poniedziałek, 28 września 2015

"Dobry" Zwierzyna


„Księga Wspomnień... pięć lat później”
95 lat Gimnazjum i Liceum im. Joachima Chreptowicza
w Ostrowcu Św.
praca zbiorowa
Ostrowiec Św., 2008.

Andrzej Nowak „Opowieści Witolda Zapałowskiego”

[…]
str. 337
Tragiczna historia dyrektora Zwierzyny

            Jedna historia jest szczególnie ciekawa. W Zakładach Ostrowieckich dyrektorem administracyjnym był Niemiec z Czech o nazwisku Zwierzyna. Pilnował tego wszystkiego, a potem go oskarżono i pan Witold go bronił. - To był człowiek wysokiej kultury, zawsze elegancko ubrany, nosił białe rękawiczki i był bardzo przychylnie nastawiony do Polaków. - Jak Niemcy powiedzieli, by dał listę pracowników, bo są potrzebne nazwiska, to on odpowiedział, że przez nieostrożność papier spalił się od cygara – opowiadał Witold Zapałowski. - A tak naprawdę to on wcześniej tę listę spalił. Jak widział, że akowiec rozbroił strażnika, zabrał mu karabin i przez płot przechodził, to on pomagał przejść przez płot i podał jeszcze karabin.
            Akowcy, partyzanci z lasu, jak się zaczęło robić zimno, przychodzili do huty i on ich zatrudniał. Gdy wojna się skończyła, dyrektor Zwierzyna pojechał do Niemiec. W tamtym rejonie poszedł do miasta, do okulisty, bo drzazga wpadła mu w oko i tam spotkali go ostrowieccy Żydzi, którzy narobili awantury, że to jest gestapowiec, który szkody robił, wrzucał ludzi do pieca. Władze amerykańskie aresztowały Zwierzynę i przywiozły do Bytomia, a potem do więzienia w Sandomierzu. Naturalnie nasze władze prokuratorskie oskarżyły go, że on jako dyrektor huty wrzucał ludzi do pieca. A to było tak, że w pewnym momencie gestapo z Radomia przyjechało do huty, gdzie znajdował się obóz żydowski. Gestapo zrobiło zbiórkę Żydów, wszystkim kazali oddać kosztowności. I potem oskarżono Zwierzynę, że to on kazał wrzucić dwóch Żydów do pieca martenowskiego, bo nie oddali kosztowności, upuścili i chcieli zakopać w ziemi.
            Witold Zapałowski dostał polecenie od prezesa Sądu Wojewódzkiego, by bronił Zwierzynę. Mecenas przejął akta, zeznania Żydów, które nie budziły wątpliwości. Proces przeniesiono z sądu do Zakładowego Domu Kultury. Był rok 50. Gdy szedł na rozprawę, przed domem stały setki robotników. Wołali do niego: - Panie mecenasie, bronić Zwierzyny, on jest niewinny.
            Mecenas zapisał kilka nazwisk osób, które mogłyby zeznawać przed sądem, co też się stało. Proces kończył się drugiego dnia o godzinie piętnastej. Sądził stary sędzia Sawicki, który powiedział do dwóch ławników, by napisali uniewinnienie, a on w tym czasie pójdzie na obiad, bo jest zmęczony. O piątej sąd miał ogłosić wyrok. Jednak nie ogłosił o tej godzinie, nie ogłosił o szóstej, dopiero o dwudziestej drugiej. Robotnicy czekali na wyrok, władze sprowadziły większe oddziały UB ze Starachowic, bo bali się jakichkolwiek rozruchów, a Żydom kazano wyjechać z Ostrowca. Wyrok był taki, że Zwierzynę skazuje się na karę śmierci. Nie było od niego odwołania, trzeba było pisać o łaskę.
            Witold Zapałowski napisał takie podanie i robotnicy zebrali 3 tys. podpisów. Ubowcy prowadzili nawet śledztwo, kto zebrał tyle podpisów. Sąd odrzucił jednak podanie i wyrok został wykonany w Radomiu.
            Po kilku miesiącach od wyroku przyszedł do pana Witolda jeden z ławników, Radkiewicz i powiedział, jak się wszystko stało. Nie mogło być wyroku uniewinniającego, były naciski, by Zwierzyna został skazany. Sędzia i ławnicy ulegli tym naciskom. Pan Witold chciał potem wznowić ten proces, by sprostować wyrok. Nie było jednak żadnych akt sprawy, bo je zniszczono.

poniedziałek, 21 września 2015

Aleja z widokiem na synagogę

Ostrowiec, fot. nieznany, data nieznana

Na horyzoncie po lewej chrakterystyczny łamany dach zw. polskim [sic!] synagogi. Na drugim planie niedokończony Dom Robotniczy. Na pierwszym panie nieznani mężczyźni. Z lewej strony kasztanowce, przy alei 3 Maja.

