Źródło: internet
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
środa, 29 marca 2017
Nowa macewa
![]() |
| Kirkut w Ostrowcu Św., 24 marca 2017, fot. W. Mazan |
Wieczne upamiętnienie.
Tu jest pogrzebany
Szlomo Wigdorowicz
Który został zamordowany w domu
28.04 1942,
Mając 18 lat w chwili śmierci.
Na wieczną pamięć.
Rodzina Wider Wigdorowicz
Awigdor.
Tłumaczenie Maciej Tomal
czwartek, 2 lutego 2017
Nieznajomi
Zdjęcia anonimowych osób zostały znalezione (owinięte w gazetę "Lubliner Tugblat" z 15 maja 1924 r.) na strychu kamienicy przy ul. Siennieńskiej 17 w Ostrowcu Św.
niedziela, 15 stycznia 2017
"Przebieg wydarzeń"
Jacek Podsiadło
"Włos Bregueta"
Poznań 2016
Jacek Podsiadło
Przebieg wydarzeń
Przebieg wydarzeń
Dnia 22 lipca około godziny 5 po
południu na rynku w Ostrowcu
chłopiec żydowski został uderzony
kijem
przez Jana Sucholewskiego, epileptyka.
W odwecie chłopak cisnął kamieniem,
którym ugodzony
epileptyk Sucholewski doznał ataku
epileptycznego.
Policja podniosła go z ziemi, zaniosła
do magistratu.
Przechodzący przypadkiem
Józef Sucholewski, brat epileptyka,
wszczął awanturę z żydami.
Żydzi, zabiliście mi brata.
Wieść się rozniosła.
Żydzi zabili epileptyka i
chrześcijankę.
Zjedli też jedno dziecko.
Robotnicy z kijami i kamieniami
zgrupowali się w rynku.
Zostało pobitych żydów 24,
z czego dość lekko 23,
1 zaś Jankiel Borenstein umarł.
Wybito szyb około 1000.
Zniszczono okien 24 i drzwi 4.
Jeden z domków żydowskich został
poważnie zniszczony.
Masowych kradzieży nie było.
Miały miejsca kradzieże, lecz w
małych rozmiarach.
sobota, 7 stycznia 2017
Gone To Pitchipoi
"Gone To Pitchipoi:
A Boy's Desperate Fight For Survival In Wartime"
Rubin Katz
Rubin Katz
Academic Studies Press, 2013
This vivid and moving memoir describes the survival of a Jewish child in the hell of Nazi occupied Poland. Rubin Katz was born in Ostrowiec Świętokrzyskie, Poland, in 1931. This town, located in the picturesque countryside of central Poland 42 miles south of Radom, had in 1931 a population of nearly 30,000, of whom more than a third were Jews. The persistence of traditional ways of life and the importance of the local hasidic rebbe, Yechiel-Meier (Halevi) Halsztok, as well as the introduction of such modernities as bubble gum, are clearly and effectively described here.
This memoir is remarkable for the ability of its author to recall so many events in detail and for the way he is able to be fair to all those caught up in the tragic dilemmas of those years. It is a major contribution to our understanding of the fate of Jews in smaller Polish towns during the Second World War and the conditions which made it possible for some of them, like Rubin, to survive.
This memoir is remarkable for the ability of its author to recall so many events in detail and for the way he is able to be fair to all those caught up in the tragic dilemmas of those years. It is a major contribution to our understanding of the fate of Jews in smaller Polish towns during the Second World War and the conditions which made it possible for some of them, like Rubin, to survive.
Editorial Reviews
Review
"[Katz's] story is compelling, drawing you in with each twist of fate and ingenuity as he defies detection and death time and time again. Beautifully and insightfully told, his story takes us behind the scenes. We see the normality of life for those who were not under threat and simultaneously the hostility and treachery that threatened those who were marked for death."--Dr. Stephen D. Smith, OBE Executive Director, USC Shoah Foundation Institute
Review
"[Katz's] story is compelling, drawing you in with each twist of fate and ingenuity as he defies detection and death time and time again. Beautifully and insightfully told, his story takes us behind the scenes. We see the normality of life for those who were not under threat and simultaneously the hostility and treachery that threatened those who were marked for death."--Dr. Stephen D. Smith, OBE Executive Director, USC Shoah Foundation Institute
"Although completed more than sixty years after the events it describes, the memoir is remarkable for the ability of its author to recall so many events in detail and for the way he is able to be fair to all those caught up in the tragic dilemmas of those years. It is a major contribution to our understanding of the fate of Jews in smaller Polish towns during the Second World War and the conditions which made it possible for some of them, like Rubin...to survive..." --Antony Polonsky, Brandeis University, Albert Abramson Professor of Holocaust Studies
About the Author
Rubin Katz was born in Ostrowiec Swietokrzyskie, Poland, where his family owned and ran the Amor confectionery factory. He now resides in England, where he founded a successful clothing business under the same name.
