostrowieckie warunki. Mało tego, Alterówna pochodziła z arystokratycznego, chasydzkiego rodu. Całe pokolenia jej przodkowie byli rabinami. Mieli po prostu starożytny rodowód, wyższej klasy kapłańskiej. Piękna była. Uratowałem ją.
Robiłem to, bo to są ludzie… Jak można? Ci Niemcy są straszni. Piękne stworzenia, te Żydówki, jak można to zabijać, dlatego tylko, że jest Żydówką? To jest coś okrutnego i niemożliwego... Temu Hitlerowi powinni jaja obciąć, powinni go trzymać w klatce. Żydów nie dało się lubić, bo byli inni. Byli inteligentniejsi. Ja ich psyche znam, bo byłem z nimi po bratersku. Mnie się nie krępowali. Mówili dlaczego nas nie lubią. Dlatego, że byliśmy w ich oczach gorsi.
W 1939 roku miałem szesnaście lat, Kudłowiczówna była o trzy lata starsza. Alterówna miała tyle lat co ja. Alterówna była bardzo piękna, jako kobieta. Kobiece kształty, biodra wydatne. Nogi długie jakby kolumny. Wysoka metr siedemdziesiąt sześć, osiem. O pięknej cerze, o pięknych falujących, gęstych włosach. Zęby miała tylko troszkę zepsute. Tak, to mogła być miss Europy!
Dlaczego jej się nie oświadczyłem? Nie było potrzeby. Gdyby nawet ona mnie bardzo kochała (podobno jak wyjeżdżała to jej poduszka była od łez mokra), to ona była typową Żydówką, szowinistką. Mimo, że uważała mnie za coś nadzwyczajnego, to byłem dla niej gojem. Nie wiem czy pan rozumie. Goj – Nie Żyd. Obcy. A ona z tej rodziny chasydzkiej, tak w tym zatopiona, że mimo, że mnie kochała, to za mnie nie wyszła. Może gdybym ją zmusił do tego. Ja też jej nic nie proponowałem. Lubiłem ją, bardzo mi się podobała, ale o tym nie było mowy. Różnice były, po mojej stronie i po jej stronie. Zdarzały się małżeństwa polsko-żydowskie, ale nie z taką jak ona. Ona była arystokracją duchową. Oni byli przywódcami duchowymi. Ich pradziad był jakimś tam cadykiem. Wyjechała do Izraela. Dostała tam choroby skórnej. I ponieważ bez mojej zgody wyjechała, to powiedziała: „Jahwe ukarał mnie za Henia”. Jechała do swojego kraju, dostali wolność, to jak mogłem powiedzieć „nie jedź”? Ani nie miałem takiej możliwości, ani takiej władzy. Choć myślałem, że ja tam też zawitam. Pojechałem ale już za późno… Zmarła na chorobę skórną. W 92 roku byłem w Izraelu. Dopiero wtedy były możliwości.
[W 1943 roku, gdy naziści zlikwidowali getta], reszta Żydów w barakach była skoszarowana i pracowała. Tam życie było dla nich w miarę bezpieczne. W Częstocicach był taki obóz. Ale co jakiś czas robione były czystki. Żydzi mieli swój wywiad, płacili Niemcom i wiedzieli kiedy będzie wywózka i wtedy uchodzili. Potem znów wracali i pracowali. Moi też tam wracali, jeśli były takie możliwości na kilka miesięcy. Gdy były selekcje, to uciekali i znów ich przyjmowałem. Tak było bezpieczniej. Mieli gorsze żarcie ale nie zabili ich. Normalnie pracowali für Reich.