Źródło: zbiory Macieja Kobuszewskiego

wtorek, 15 września 2015

1943

Na pierwszym planie staw Manowskiego, po prawej stronie zrównene z ziemią zabudowania ulicy Górzystej i Młyńskiej
fot. T. Religa, 1943/1944 [?]
Źródło: zbiory Tadeusza Religi.

niedziela, 13 września 2015

Ostrovtzer Synagogue

Budynek kościoła Chrystusa przy Cecil Street został sprzedany w lipcu 1922 roku kongregacji żydowskiej za 20 tysięcy dolarów i, jak powiedział Butchart, „Nowy i Stary Testament zostały odwrócone na tej nieruchomości”.

W tym czasie “większość synagog w Toronto” - pisze Stephen A. Speisman  w Żydzi Toronto: historia do 1937 r. - „była typu ziomkowskiego”, to znaczy były one etnicznie jednorodne i oparte na danym kraju, danej krainie lub – w przypadku Polaków – mieście pochodzenia. Tak było w przypadku kongregacji ostrowieckiej utworzonej w 1908 roku w centralnej części Toronto i nazwanej od miasta Ostrowiec znajdującego się w Polsce.

Budynek synagogi ostrowieckiej w Toronto, lipiec 2015, fot. W. Mazan

Takie synagogi oparte na geografii były czymś więcej niż tylko zgromadzeniami modlitewnymi. Były wspólnotami, oferującymi możliwość spotkań towarzyskich z ludźmi o podobnym pochodzeniu. Były także de facto tzw. "settlement houses" opartymi na zaufaniu, gdzie lepiej ustosunkowani członkowie ułatwiali aklimatyzację nowym członkom często nie mającym środków do życia, poprzez nieoprocentowane kredyty, opiekę nad chorymi, pozyskiwaniem funduszy w okresie trudności gospodarczych. Kongregacja ostrowiecka swojej działalności pomocowej nowo przybyłym nadała oficjalną nazwą: Tifereth Israel Bikur Cholim Anshei Ostrovtze, co Gryfe tłumaczy jako „Chwała Izraelowi, poprzez opiekę nad chorymi, ludzie Ostrowca”.

Budynek synagogi ostrowieckiej w Toronto, lipiec 2015, fot. W. Mazan

Początkowo jako maleńka kongregacja, Ostrovtker shul spotykała się w domach jej członków. Z czasem, i rosnącą liczbą członków, dążyła do zbudowania swojej własnej synagogi. Ale zakup kościoła na Cecil Street okazał się rozsądniejszym rozwiązaniem, więc zrobiono to poprzez wypróbowaną i sprawdzoną praktykę pozyskiwania funduszy ze sprzedaży siedzeń.

W 1924 r. budynek został odnowiony, aby nadać mu strukturę bardziej zgodną z funkcją i wyglądem synagogi. Wieża z dzwonnicą została zniżona i zastąpiona przez skromną kopułę. Otwarcie ostrowickiej synagogi zostało utrwalone zainstalowaniem dwóch ogromnych marmurowych tablic z wyrytym złotymi literami hebrajskim napisem dla uczczenia tych, których dotacja umożliwiła zakup budowli. Tablice te wciąż pozostają w tym samym miejscu, dziś w holu chińskiego domu kultury.

Spadina Street, Toronto, lipiec 2015, fot. W. Mazan

Przez następne trzy dekady Ostrovtzer shul było częścią żywej kultury żydowskiej, która funkcjonowała wzdłuż Spadiny i Kensington Market. Prosperował tu przemysł odzieżowy (choć często z fatalnymi warunkami dla pracowników) i dominowała kuchnia koszerna. Teatr oferował rozrywkę w jidysz (zanim nie przekształcił się w Teatr Burleski i Teatr Chiński w późniejszych latach). Ciesząc się rosnącym dostatkiem, wielu ze wspólnoty żydowskiej przeprowadziło się na północ do Foerst Hill, Bathusrt Avenue, albo rozproszyło na przedmieściach. Kongregacja ostrowiecka zmniejszyła się i opuściła Cecil Street w 1950 roku. Zgromadzenie zostało w końcu wchłonięte przez North York’s Shaarei Tefillah Congregation.

fot. W. Mazan

Źródło: Torontoist tłum. własne

środa, 9 września 2015

Iłżecka

Północno-zachodni narożnik rynku w Ostrowcu, wlot ul. Nowej (po lewej) i ul. Iłżeckiej (w głębi),
fot. Jan Walarian Kołecki, 1937 rok [?]
Źródło: Foto Studio Kołecki

wtorek, 8 września 2015

Z pamiętnika Halperta

Pamiętnik Tadeusza Halperta - „Pierwsze 72 lata mojego życia”
oprac. M. Gradoń, A. Orliński
„Szczekociński Rocznik Historyczny” nr 1
Szczekociny 2013
str. 202-268