Źródło: amazon
piątek, 23 grudnia 2016
Zagłada rodziny Szteinów
JANUARY SKARBA ur. 1937r.
nagranie z kwietnia 2014r.
[...]
Tu było ogrodzenie, zaraz za nim było zagłębienie, częściowo jest ono jeszcze widoczne. Myśmy tutaj pasali kozy w okresie okupacji. I przy okazji była jakaś szmacianka, grało się w piłkę. To co pan widzi, o była betoniarnia Wiktorowicza, sięgała do tego wysokiego muru. Tam gdzie stoją te wysokie drzewa, betoniarnia się kończyła. Ten pan Wiktorowicz miał tu domek usytuowany jak tablica "Radom, Rzeszów", tuż przy samym murze. Ja z rodzicami mieszkałem przy ulicy Kamiennej. Ta kamieniczka piętrowa była moich dziadków, potem moich rodziców, a później moja. To był jedyny wysoki budynek, z którego można było prowadzić jakieś obserwacje. I częściowo z tego budynku drewnianego mogli obserwować mieszkający tam pani Łodykowska, pani Kędzierska, pani Dudzina i inni. Podejrzewam, że obserwowali ale nikt do nikogo się nie zwierzał. Z drugiej strony były posesje pana Kusala, pana Ślęzaka, pana Molędy i pana Zycha. To wysokie drzewo to jest jeszcze w posesji naszej. Następne to były niziutkie domy - dziś już ich nie ma - więc nie wiem jak oni mogli obserwować. Ale wiem, że ludzie wymieniali się informacjami.
Ten pan, tam przy murze, miał dom a tu robił sobie kręgi i bloczki betonowe. Czy on tu mieszkał? Być może tak, w okupację. Jak stąd wychodził a my paśliśmy te kozy, to nie lubił jak się go zaczepiało, bo był trzeźwy. Tylko "dzień dobry", "dzień dobry" i poszedł. Jak już trzeba było gonić te kozy, tośmy zwlekali celowo, bo on późnym popołudniem wracał. Słychać było, że wraca, bo się darł niesamowicie od mostu. Darł się, śpiewał jakieś rzeczy, nie pamiętam. No to zaczepialiśmy go "Panie Wiktorowicz, daj pan na cukierka". My najmniejsi chłopcy, to mieliśmy najmniej do gadania. Natomiast ci starsi, czy miał kozę czy nie miał, to przychodził, bo wiedział, że ten Wiktorowicz będzie szedł. Pieniądze mu z kieszeni wylatywały, nie zawsze ale wylatywały. Wszystko to przechwytywali ci starsi. A jak szedł, to na rogu był sklep jak kiosk, papierosy, gazety. Pani Swobodzina tam sprzedawała. I był słup ogłoszeniowy, betonowy. Bywało tak, że jak się bardzo opił i doszedł to tego słupa, to macał i zemścił, że go zamurowano. Wtedy ktoś go odciągał: "Panie Wiktorowicz, tędy". Szedł tutaj i już do bramy. Jego żona musiała mieć na imię Kazimiera. Nasze nieszczęście polegało na tym, że moja siostra była także o imieniu Kazimiera. Ona miała 16, 17 lat. Ale jak on szedł od bramy, to szedł prosto na nas i wołał: "Kaziu, nie kochasz mnie?" Ojciec mówił do mojej siostry: "Co ty masz wspólnego z tym człowiekiem?!" Później się okazało, że Kazimiera to była jego żona. Widocznie wiedziała co on robił, no to go odtrącała. A on ciągle stawiał pytania czy go jeszcze kocha. Tak to było.