Na Rudzie Kościelnej była gorzelnia i siedziba hrabiny Marii Sobańskiej, a właściwie księżniczki Drucki-Lubeckiej. Bardzo piękna kobieta. Wszyscyśmy się w niej kochali. W Łysowodach mieszkała jej siostra, nazywał się Czartoryska z domu Lubecka, Izabela Czartoryska. Najpierw wyszła za hrabiego Platera, potem za Sobańskiego szwoleżera, który był jej narzeczonym jeszcze za panieństwa, ale wyszła za Platera. Ale potem jak Plater zniknął, Sobańszczyka złapała. Obie były córkami starego Drucki-Lubeckiego. Miały dwóch braci: Bogdan był posiadaczem na Małachowie (pałac był ładny ale majątek malutki), Ksawery był w Bałtowie. U niego ukrywała się młoda Żydówka. Muszkiesówna. Była u nich jako jedna z córek, normalnie nie ukrywała się. Ksawery Drucki-Lubecki był u Żydów zadłużony po uszy, oprócz tego to był dobry człowiek. Podziwiałem go, raz dlatego, że miał filmowa urodę - był podobny do przedwojennego aktora Roberta Tylera. Jak to mogło się stać, że książę przechował córkę zwykłego rzemieślnika? Czy to jest możliwe, że nie wiedział, że jest Żydówką? Wiedzieli! Tylko księciu było wolno, książę miał za żonę Oppenheimównę, baronównę niemiecką, mieli wpływy. Ci ludzie to pierwsza klasa polskiego społeczeństwa, najwyższa. Książę! Panie, wie pan co to książę?! Jest król, a następny jest Drucki-Lubecki. Mieli 16 folwarków, czyli prawie cały powiat, 20 tysięcy hektarów samych lasów. I nie byli najbogatsi. Bo byli Lubomirscy, Sapiehowie. Ja ich bardzo lubię. Sam chciałem być przynajmniej księciem. Bo ja się urodziłem 6 stycznia, więc jestem królem. Jego żona to była paskudna, ruda Niemka, ale miała dobre serce. Ja wtedy byłem szczeniakiem, nie miałem z nimi kontaktów. Z księciem owszem miałem kontakt. On w AK, ja też w AK, więc mieliśmy takie służbowe stosunki. Książę, Polak miałby nie być w AK? Oczywiście nie chodził na jakieś zbiórki.
Niebezpieczne momenty? Na Krzemionkach spotkałem dezerterów niemieckich. Spotkałem ich w chałupie, w której byliśmy zainstalowani. Wracałem wtedy z miasta i zacząłem rozmawiać myśląc, że są prawdziwymi uciekinierami. Umorusani, biedni, wyglądali na takich co uciekli z Wermachtu. No więc dałem im chleb. I tak mi się odwdzięczyli, choć przyniosłem im dwa bochenki chleba. Dziś analizuję, że albo byli specjalnie wysłani, żeby zbadać teren, albo byli dezerterami ale nie widzieli dalszej możliwości funkcjonowania, Polacy nie bardzo chcieli im pomagać, więc wrócili do swoich jednostek narażając się na to, co z nimi będzie. I oni powiedzieli, że tu przechowuje się partyznaten fiirer - tak mnie nazywali. Dlaczego uznali mnie za partyzanta? W ogóle nie byłem w partyzantce, choć byłem w AK. Może tak wyglądałem. Miałem długie buty, bryczesy skrojona na modę niemiecką, marynarkę z szarym kołnierzem. Wyglądałem na ss-mana. Ja byłem takim Klossem trochę. Broni ze sobą nie miałem. Nie było po co się narażać. Wracałem jako cywil. Po jakimś czasie, pewnego dnia o świcie Niemcy otoczyli ten dom i szukali partyzanta. Gospodynię posadzili i pytali gdzie jest ten partyznaten fiirer. Ona zaprowadziła ich do stodoły, mieliśmy tam gniazdo w snopkach i pokazała, że już nas nie ma. My byliśmy tam pod ziemią. Słyszałem buty niemieckie na deklu, którym się wchodziło do kryjówki. Czekałem tylko, że pojawi się światełko i usłyszę: „Raus!” Wtedy nie myśli pan już o niczym. Widziałem tylko siebie już leżącego tam na górze. Wtedy wyrwało mi się: „No to koniec...” I pomyślałem o swojej matce. Że nie będzie jej miło, gdy mnie tu znajdzie nagiego zastrzelonego. Tak to jest, że jak się umiera, to się wraca do tej kobiety, która cię urodziła. Ale dali spokój i odeszli. Nie wiem kto mnie uratował. Czy Chrystus mnie czy Jahwe ich a ja przy nich się uchowałem. To był cud. Uważam, że to nie było normalne. Przecież przyszli po mnie. No jak mogli nie znaleźć jak chodzili po tym deklu. Może spryt tej kobiety to sprawił, bo zarzuciła kilka snopków na nasza kryjówkę. Jeszcze dziś mam trochę dreszczyków.