XXIII

            Zbyt wiele już napisano o tragedii Żydów, abym mógł dodać do tego coś więcej. Mogę jedynie opowiedzieć o tym, co sam widziałem. W naszym małym miasteczku Ostrowcu mordowanie Żydów zaczęło się trochę później niż gdzie indziej. Przed zagładą Gestapo chciało ogołocić ich całkowicie, skonfiskować wszystkie pieniądze, kosztowności i inne przedmioty, dorobek całego ich życia. Dokonano tego szantażem, obietnicami i groźbami. Pewnego dnia gestapowcy sprowadzili hordy pijanych żołdaków z tzw. Armii Własowa, do pomocy w masowym mordowaniu. Ukraińcy byli kompletnie zdemoralizowani. Tylko nieliczni Żydzi starali się zbiec do lasu, reszta nawet nie próbowała się bronić. Przechowaliśmy ich przez noc, ale nie chciałem ryzykować życia mieszkańców domu, najbliższej rodziny, naszych siostrzenic i uciekinierów, pozwalając im zostać. Tego, po prostu nie dało się zrobić. Zginęliby oni i my razem z nimi. Niektórzy znaleźli schronienie u przyzwoitych chłopów, niektórzy zostali natomiast zamordowani przez innych chłopów, mających nadzieję znaleźć przy nich parę dolarów.
             Pewnego dnia B. [skrót od Bibsia – pieszczotliwe określenie żony, czyli Marii Stefanii hr. Wielopolskiej] i ja zobaczyliśmy kałużę krwi przed domem naszego starego dentysty. Dwaj jego niedawni pacjenci, gestapowcy, wywołali go i z zimną krwią zabili przed domem. Byli pacjentami przez trzy lata i często nawet zapraszał ich do swego domu. Biedny doktor Wacholder był pewien, że wkrótce zginie, pomimo że leczył gestapowców. Nie więcej niż tydzień przed masakrą Żydów poszedłem go zobaczyć i pocieszyć. Wyjął butelkę przedwojennego francuskiego Chartreuse i rozmawialiśmy. Odmówiłem trzeciego kieliszka mówiąc, że byłby to grzech pić więcej takiego dobrego i rzadkiego trunku i że powinien go zatrzymać na inną okazję. „Nie będzie innej okazji, czuję to” - zawołał. Nalegał, byśmy skończyli butelkę.
[…]

XXVI

            Gdy Niemcy odeszli, Żydzi, którzy pozostali przy życiu, byli wolni. Jeden z czterech naszych żydowskich „gości” był synem biednego kupca. Gdyby mógł, pomógłby B. na pewno. Drugi był wybitnym neurologiem, naczelnym lekarzem dużego szpitala. On także okazywał swoją wdzięczność jak tylko mógł. Pozostali dwoje to dobrze znany warszawski prawnik Józef Polikier i jego żona. Ukrywałem ich prawie pięć lat, nigdy nie zapłacili mi ani grosza za utrzymanie (żaden z naszych uciekinierów nie płacił), po wojnie nagle stali się komunistami. Przed wojną Polikier zarabiał mnóstwo pieniędzy i z pewnością komunistą nie był. Stał się nim z przyczyn praktycznych, jego bratanek został komunistycznym wojewodą na Śląsku. Tam też siedziałem w więzieniu. Gdy B. poszła prosić go o pomoc w uwolnieniu mnie, przyjął ją na stojąco, odmówił pomocy i poprosił, aby nie nachodziła go więcej. Wydawało się, że zapomniał, że pięć lat ryzykowaliśmy naszym życiem, aby uratować go i jego żonę. Prawdziwy dżentelmen, rzeczywiście.

[...]

wtorek, 1 września 2015

Młynówka

Rzeka Młynówka, w tyle zabudowania ulic Młyńskiej, Górzystej i Starokunowskiej,
w centrum trójkątny dach synagogi, lata 30. XX w. fot. nieznany

Żródło: Żydowski Instytut Historyczny

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Ostrovtzer Rav

Meir Jechiel Halsztok

Ostrowiec – miasto chasydyzmu

           [...]
           Najmocniejszy wpływ na żydowski charakter Ostrowca wywarł światowej sławy Meir Jechiel Halsztok, który był ostrowieckim rabinem przez ponad czterdzieści lat. Ten właśnie człowiek (żył w Ostrowcu, ale jego duch szybował w niebie), bardziej niż ktokolwiek inny odcisnął piętno na charakterze żydowskiego Ostrowca. […]

           Całą bibliotekę napisano o osobowości rabbiego Halsztoka, który przez wielu uważany był za świętego. Przybył do Ostrowca jako młody człowiek i pozostał tu do swojej śmierci w 1928 roku w wieku 77 lat. Wysoki, imponującej postury, rabin Meir Jechiel był nieco ekscentryczny w ubiorze, nosząc „spodak” [wysoki futrzany kapelusz] i futrzany kołnierz nawet w lato. Miał niesamowicie bladą twarz i dzikie oczy, które emanowały boskim blaskiem. Ponieważ nie zezwalał na publikowanie swoich rękopisów, do dziś zachowało się tylko kilka jego prac, które w dużej mierze zostały zachowane w przekazie ustnym. Wiadomym było w całym Ostrowcu, że rabbi Meir Jechiel wiecznie pościł i nigdy nie był widziany, żeby jadł publicznie. Zawsze przed snem wypijał szklankę gotowanego mleka i prawie przez czterdzieści lat praktykował ascetyzm w weekendy, szabasy i święta. Żył prostym, surowym życiem i nosił swój płaszcz przywództwa z pokorą i godnością, poświęcając całego siebie studiowaniu literatury rabinicznej. Sceny radości, tańca i ekstatycznych śpiewów, które są znanymi cechami chasydzkich zgromadzeń, były raczej nieobecne na dworze Ostrovtzer Rav [ostrowieckiego rabina]. Tu panowała umysłowość a nauka była głównym źródłem religijnej egzaltacji. Pod wpływem ascetycznych zachowań rabina wielu ortodoksyjnych mieszkańców Ostrowca przestawało jeść mięso i żyli na diecie nabiałowej.