Zauważyliśmy, że wciąż ktoś do nas przychodził z sąsiadów. Ojciec z panem Zychem obserwowali teren betoniarni. Zastanawiałem się co oni tak stoją na ganku. A oni obserwowali. Widać było w świetle księżyca ludzi, jak przemykają przy ścianie. Co to za ludzie? Rodzice wiedzieli w czym rzecz. Dla nich nie było to nic nowego. Odgadli wprost, że on przechowuje Żydów. Bo skąd raptem taki człowiek, gdzie interesu w okupację w zasadzie nie było żadnego, ma pieniądze, codziennie jest pijany. I jak to się stało, że idzie, drze mordę i nikt mu nie zwrócił uwagę. Przecież gestapo było na Chmielnej. Albo przekupił tych ludzi albo nie wiem, że bezkarnie sobie chodził. Wprawdzie w dzień, ale w końcu to był Polak.
I tak gdzieś, to był koniec lata '44 roku, raptem ten pan przestał pić, to znaczy nie chodził już taki pijany i nikogo się tu nie widziało. Moi rodzice i sąsiedzi doszli do wniosku, że ci Żydzi się stąd wyprowadzili. Okazało się, że nie. Nie wyprowadzili się. To znaczy na tamten świat to on ich wyprowadził.
Pasiemy kozy, to był rok chyba 45 albo 46. Pasiemy kozy i raptem zaczęli nas stąd wyganiać, coś się tu dzieje. No więc dlaczego. Mieliśmy takiego sąsiada Olka Kosiora, on miał zamiłowanie do koni, nadzwyczaj kochał te konie, ciągle się bratał z woźnicami a jak nie to chodzi na targ do chłopów i pomagał przy koniach. On nam powiedział: gdy się ruch zaczął w betoniarni, interes z drenami, bo każdy próbował odbudować gospodarstwo, najczęściej ludzie zaczynali od studni, bo to życiodajna rzecz. Więc kupowali tu dreny i był ścisk niesamowity. A że był bałagan, nikt nie potrafił zaprowadzić porządku, więc każdy jak sobie stanął, jak załadował tak jechał. I w końcu jeden z tych koni z wozem pełen dren, jakoś chcieli cofnąć, zaparł się ten koń i wpadł. Okazuje się, że wpadł do studni. Najpierw straż przyjechała, później jakoś straż znikła i przyprowadzili tutaj jeńców niemieckich, takich zgrzybiałych dziadków w mundurach, może załamani byli i tak wyglądali, w każdym razie byli to ludzie starzy. I oni coś tam przy tej studni grzebali. Już wtedy się dowiedzieliśmy, że wyszło na to, że w tej studni są ci Żydzi, którzy byli tu przetrzymywani. Tak to wyglądało. Wyciągali tych Żydów, mieli tam jakieś osęki, były tam takie beczułki, do tych beczułek ich kości były poprzywiązywane. A on, ten człowiek, zabił tych ludzi, tam ich zamordował, wrzucił do tej studni i denko zrobił drewniane. Gdyby to zasypał, miał tyle czasu, to nieprędko by to wyszło. Później co to było, jak to było nie wiadomo. Tutaj chyba sprawy nie było. Zresztą ja jako dziecko zajmowałem się innymi sprawami, a nie Wiktorowiczem. Ale to mi utkwiło długo i do dnia dzisiejszego. [...] Nic nie zapamiętałem z tych czasów jak pasienie tych kóz i to zdarzenie. [...]
/nagranie i opracowanie tekstu: Wojtek Mazan/
Zauważyliśmy, że wciąż ktoś do nas przychodził z sąsiadów. Ojciec z panem Zychem obserwowali teren betoniarni. Zastanawiałem się co oni tak stoją na ganku. A oni obserwowali. Widać było w świetle księżyca ludzi, jak przemykają przy ścianie. Co to za ludzie? Rodzice wiedzieli w czym rzecz. Dla nich nie było to nic nowego. Odgadli wprost, że on przechowuje Żydów. Bo skąd raptem taki człowiek, gdzie interesu w okupację w zasadzie nie było żadnego, ma pieniądze, codziennie jest pijany. I jak to się stało, że idzie, drze mordę i nikt mu nie zwrócił uwagę. Przecież gestapo było na Chmielnej. Albo przekupił tych ludzi albo nie wiem, że bezkarnie sobie chodził. Wprawdzie w dzień, ale w końcu to był Polak.