Pieniądze? To mnie nie interesowało. Jochewet była zamożna, ona to finansowała. Wtedy taka dwudziestka twarda [amerykański dolar] – złoty pieniądz - miała dużą wartość. Za taką dwudziestkę można było całą rodzinę dobrze utrzymać przez miesiąc. Nie wiem ile tego miała, przecież nie pytałem. Miała rublówki i dolarówki. Co miesiąc sprzedało się – ja to musiałem robić – i były pieniądze na ich wyżywienie. One jakby same się finansowały. Moje wyżywienie nie zawsze było w tym, bo nie zawsze byłem z nimi. Ale jak już był obiad, to dlaczego nie miałbym zjeść. Dolarówki sprzedawałem najczęściej u cinkciarzy u zegarmistrza Leona Szypulińskiego. Pieniądz jak jest złoty ma wartość zawsze i wszędzie. Bez tego nie miałbym takiej możliwości. Miałem dwadzieścia lat, nie pracowałem, wprawdzie byłem agronomem, ale takim sztucznym. Tylko miałem ten papierek dzięki księciu Druckiemu-Lubeckiemu, który mnie ze swoim listem do starosty do Opatowa wysłał i tam się formalnie zrobiłem niemieckim pracownikiem. „Ich arbeite fiir grose Deutchland” – mówiłem, gdy mnie żandarm legitymował. Kiedyś z obozu prowadziłem tego Naftalego, na ulicy Żeromskiego, na górze po lewej jest willa Radwanów, po drugiej stronie stał żandarm za płotem: „Komm hier”. Idę i od razu wyjmuję to beieinschainigung, i zakrzyczałem że jestem gminnym agronomem. Przeczytał, w porządku, a ten drugi? Także agronom. Puścił nas. Jakoś miałem szczęście.
Rachelę (Ruchlę) nie bardzo pamiętam, wiem tylko że była taka. Szlamka to był jej starszy brat. Fawel jeszcze starszy. Szlamka był nieożeniony, nie miał dzieci, był kawalerem. I dlatego był zły na mnie, bo ja mu Jochwetę podbierałem. Ożenił się dopiero w Izraelu. Tam miał dzieciaki. On pojechał dalej do Południowej Ameryki, do Brazylii, ponieważ tam miał starszych braci. Pisał do mnie kartki z Rio. Paskudny charakter trochę ale był Żydem, wolno mu było goja nie lubić, ale był pełen szacunku, bezsprzecznie. Ale był typowym Żydem: mimo że był brzydszy, mniejszy i rudy, myślał, że jest lepszy ode mnie, bo jest Żydem. Może tak nie myślał, ale go o takie myślenie posądzam.
Ostatnie miesiące ukrywaliśmy się u rolnika na Maksymilianowie, Dunal Jan się nazywał, średniozamożny. Tam mieliśmy najlepiej, bo chłop bogaty, więc obiady mieliśmy bardzo dobre. Oczywiście trzeba było mu płacić. Ale finansowała to tymi rublami ta śliczna Jochewet. I wszyscy byli zadowoleni. A najbardziej ja. Bo była piękna ta Jochewet… Ale uciekła do Izraela. Byliśmy tam do 17 stycznia 1945 roku. To był ostatni etap.