            Rabin Meir Jechiel nie odziedziczył swojego zawodu, nie był synem rabina ani potomkiem jakiegoś cadyka; rozgłos jaki zyskał, osiągnął poprzez własny wysiłek. Jego ojciec był piekarzem, prostym Żydem, który żył w małym polskim miasteczku Szubinie [obecnie województwo kujawsko-pomorskie]. Już we wczesnej młodości Meir Jachiel zaczął zwracać uwagę jako niezwykle uzdolniony talmudysta i gdy miał 17 lat został wybrany na rabina Skierniewic.

            Chociaż był ojcem dwójki dzieci, syna Jehezkela [Ezechiela] i utalentowanej córki, rabin Meir Jechiel przez wiele lat zachowywał celibat, aż został wezwany przez swoją żoną przed Beth Din [sąd rabiniczny] dla osądzenia swojego postępowania. Rodzina rabina Meira Jechiela zawsze cierpiała ubóstwo, co było spowodowane brakiem zainteresowania u niego zdobywaniem dóbr doczesnych. Jego syn Jehezkel później został rabinem Nasielska a jego córka została zaręczona z synem chmielnickiego rabina.

            Dobry i hojny z natury, ostrowiecki rabin nigdy nie rządził żelazną ręką swoimi wyznawcami. Przeciwnie, dzięki swojej łagodności i wyrozumiałości zdobywał miłość i respekt całej społeczności. Kiedy członkowie wspólnoty pojawiali się przed nim w sprawach sporów własnościowych lub biznesowych, albo w Din Torah [spory w kwestiach religijnych], on zawsze był przejęty, czując że takie drobne sprawy nie powinny mieć znaczenia wobec studiowania Tory. Załagadzał małostkowe kłótnie, nieszczęśliwy, że musi tracić czas na takie drobiazgi. Miłosierny człowiek, poświęcał się dla dobra wspólnoty, zanim pobierał swoje, niskie opłaty, wcześniej rozdzielał je wśród biednych.
[...]

Resztki nagrobka na zbeszczeszczonym grobie ostrowieckiego rabina

Źródło: "Ostrowiec. A monument on the ruins of an annihilated Jewish community" (zwana też księgą pamięci Żydów ostrowieckich). Tel Awiw 1971. s. 116-118, tłumaczenie W. Mazan.

sobota, 8 sierpnia 2015

Kirkut (VI)

Zbeszczeszczony cmentarz żydowski w Ostrowcu Św., po 1945 roku






Źródło: Yad Vashem

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Lokalizacja obozu pracy

Zdjęcie współczesne fot. Wojtek Mazan, 2015 / zdjęcie archiwalne fot. NN, 1943 lub 1944

Na czerwono zaznaczony został w przybliżeniu teren, na którym w latach 1943-44 funkcjonował obóz pracy dla Żydów

niedziela, 5 lipca 2015

Ogród Skiowki

Staw Manowskiego, w kajaku grupka młodzieży polskiej, na drugim brzegu u podnóża skarpy ogród Żyda Skiowki [?], który mieszkał w domku po lewej od ogrodu. Na horyzoncie po lewej dęby na kirkucie, po prawej cheder,
fot. NN, lato 1940 [?]
Źródło: zbiory Tadeusza Religi

środa, 24 czerwca 2015

Żydzi w AK



<<"Przysięgam walczyć o wolną i potężną Polskę, wykonywać rozkazy przełożonych, tak mi dopomóż Bóg". Żydzi w AK. Epizod z Ostrowca Świętokrzyskiego.>>
Alina Skibińska, Dariusz Libionka
"Zagłada Żydów. Studia i materiały"
nr 4 2008, str. 287-323