I tak gdzieś, to był koniec lata '44 roku, raptem ten pan przestał pić, to znaczy nie chodził już taki pijany i nikogo się tu nie widziało. Moi rodzice i sąsiedzi doszli do wniosku, że ci Żydzi się stąd wyprowadzili. Okazało się, że nie. Nie wyprowadzili się. To znaczy na tamten świat to on ich wyprowadził.
Pasiemy kozy, to był rok chyba 45 albo 46. Pasiemy kozy i raptem zaczęli nas stąd wyganiać, coś się tu dzieje. No więc dlaczego. Mieliśmy takiego sąsiada Olka Kosiora, on miał zamiłowanie do koni, nadzwyczaj kochał te konie, ciągle się bratał z woźnicami a jak nie to chodzi na targ do chłopów i pomagał przy koniach. On nam powiedział: gdy się ruch zaczął w betoniarni, interes z drenami, bo każdy próbował odbudować gospodarstwo, najczęściej ludzie zaczynali od studni, bo to życiodajna rzecz. Więc kupowali tu dreny i był ścisk niesamowity. A że był bałagan, nikt nie potrafił zaprowadzić porządku, więc każdy jak sobie stanął, jak załadował tak jechał. I w końcu jeden z tych koni z wozem pełen dren, jakoś chcieli cofnąć, zaparł się ten koń i wpadł. Okazuje się, że wpadł do studni. Najpierw straż przyjechała, później jakoś straż znikła i przyprowadzili tutaj jeńców niemieckich, takich zgrzybiałych dziadków w mundurach, może załamani byli i tak wyglądali, w każdym razie byli to ludzie starzy. I oni coś tam przy tej studni grzebali. Już wtedy się dowiedzieliśmy, że wyszło na to, że w tej studni są ci Żydzi, którzy byli tu przetrzymywani. Tak to wyglądało. Wyciągali tych Żydów, mieli tam jakieś osęki, były tam takie beczułki, do tych beczułek ich kości były poprzywiązywane. A on, ten człowiek, zabił tych ludzi, tam ich zamordował, wrzucił do tej studni i denko zrobił drewniane. Gdyby to zasypał, miał tyle czasu, to nieprędko by to wyszło. Później co to było, jak to było nie wiadomo. Tutaj chyba sprawy nie było. Zresztą ja jako dziecko zajmowałem się innymi sprawami, a nie Wiktorowiczem. Ale to mi utkwiło długo i do dnia dzisiejszego. [...] Nic nie zapamiętałem z tych czasów jak pasienie tych kóz i to zdarzenie. [...]
/nagranie i opracowanie tekstu: Wojtek Mazan/
Aron Friedental, Warszawa, 28-go maja
1947 roku
Do Centralnej Komisji
Historycznej w Łodzi
Potwierdzam odbiór listu Panów z
dnia 22-go maja rb. i komunikuję co następuje:
Mord dotyczy rodziny Szteinów, która
składała się z 4-ch osób: matki, ojca i 2-ch synów. Ojciec, Emil
Sztein, był przed wojną właścicielem fabryki wódek i likierów w
Krakowie pod firmą "Arkadia". Podczas okupacji został on,
jako fachowiec, sprowadzony do Ostrowca i zatrudniony przez jednego z
głównych pogromców Żydów Ostrowieckich, Franza Jagera, w
fabryce, którą tenże Jager odebrał właścicielowi Żydowi.
W czasie przebywania w Ostrowcu
rodzina Szteinów korzystała ze swych możliwości przy pracy, by
nieść pomoc Żydom przebywającym w obozie pracy, istniejącym przy
Zakładach Ostrowieckich (Ostrowitzer Hochoffen und Werke).
25-go lipca 1944 r. w dniu likwidacji
obozu rodzina Sztein uciekła do przygotowanej zawczasu kryjówki w
mieszkaniu niejakiego Wiktorowicza przez cały rok uprzedni, by tylko
zapewnić sobie bezpieczny schron.