Teraz tak opowiadam, ale to nie było tak pięknie i przyjemnie. Ale miałem dwadzieścia lat, więc wierzyłem, że mi się wszystko uda. W ogóle nie myślałem o niebezpieczeństwie i dlatego chyba jestem i rozmawiam z panem. Wierzyłem w swoją gwiazdę. Mało tego, myślałem, że jak jestem urodzony 6 stycznia to będę królem. Nawet żydowskim.
Z moich opowieści – jeśli potrafiłbym opowiadać – powstałaby książka. Jak pewna Żydówka poszła do pisarki żydowskiej, i mówi: Słuchaj no Salcia, ja ci opowiem moje życie, a ty napisz taki wielki „buch”.
niedziela, 9 kwietnia 2023
Trzy dokumenty
piątek, 2 lipca 2021
Reklama
Dzięki uprzejmości Jacka Podsiadło.
piątek, 27 listopada 2020
"Szmul Muszkies – fotograf nowoczesny" - wywiad z 2016
Na wielu starych ostrowieckich zdjęciach można zobaczyć pieczątki jego zakładu. Rozmowa z Wojtkiem Mazanem.
Monika Pastuszko: Kim był bohater twojej książki Szmul Muszkies – fotograf profesjonalny?
Wojtek Mazan: Szmul Muszkies wraz z żoną Małką prowadził zakład fotograficzny „Rembrandt”, który funkcjonował w Ostrowcu Świętokrzyskim przed wojną. Na wielu starych ostrowieckich zdjęciach można zobaczyć jego pieczątki. To „Rembrandt” otrzymał zlecenie z huty, największego zakładu w okolicy, na okolicznościowe fotografowanie pracowników.
Im więcej dowiadywałem się o Muszkiesie, tym bardziej mi się podobał: nowoczesny, przedsiębiorczy, z artystycznymi aspiracjami. Chciałem pokazać go jako przedwojennego ostrowczanina, z którym czuję duże powinowactwo. Zajmował się fotografią, tak jak ja. Był świetny technicznie – zdjęcia do dzisiaj zachowują jakość. Nie żółkną, nie odbarwiają się. Pozostawił po sobie mnóstwo śladów, a jednak bardzo mało o nim wiemy. Tymczasem wykonane przez niego zdjęcia są ważnymi rodzinnymi pamiątkami w wielu ostrowieckich domach. Często są też portretami osób, które to miasto kiedyś tworzyły.
Cały wywiad na stronie Krytyki Politycznej
czwartek, 1 października 2020
Szwarcowie
Czytaj dalej
| Henryk Ignacy Szwarz i Guta Gripel Krongold, Ostrowiec, fot. Sz. Muszkies [?], 1939 r. |
![]() |
| Państwo Szwarz z córką Rutką, przed latem 1942 r. |
| Rodzina Szwarzów, po 1945 r. |
piątek, 28 lutego 2020
piątek, 6 grudnia 2019
Makkabi i Gwiazda
Klub Sportowy Zakładów Ostrowieckich 1929-1939
Ostrowiec Św. 2019
s. 197-198
Żydowskie Towarzystwo Gimnastyczno-Sportowe Makkabi i Żydowski Robotniczy Klub Sportowy Gwiazda
Aktywność sportową przejawiała także młodzież żydowska. Na terenie miasta działały dwa kluby żydowskie, a pierwsze informacje o nich mamy z 1931 roku. Piłkarze Żydowskiego Towarzystwa Gimnastyczno-Sportowego Makkabi w sierpniu tego roku rozegrali mecz w Opatowie z miejscowym OKS, natomiast futboliści Żydowskiego Robotniczego Klubu Sportowego Gwiazda rywalizowali 5 września z KS Strzelec Ostrowiec.
Pierwszy z wymienionych klubów skupiał głównie zamożniejszą młodzież z rodzin kupieckich i inteligenckich, natomiast Gwiazda związana była z żydowską lewicową partią Poalej Syjon i grupowała młodzież robotniczą.