Abstrakt

Artykuł prezentuje wybór dokumentów z procesu z 1949 r. w którym wyrokiem Sądu Apelacyjnego w Kielcach skazano trzech członków ZWZ-AK Obwodu Opatowskiego: Józefa Mularskiego, Leona Nowaka i Edwarda Perzyńskiego za udział w zamordowaniu w lesie koło Kunowa 12 Żydów z getta w Ostrowcu Świętokrzyskim. Dwie ciężko ranne osoby powróciły do getta, jedna z nich przeżyła wojnę (Szloma Icek Zwaigman) i po wyjeździe z Polski złożyła obszerną i szczegółową relację z tego wydarzenia. Relacja Zweigmana stała się podstawą śledztwa i aktu oskarżenia. Skazani na karę śmierci Mularski i Nowak zostali ułaskawieni i po 1956 r. wyszli z więzienia, podobnie jak trzeci skazany. Sprawę kończą kolejno: wyrok z 1957 r. ułaskawiający Józefa Mularskiego, następnie wyrok z 2000 r. przyznający mu wysokie odszkodowanie. Prezentowane materiały są nie tylko dowodem na to, że członkowie polskiego podziemia dopuszczali się zbrodni na Żydach, ale i na sposób funkcjonowania polskiego wymiaru sprawiedliwości oraz Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, która ewidentnie prowadziła politykę tuszowania spraw w których sprawcami zbrodni byli Polacy. Problemy poruszane w tym artykule są słabo zbadanie nie tylko w polskiej historiografii. Prezentowane materiały procesowe pochodzą z Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej.

[...]

            29 stycznia 1949 r. aresztowano dwóch mieszkańców Ostrowca: Leona Nowaka i Edwarda Perzyńskiego. Podejrzanego Józefa Mularskiego, zamieszkałego wówczas w Poznaniu, aresztowano 9 lutego 1949 r. Podstawą do tego były zeznania Nowaka i Perzyńskiego oraz pierwsze zeznanie Mularskiego, złożone w przeddzień aresztowania. Wszyscy trzej osadzeni początkowo w areszcie śledczym Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Ostrowcu, a następnie (od 29 marca 1949 r.) w więzieniu w Sandomierzu, byli byłymi żołnierzami ZWZ-AK Obwodu Opatów. Mularski, pseudonim „Zapała”, „Krzysztof” (ur. w 1908 r.), był absolwentem studium nauczycielskiego. W konspiracji działał od jesieni 1939 r., sprawował funkcję szefa referatu organizacyjnego ZWZ, później kierował lokalnym Związkiem Odwetu, brał udział w kilku akcjach dywersyjnych (przyp. 5). Nowak, ps. „Rudy”, miał 36 lat, wykonywał zawód spawacza i ślusarza, ukończył trzy oddziały szkoły podstawowej, pracował w Zakładach Ostrowieckich. W 1943 r. został aresztowany przez gestapo i do końca wojny przebywał w obozach koncentracyjnych, najpierw w KL Auschwitz, następnie w Mauthausen (przyp. 6). Perzyński, ps. „Rawicz” (ur. 1920), z zawodu spawacz, ukończył siedem klas szkoły powszechnej, również był podkomendnym Mularskiego (przyp. 7). W czasie aresztowania wszyscy byli członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
[…]
Samo śledztwo prowadzone było w sposób rutynowy. Dość typowa była też strategia oskarżonych. […] Mularski obciążał zarówno swoich przełożonych, którzy jakoby mieli wydać rozkaz pozbycia się Żydów, jak również kolegów i podkomendnych. Przede wszystkim nieżyjącego Mieczysława Wąsa, pseudonim „Rogacz” - członka ZWZ-AK, dowódcę oddziału dywersyjnego Obwodu Opatów, a wreszcie dowódcę oddziału partyzanckiego AK. Ten nie mógł się bronić – zginął 6 lipca 1943 r. (przyp. 10). Gdyby nie to zostałby z pewnością aresztowany, jako że jego udział w morderstwie nie budzi wątpliwości. […]
            Z zeznań oskarżonych oraz z zeznań i relacji żydowskich (Cwajgmana, Szermana, Moszka Singera i Leona Rozenblata (przyp. 11) można odtworzyć sekwencję zdarzeń prowadzących do zbrodni. W listopadzie 1942 r. kilku Żydów pracujących na terenie Huty Ostrowiec, należących do grupy konspirującej młodzieży, nawiązało kontakt z Nowakiem należącym do lokalnych struktur polskiego podziemia. Ten, po konsultacjach ze swym znajomym (zwierzchnikiem?) Mularskim, zaczął ich mamić możliwością wstąpienia do oddziały AK. Początkowo, jak się wydaje, celem Polaków było wyciągnięcie od Żydów środków finansowych. Jednak gdy kilkunastu zdeterminowanych Żydów znalazło się w lesie w pobliżu Bukowia, a ich pobyt zaczął się przedłużać, sprawa stała się poważna. Nie istniała żadna realna możliwość wykorzystania ich w działalności bojowej – można domniemywać, że zgody nie wydałoby ani dowództwo Okręgu, ani Obwodu AK. Żadnych działań partyzanckich w tym okresie na terenie obwodu przecież nie prowadzono – twierdzenia Mularskiego, że wyprowadzenie Żydów z getta miało nastąpić w porozumieniu z dowództwem Okręgu Radomsko-Kieleckiego AK jest bardzo wątpliwe (uciekinierów z gett rekrutowała natomiast powstająca partyzantka komunistyczna). Nie można było myśleć o włączeniu Żydów do działalności partyzanckiej, gdyż oddziałów partyzanckich jeszcze nie było. Była to raczej samodzielna inicjatywa ludzi żądnych łatwego zysku. Jak pokazują zeznania żydowskie, zadano sobie wiele trudu, by upewnić przyszłe ofiary, że mają do czynienia z przedstawicielami podziemia wysokiego szczebla. Gdy okazało się, że nie można liczyć na dalsze zdobycze materialne, zaś Żydzi traktują sprawę poważnie, zdecydowano się ich wymordować i tym samym rozwiązać problem. Kto wydał taką decyzję? Wydaje się, że inicjatorem był Mularski, musiał mieć w grupie autorytet, choćby z tego powodu, że niedawno odbył miesięczny kurs dywersyjny w Warszawie. Sam jednak w zbrodni udziału nie brał. Posłużył się swoimi podwładnymi, w tym zamieszanymi w sprawę „wyciągnięcia” Żydów z getta członkami placówki AK w Kunowie. Co w tej sprawie dodatkowo bulwersujące, to fakt zaprzysiężenia Żydów na członków AK bezpośrednio przed ich wymordowaniem. […]
            Zbrodnia w lesie koło Bukowia nie była jedyną na terenie Kielecczyzny, w której sprawcami mordu na Żydach byli członkowie polskiego podziemia niepodległościowego. Niektórzy z nich byli po wojnie osądzeni za te czyny (przyp. 21). Przypadki zabijania Żydów pod sam koniec okupacji lub już po jej zakończeniu niejednokrotnie spowodowane były zamiarem „usunięcia” świadków innych zbrodni popełnionych na osobach żydowskiego pochodzenia. Taki przypadek miał miejsce również w Ostrowcu Świętokrzyskim. „W dniu 12 marca 1945 r. dokonano napadu na mieszkanie Fajgi Krongold. W mieście krążyły pogłoski, iż posiada ona listę Polaków, którzy w okresie okupacji w różny sposób przyczynili się do śmierci ostrowieckich Żydów. Dwóch młodych ludzi, podobno byłych żołnierzy AK, weszło do mieszkania Felicji Kwiatkowskiej vel F. Krongold z zamiarem zabrania tej listy. Wewnątrz zastali jednak kilkanaście osób i w powstałym zamieszaniu otworzyli ogień zabijając cztery osoby i raniąc kilka innych” (przyp. 22) Czy zbrodnia ta wiąże się w jakikolwiek sposób z wydarzeniami z 9 lutego 1943 r., nie możemy w chwili obecnej orzec (przyp. 23).
[...]