Po oswobodzeniu ustaliliśmy na
podstawie poufnie zebranych wiadomości, że 6 dni przed wkroczeniem
Armii Czerwonej całą rodzinę zamordowano i zakopano w starej
studni na terenie posesji, gdzie mieszkał Wiktorowicz.
Jako prezes Komitetu Ostrowieckiego
przestawiłem w 1945 r. tę sprawę odnośnym władzom, zaś
sekretarz naszego Komitetu ob. Elżbieta Stiftarowa osobiście
zreferowała dokładny przebieg sprawy, podając nazwiska sprawców
mordu oraz miejsca, gdzie zostały zamordowane ofiary.
Po tym meldunku w r. 1945 władze
bezpieczeństwa zatrzymały Wiktorowicza i Kuzduba, lecz zostali oni
po pewnym czasie zwolnieni, i sprawa ucichła.
Dnia 11-go maja r.b. otrzymałem z
Ostrowca telegram następującej treści: "Przyjechać
natychmiast odnaleziono Szteinów". Pojechałem niezwłocznie i
na miejscu ustaliłem następujące szczegóły:
Posesja, na terenie której popełniono
zbrodnię, ostatnio została objęta przez Samopomoc Chłopską.
Organizacja ta rozpoczęła remont gmachu. Pewnego dnia wjeżdżający
z materiałami budowlanymi wóz, zaprzężony w konie, ugrzązł i
konie utknęły w świeżo przekopanej ziemi. W czasie wyciągania
wozu z końmi kierownik organizacji zauważył, że w miejscu tym
była studnia. Wobec tego, iż kopanie studni leżało w
przewidzianym planie robót, postanowił on zasypaną studnię
odkopać. Przystępujący do pracy robotnicy w czasie prowadzenia
robót ziemnych natknęli się na zwłoki 4-ch ofiar, w których
rozpoznano Szteinów.
Natychmiast zameldowano o wypadku
Urzędowi Bezpieczeństwa, który na podstawie posiadanego
zameldowania (złożonego w swoim czasie przez mnie) z przed 2-ch lat
aresztował Wiktorowicza i Kuzduba. Przeprowadzona przez miejskiego
lekarza sekcja zwłok wykazała, że ojciec i synowie zostali
zarąbani, natomiast Szteinowa miała rozpłataną głowę jakimś
ostrym narzędziem. Śledztwo i sekcja były prowadzone w obecności
i z polecenia sędziego śledczego Rogowskiego [?].
Jak można było ustalić na podstawie
początkowych zeznań, ofiary zostały zamordowane w nocy z 8-go na
9-go stycznia 1945 r. tj. 6 dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej
(Ostrowiec został oswobodzony dnia 16-go stycznia 1945 r.)
Śledztwo jest w toku. Sprawa podlega
Prokuratorowi Wojewódzkiego U.B. w Kielcach.
Dnia 11 bm. zwłoki ofiar pochowane
zostały na cmentarzu żydowskim w Ostrowcu w obecności garstki
Żydów Ostrowieckich. Grób ich znajduje się w szeregu mogił
żydowskich pochowanych w czasie okupacji i po wyzwoleniu.
Jak mi dotąd wiadomo, to w związku
ze sprawą zatrzymano 4 osoby, zaś reszta sprawców jest
poszukiwana. Jestem w stałym kontakcie z odnośnymi władzami oraz
Żydami, przebywającymi w Ostrowcu. O biegu sprawy jestem dokładnie
poinformowany.
Kończąc mój opis nie mogę pominąć
następujących okoliczności, wykazujących niesłuszną obojętność
ze strony Żydów dla tego rodzaju wypadków!
Niezwłocznie po otrzymaniu telegramu
z Ostrowca, zwróciłem się telefonicznie do Jointu, prosząc o
wyznaczenie mi terminu konferencji w tej sprawie. W toku rozmów
dyrektor Bein, któremu przedstawiłem konieczność wydelegowania
razem ze mną kogoś z władz, celem nadania sprawie odpowiedniego
kierunku, odpowiedział mi, że Joint, jako instytucja zagraniczna,
nie może interweniować w tego rodzaju wydarzeniach i skierował
mnie do prezesa CKŻP ob. Adolfa Bermana. Prezesa Bermana nie
zastałem i zostawiłem wyżej wymieniony telegram z odpowiednią
adnotacją urzędującej sekretarce, która przyrzekła dać o godz.