Najpopularniejszą dyscypliną w obu klubach była piłka nożna. Mamy jednak informacje o uprawianiu innych dyscyplin. Kiedy 19 czerwca 1932 roku pływacy KSZO oddawali do użytku pływalnię, zorganizowano zawody, w których udział wzięli także pływacy Makkabi i Gwiazdy. W trakcie zawodów rozegrano dziewięć konkurencji, jednak wśród zawodników zajmujących czołowe lokaty byli tylko pływacy KSZO.
W maju tego samego roku wewnątrzklubowe zawody kolarskie zorganizowała Makkabi. Cykliści rywalizowali na trasie 36 km z Ostrowca do Sienna. Zawody wygrał M. Najnudel, który pokonał trasę w 1 godz. 10 minut. Drugi był L. Worcman – 1 godz. 15 minut, a trzeci J. Gottlieb – 1 godz. 20 minut.
Jeśli chodzi o występy żydowskich piłkarzy to rywalizowali oni najczęściej z lokalnymi zespołami, utrzymywali również kontakty z klubami z Opatowa, Wierzbnika, Suchedniowa i Tarnobrzega. Wyższy poziom reprezentowali futboliści Makkabi, którzy w 1932 roku w turnieju, prawdopodobnie o mistrzostwo miasta, zajmowali wyższą lokatę w tabeli niż Gwiazda, a dwa lata później doszli do półfinału turnieju o mistrzostwo miasta, w którym zostali wyeliminowani przez późniejszego triumfatora – KSZO.
Makkabi uczestniczyła także w rozgrywkach prowadzonych w podokręgu kieleckim przez Kielecki Okręgowy Związek Piłki Nożnej. Według informacji „Przeglądu Sportowego”, Makkabi w wiosnę 1934 roku grała w klasie C, a jesienią tego samego roku rywalizowała w klasie B.
Ostatnia informacja o żydowskich klubach, jaką udało się znaleźć pochodzi z września 1935 roku. „Przegląd Sportowy” pisał wówczas: „Dobrze rozwijająca się sekcja piłkarska ŻTGS Makkabi po ustąpieniu z prezesostwa p. M. Altermana nie daje o sobie znaku życia”.
![]() |
| Klub Sportowy "Gwiazda" w Ostrowcu, fot. Szmul Muszkies |
poniedziałek, 13 maja 2019
Małka i Szmul
niedziela, 27 stycznia 2019
wtorek, 16 października 2018
Chaja Muszkies - Helen Mueller
![]() |
| Chaja Muszkies, 1932, Ostrowiec, fot. Szmul Muszkies |
![]() |
| Helen Mueller, 2015, Toronto, fot. Wojtek Mazan |
środa, 18 października 2017
niedziela, 11 grudnia 2016
Zdjęcie rodzinne Muszkiesów
![]() |
| Rodzina Muszkiesów około 1910 roku, od lewej: Bluma, Chana Hinda, Abram Moszek, Izaak, Chaja i Szmul - późniejszy fotograf, fot. Dawid Erlich [?], Ostrowiec. |
środa, 19 października 2016
Ocalały prowadzone na rzeź
![]() |
| Na słynnym zdjęciu z wyzwolenia obozu w Auschwitz znalazły się trzy ostrowczanki: Miriam Friedman (druga od lewej), Pesa Balter (trzecia od lewej) i Rutka Muszkies (częściowo widoczna nad Pesą). |
poniedziałek, 3 października 2016
Rodzina Muszkiesów
![]() |
Rodzina
Muszkiesów, 1938. / The
Muszkies family, 1938.
Od lewej / From left: Wiktor Muszkies, Chana-Hinda Muszkies z d. Tchórz, Małka, Chaja, Rutka, Szmul. Fot. Szmul Muszkies |
![]() |
| Małka Muszkies, lata 30. / 1930s. Fot. Szmul Muszkies |
![]() |
| Chaja Muszkies, 1932, fot. Szmul Muszkies |








.png)
.png)
.png)
