Przypisy:
5. - Informacje za: Wojciech Bordzobohaty, „Jodła. Okręg radomsko-kielecki ZWZ-AK”, Warszawa 1984, s. 166, 168, 170. W tym opracowaniu figuruje jako podchorąży. Wszystkie informacje w przypisach na temat struktury organizacyjnej Obwodu Opatów ZWZ-AK pochodzą z tego opracowania. […]
6 – W opracowaniach dotyczących kieleckiej ZWZ-AK nie figuruje.
7 – Perzyński brał udział w akcji uszkodzenia mostu na rzece Kamiennej w Ostrowcu 11 IX 1942. Wedle Bordzobohatego kierował tą akcją, a brał w niej udział Mularski (op. cit. s. 171). […]
10 – Bordzobohaty, op.cit. s. 171-172.
11 – Dwaj ostatni to świadkowie powołani przez oskarżenie, byli mieszkańcy Ostrowca] a także relacji spisanej przez mieszkańca getta w Ostrowcu Mendla Welmana [przyp. 12 – AŻIH, 301/3055, Relacja Mendla Welmana, 3 I 1948. Autor relacji nie znał nazwisk Polaków, słyszał tylko, że jeden z nich mieszka nadal w Ostrowcu.
21 – Zob. Alina Skibniewska i Jakub Petelewicz, Udział Polaków w zbrodniach na Żydach na prowincji regionu świętokrzyskiego, „Zagłada Żydów. Studia i materiały” 2005, nr 1, s. 114-147.
22 – W. R. Brociek, A. Penkalla, R. Renz, Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów, Ostrowiec Św. 1996, s. 117.
23 – Osoby oskarżone o ten mord i skazane przez sąd w Radomiu na karę śmierci nie są wymienione w aktach omawianej tu sprawy karnej.