6-ej telefoniczną odpowiedź. Ponieważ o umówionej godzinie
odpowiedzi nie było, zaś sprawa nie mogła ulec zwłoce, wyjechałem
do Ostrowca. Po moim powrocie z Ostrowca, gdzie byłem 3 dni,
zwróciłem się ponownie telefonicznie do CKŻP, lecz prezesa znów
nie było, zastałem urzędującego generalnego sekretarza ob.
Lazebnika [?]. Temu ostatniemu zreferowałem sprawę i zdumiony byłem
otrzymaną odeń odpowiedzią: Primo: że jest bardzo zajęty,
secundo: po przedstawieniu konieczności interwencji u władz, by
morderstwo zostało zakwalfikowane jako "rasowe", nie zaś
jako zwykła zbrodnia i nie podlegało amnestii - ob. Lazebnik
oświadczył, że mamy zaufanie do naszych władz, które z pewnością
sprawiedliwie ocenia przebieg wypadków.
Ja jednak stoję na stanowisku, że
interwencja u władz jest najlepszym świadectwem zaufania do nich,
zaś interwencja przedstawicieli wymordowanego żydostwa jest wyrazem
współpracy w ściganiu morderców - naszych wspólnych wrogów.
Moim zdaniem interwencja musi być,
aby prokurator należycie i właściwie zakwalifikował morderczy
czyn, zwłaszcza, że wykrycie przestępstwa nastąpiło w tak
niezwykłych okolicznościach.
Łączę wyrazy szacunku dla naszego
Szanownego historyka dra J. Kernisza oraz obrońcy naszego honoru mgr
H. Blumentala
kreślę się
A. FRIEDENTAL
Źródło: Żydowski Instytut Historyczny
czwartek, 15 grudnia 2016
1942-1944
![]() |
| ul. Głogowskiego (wówczas Radomska), 1942 r. |
![]() |
| ul. Siennieńska, 1942 r. |
![]() |
| ul. Siennieńska, 1942 lub 1943 |
![]() |
| ul. Kościelna, 1944 r. |
Źródło: Żydowski Instytut Historyczny
niedziela, 11 grudnia 2016
Zdjęcie rodzinne Muszkiesów
![]() |
| Rodzina Muszkiesów około 1910 roku, od lewej: Bluma, Chana Hinda, Abram Moszek, Izaak, Chaja i Szmul - późniejszy fotograf, fot. Dawid Erlich [?], Ostrowiec. |
czwartek, 8 grudnia 2016
Szpilman
The world would come to know Leo Szpilman (later Spellman) as a renowned musician and Holocaust survivor. But little did anyone know, Leo’s all-too-common story was told in an uncommon fashion– through his three-part musical composition.
His talent became his lifeline during the Holocaust. After the German occupation of Poland, Leo was placed in the Ostrowiec ghetto, where he established an orchestra.
In the grueling circumstances of ghetto life, Leo’s musical craft captured the attention of an SS guard who agreed to lighten his workload in exchange for accordion lessons. When the guard received word of Jewish deportations from the ghetto, their relationship quickly inspired the guard to help Leo and his wife escape to a nearby forest.
It wasn’t until the end of the war that the couple emerged from hiding and Leo found peace again in his music. During his time at the Furstenfeldbruck displaced persons camp, he composed his Rhapsody 1939-1945, an ode to victims of the Holocaust. After debuting the piece in 1947, Leo stowed the score in a suitcase, leaving the memories of the Holocaust on paper, not to be heard again until the 2000s.
Źródło: United States Holocaust Memorial Museum
wtorek, 22 listopada 2016
Postcard
Meir Bulka:
In 1929, my
grandfather Moshe-Aharon Bulka left Poland and immigrated alone to Israel, in
anticipation lay the basis for bringing family from Poland to Israel. My
grandfather worked in all sorts of jobs until he found permanent work, it would
enable him to pay enough money to buy the certificate (The white paper) that
will allow him to bring the rest of the family to Israel. This
postcard was sent from Israel to Poland for the 1934 Jewish New Year represents
the Land of Israel at the beginning of construction and prosperity while Israel
was under the control of the occupation of the British Mandate.