I. Mówią świadkowie
Relacja Szlamy Icka Cwejgmana [Zweigmana], rękopis, t. 182, k. 48-67, bd.

            Trzeciego lutego dostaliśmy list z sztabu, że 4-go lutego o godz. 5-ej wszyscy mają być w melinie, gdyż odbędzie się przysięga, a potem wymarsz. Przed wymarszem dostarczyliśmy żądaną listę z nazwiskami i imionami uczestników grupy w dwóch egzemplarzach. Mówione było, kto nie będzie obecnym już nigdy nie odejdzie. Na umówiony czas wszyscy się stawili, nawet zraniona Dorka Binental. Nie została jednak dopuszczona do przysięgi pod wymówką, że w gecie ma lepsze warunki do wyleczenia ręki, i za to pójdzie następną osiemnastką. Przy przysiędze widziałem dokładnie kapitana gdyż nie nosił ciemnych okularów jak przy spotkaniach z nami. Poznałem że to jest Mularski były porucznik wojsk polskich, były urzędnik P.K.U. (przyp. 31 – Mularski pisał w swoich wspomnieniach, że w 1939 r. pracował w dziale mechanicznym jako pracownik laboratoryjny w Zakładach Starachowickich) w Ostrowcu, były gracz piłki nożnej byłego Policyjnego Klubu Sportowego (P.K.S.) i absolwent seminarjum nauczycielskiego w Ostrowcu. Był również obecny Leon Nowak, jeden tytułowany porucznikiem i dwóch łączników z Ostrowca, wszyscy trzej o nieznanych mi nazwiskach, co kilkakrotnie byli z Nowakiem na spotkaniu z nami w gecie. Kapitan Mularski przeczytał nam przysięgę, którą miał napisaną na papierze i również odpowiedź. Dał nam parę minut do namysłu, a potem spytał się czy jesteśmy gotowi wziąć na siebie ten obowiązek. Jednogłośnie odpowiedzieliśmy: tak. „Prawa ręka z dwoma wystawionymi palcami do góry” brzmiał rozkaz kapitana. Rozkaz wykonano. A potem, powtórzcie słowo za słowem: przysięgam, przysięgam powtórzyliśmy i.t.d. „Przysięgam walczyć o wolną i potężną Polskę, wykonywać rozkazy przełożonych, tak mi dopomóż Bóg” (przyp. 32 – Nie był to właściwy tekst przysięgi), była treść przysięgi. Odpowiedź kapitana była: „przyjmujemy was w nasze szeregi, wszystkie rozkazy mają być wykonane, za każde uchybienie grozi kara śmierci, gdyż więzień nie mamy”.
Rozdzielono między nami wódkę (bimber) i po kawałku chleba. […] Czekaliśmy znowu kilka dni, aż czterech się rozchorowało i z wysoką temperaturą udali się do geta. W poniedziałek 8-ego lutego dostaliśmy wiadomość, że następnego dnia z pewnością wymaszerujemy. Radość panowała nadzwyczajna. Na umówiony czas było nas tylko 14-tu.
             Na miejsce przybyli: porucznik, dwaj łącznicy co stale przychodzili z Leonem, Leon Nowak i Zygmunt. […] wszyscy zjedliśmy kolację. W pierwszej izdebce było 5-ciu naszych chłopaków i ich pięciu, a reszta naszej grupy była zajęta pakowaniem koców w drugiej izdebce. Niczego się nie spodziewając usłyszałem strzały i wołanie jednego z grupy: oh! Mogiła bratnia! Spojrzałem się w lewo w kierunku I-ej izby, było cicho już i ciemno, gdyż z huku strzałów karbidówka zgasła. W przejściu między pierwszą i drugą izbą z wyciągniętymi rewolwerami w rękach ujrzałem Nowaka z drugim celujących jeden do mnie a drugi do innych. Na moje pytanie: dlaczego nam się to panowie należy? Nowak odrzekł: cicho, cicho. Strzał i kula przeszyła moje ubranie lekko zadrapując moją lewą pierś. Upadłem udając trupa. Padając wpadłem górną częścią ciała w korytarz wielkości 60 na 60 cm. W tym samym korytarzu długości około 4-ch metrów (miał służyć jako drugie wyjście ale nie dokończone) ulokował się jeden z grupy im[ieniem] Tolek Nasielski. Ktoś z bandytów dał rozkaz: „posegregować ich wszystkich”. Zaraz potem dostałem kulę w gębę, przebijając usta utkwiła pod skórą, wryta częściowo w kość jakieś dwa centymetry nad skronią.
             Potem Zygmunt z L. Nowakiem uklękli blisko mnie i zaczęli ostrzeliwać wspomnianego Nasielskiego mówiąc jeden do drugiego „daj mu między nogi”. Nie mieli warunków dobrego ostrzeliwania, gdyż korytarz był długi a pod koniec nieco skręcony. Na to użyli około 20 kul rewolwerowych. Mnie widocznie nie posądzili, że żyję, bo z ust i gęby leciała mi krew. Po tem zaczęli opuszczać norę. Wtem jeden z postrzelonych zaczął wołać: światło mi dajcie, dajcie mi światło, a drugi jęczeć. Nowak z kimś się wrócili i przy świetle kieszonkowych lamp elektrycznych dodali po dwie kule mówiąc: masz sk...y synie światło. Wtedy już opuścili norę na dobrze, ale po kilku minutach rzucali granat na wejście do nory, widocznie aby zatrzeć wszelkie ślady. To im się nie udało. Może po pół godzinie, zraniony tylko w pośladek Nasielski wysunął się z korytarza, wołając imiona chłopców co wpierw dali znaki życia. Nikt mu nie odpowiedział. Ja nie chciałem mu dać znać, że żyję, gdyż się bałem, czy nie oni stoją nazewnątrz i jak pierwszym razem, wrócić i nas dobić tak samo jako zrobili z dwoma powyżej wspomnianymi. Uważałem nie tylko za obowiązek osobisty przeżyć, tylko za ogólny również, bo po paru dniach miała wyruszyć część następnej osiemnastki. Mord został wykonany po 6-ej wieczorem dnia 9-go lutego 1943 roku. Całą noc przeleżałem razem z trupami, nad ranem udałem się do geta. […]
              Po zlikwidowaniu geta w 31-ym marca 1943 roku, przesłany zostałem do obozu do Bliżyna koło Skarżyska. Tam spotkałem się z ludźmi co pracowali wpierw na placówce niemieckiej niedaleko miejsca zbrodni. Chłopcy ci byli z Kunowa i spotykając się z znajomymi Polakami z Kunowa opowiedzieli im, że policja polska i straż pożarna z Kunowa byli w wąwozach na miejscu zbrodni, ściągnęli ubrania od zastrzelonych, a potem górną część meliny rozbili kilofami zagrzebując tym samym trupów. Miejsce w którem popełniona została zbrodnia znajduje się między Udzicowem (Udziców) górnym a Bukowiem (Bukowie) koło osady Kunów. Kunów znajduje się 9 km na północny zachód od Ostrowca, na drodze do Radomia. Dokładnie wskazać miejsce może również Józef Szwajcer albo jego brat Feliks […]
W roku 1945-tym Chanina Szerman był w Ostrowcu i chciał tę sprawę oddać w ręce władz, ale prezes komitetu żyd[owskiego] w owym czasie go odradzał, gdyż jak się wyraził boi się zemsty na ludność żydowską. […]
              Zraniona Dorka Binental udała się pod koniec marca 1943 roku do Warszawy, aby wziąć udział w powstaniu w geta warszawskiego, i od tego czasu ślad za nią zaginął.
             Tolek Nasielski udał się na aryjską stronę i też zginął bez śladu.