The NEW
YEAR postcard shows the King David Hotel
in Jerusalem, Allenby Street, Lilienblum Street and Ben Yehuda Street, which
symbolized the anticipated economic boom and the National Library Building and
the Western Wall, symbolizing the tradition of the people of Israel.
As a
photographer, I renovated a few image and planted to replace those old, the
same places, as they are today, and here is the same overt 82 years ahead. A kind of
tribute to those who dreamed. That was
his dream, and now we had a big family, children, grandchildren and
great-grandchildren.
Means, a
dream come true.
poniedziałek, 7 listopada 2016
Lea Alterman (Balint)
Dzięki uprzejmości Grzegorza Nowaka
Więcej: Lea Balint – ocalona przez siostry franciszkanki
Zobacz wpis: Dziecko bez właściwości
środa, 2 listopada 2016
Shana Tova
Message from Meir Bułka:
Shana Tova
1936 Pearl Bulka, my grandfather's sister. Pearl was
born in 1918, the Happy New Year's postcard was printed out when she was 18.Pearl and
the rest of the family were sent to Treblinka from Ostrowiec in 1942 where she
was murdered when she was only 24.The
postcard has a little remodeling with color and some fixed.
Tłumaczenie wiadomości od Meir Bułki:
Szczęśliwego Nowego Roku 1936 dla Perli Bułki, siostry mojego dziadka. Perla urodziła się w 1918 r., więc miała 18 lat gdy owa noworoczna karta pocztowa została wydrukowana. Perla, tak jak reszta rodziny z Ostrowca, trafiła do Treblinki w 1942, gdzie została zamordowana w wieku 24 lat. Karta pocztowa została delikatnie wzbogacona kolorem.
środa, 19 października 2016
Ocalały prowadzone na rzeź
27 stycznia na całym świecie
obchodzony jest Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Tego dnia w
1945 wyzwolony został obóz Auschwitz-Birkenau. Ikonicznym obrazem
tego momentu jest zdjęcie okazujące grupę dzieci za obozowymi
drutami. Wśród nich są trzy dziewczynki pochodzące z Ostrowca.
Kim są i jaka jest historia ich ocalenia?
![]() |
| Na słynnym zdjęciu z wyzwolenia obozu w Auschwitz znalazły się trzy ostrowczanki: Miriam Friedman (druga od lewej), Pesa Balter (trzecia od lewej) i Rutka Muszkies (częściowo widoczna nad Pesą). |
Auschwitz-Birkenau to nazwa zespołu
niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych i obozu zagłady
na terenie Oświęcimia i pobliskich miejscowości. W latach
1940-1945 było to główne miejsce masowej eksterminacji około 1,1
miliona Żydów z całej Europy, a także 140–150 tysięcy Polaków,
około 23 tysięcy Romów, około 12 tysięcy jeńców radzieckich
oraz ofiar innych narodowości. Auschwitz-Birkenau stał się
symbolem Holocaustu, czyli ludobójstwa około 6 milionów
europejskich Żydów oraz milionów innych prześladowanych grup
dokonanego w czasie II wojny światowej przez III Rzeszę i wspierane
w różnym stopniu przez uzależnione od niej państwa sojusznicze.
71 lat temu Armia Czerwona - konkretnie
100 Lwowska Dywizja Piechoty, którą dowodził generał major Fiodor
Krasawin - wyzwoliła Auschwitz-Birkenau. Wyzwolonych zostało
wówczas niewiele ponad kilkaset osób, których Niemcy po prostu nie
zdążyli zabić. Było wśród nich także wiele dzieci. By ukazać
światu bezmiar niemieckich zbrodni Rosjanie fotografowali i
filmowali obóz po wyzwoleniu. Wtedy to radziecki fotograf Aleksander
Woroncow wykonał słynne zdjęcie grupie dzieci ubranych w pasiaki i
stojących za drutami. Wśród nich są trzy ostrowczanki, Żydówki:
Miriam Friedman, Pesa Balter i Ruta Muszkies. Wówczas
straumatyzowane nieludzkimi doświadczeniami i wyniszczone chorobami
i głodem nastoletnie dziewczynki. Dziś są starszymi paniami, z
nowymi nazwiskami po mężach (kolejno: Miriam Ziegler, Paula
Lebovics, Ruth Webber), które nie mogą zapomnieć i nie chcą by
inny zapomnieli, czym był Holocaust. Długo po wojnie udzieliły
obszernych wywiadów m.in. dla Visual History Archive. Niestety ich
historie nie znane były w ich rodzinnym mieście praktycznie do
dziś. Fakt, że wywiady udzielone były w języku angielskim, nie
był jedynym tego powodem. W książkach, artykułach dotyczących
wojny systematycznie pomijano historie Żydów, mimo że byli
obywatelami Polski, sąsiadami Polaków od pokoleń i w równej
mierze twórcami Ostrowca. Na szczęście się to zmienia dzięki
ludziom, którzy bez kompleksów narodowościowych chcą poznać
przeszłość.