[...]

Imiona i nazwiska zastrzelonych i poranionych, rękopis Szlamy Icka Cwejgmana, t. 182, k. 47, bd.
Majer Lejbuś Worcman, Icek Kenig, Abus Kudłowicz, Rywon Jakubowicz, Josek Frydland, Alek Glat, Dawid Grojskop, Moten Wajnsztok, Lejbuś Mauer, Szlama Szerman, Maljech Brafman, Kelman Grynberg. Poranieni: Tolek Nasielski i ja Szlama Icek Cwajgman.

Źródło: Zagłada Żydów

wtorek, 2 czerwca 2015

Złota historia NBA


"Los Angeles Lakers. Złota historia NBA"
Marcin Harasimowicz
2015
Str. 20
             [Sid Hartman, amerykański dziennikarz sportowy] Na jednej z imprez poznał Morrisa Chalfena, lokalnego speca od promocji zawodów w jeździe figurowej na lodzie, który z kolei przedstawił go Benowi Bergerowi. Ten lokalny biznesmen, człowiek niskiego wzrostu, z nieodłącznym cygarem, urodził się i wychował w Ostrowcu Świętokrzyskim, a w wieku 16 lat – było to w roku 1913 – wyemigrował do Minneapolis. Zaczynał od zera, ale dorobił się fortuny i z czasem ściągnął z Polski do Ameryki czterech swoich braci. W momencie, gdy poznał Hartmana [1947 r.], był już właścicielem sieci kin w Minnesocie i Dakocie Północnej oraz modnej restauracji w Minneapolis. Działał także prospołecznie – należał do rady miejscowego więzienia i wspierał resocjalizację. Systematycznie powiększał swój majątek. Chciał jednak zrobić coś więcej dla miasta, któremu był wdzięczny za otrzymaną szansę (po latach wydał autobiografię pod tytułem Thank You, America). Gdy więc Hartman zgłosił się do niego z konkretną propozycją – wysłuchał go z zainteresowaniem. Najpierw w miejscowej hali rozegrano na próbę mecz sparingowy pomiędzy Oshkosh All Stars a Sheboygan Redskins. Na imprezę przyszło ponad pięć tysięcy osób, co było oszałamiającym sukcesem. Widząc to, Bergen wręczył Hartmanowi książeczkę czekową i oznajmił: „Rób, co uważasz za stosowne”. Ten najpierw odkupił klub, a następnie ruszył w poszukiwanie zawodników. Wtedy sięgnął do czarnego notesu. W tamtych czasach scouting w koszykówce w ogóle nie istniał. Hartman znał się jednak dobrze z trenerami uniwersyteckimi, a ci po prostu mówili mu w tajemnicy, którzy zawodnicy są dobrzy i warto ich ściągnąć. Tak rozpoczęła się historia Lakers – najsłynniejszego zespołu w historii koszykówki. W stanie „dziesięciu tysięcy jezior”, skąd wzięła się nazwa. Dzięki pomysłowi amerykańskiego dziennikarza sportowego i za pieniądze należące do Polaka...

Beniamin Berger, źródło Wikipedia

Wpis dzięki Michałowi Górnemu.