Dziewczynki ze zdjęcia dzieliły
podobny do siebie los, praktycznie jedyny gwarantujący przeżycie
żydowskich dzieci w czasie okupacji. Gdy wojna wybuchła, miały po
kilka lat i były oczkiem w głowie swoich rodzin. Pochodzący z
Ostrowca Friedmanowie mieszkali w Radomiu, gdzie prowadzili kilka
sklepów odzieżowych. Duża rodzina Balterów także do wojny żyła
dostatnio, a to głównie dzięki zaradności dziadka Kiwy Roseta
posiadającego kamienicę czynszową przy Alei 3 Maja. Muszkiesowie
przez całe lata 30. prowadzili w Ostrowcu najlepszy zakład
fotograficzny o nazwie „Rembrandt”, w którym chętnie
fotografowali się Polacy i dlatego do dziś zachowały się
wizerunki przedwojennych ostrowczan. Gdy zamknięto getto, a w nim
całą ludność żydowską Ostrowca, dziewczynki nie odczuły
jeszcze w pełni koszmaru wojny, choć już wtedy zdarzało się, że
widywały leżące na ulicy ciała zabitych. Najgorsze miało
nadejść... Dorośli to przeczuwali, domyślali się, że dojdzie do
„wysiedlenia”, co tak naprawdę miało oznaczać śmierć. Każdy
ratował się jak mógł. Rutkę rodzice przezornie chwilę przed
likwidacją getta umieścili nielegalnie w obozie pracy w
Bodzechowie. Miriam ukrywała się na strychach różnych domów w
Ostrowcu. Cudem uniknęła śmierci, gdy pewnego razu na strych
weszła policja i zastrzeliła innych ukrywających się tam Żydów.
Natomiast Pesa Balter wraz z rodziną ukrywała się w bunkrze pod
kurnikiem, który wykopał jej brat. Po latach wspominała: „Gdy
wywózka się skończyła i wyszłam z kryjówki, to śnieg leżał
na ziemi i pamiętam, że śnieg był cały różowy i czerwony, bo
tyle krwi było na nim. Tyle morderstw było. Wszędzie, gdzie
spojrzałam, śnieg był cały czerwony. To jest to, co pamiętam z
tej wywózki. I już nie było mojej babci. I mojej cioci z synem, i
jej męża.” Wtedy przestał istnieć żydowski Ostrowiec,
zagazowany w Treblince. Ostatecznie wszystkie trzy dziewczynki
trafiły do obozu pracy przymusowej dla Żydów przy ostrowieckiej
hucie, o co zadbali członkowie ich rodzin. Paradoksalne ale
prawdziwe jest to, że w tym czasie, czyli w 1943,
najbezpieczniejszym miejscem dla Żydów były mordercze obozy pracy.
Po tzw. aryjskiej stronie możliwość przeżycia równała się
niemal zeru. W obozie też musiały się ukrywać, gdyż jako
nieproduktywne dzieci były nielegalne. W żadnym wypadku nie było
to miejsce bezpieczne. Ruth Webber przywołuje traumatyczną scenę,
jakiej była świadkiem. Pojmanych uciekinierów z obozu rozstrzelano
w grobach wykopanych przez nich samych. Jeden został źle
postrzelony, Niemcy kazali go pogrzebać żywcem. „Wciąż słyszę
ich krzyki” - mówi w wywiadzie Webber i wybucha płaczem.
Po likwidacji obozu pracy w Ostrowcu w
lipcu 1944 roku wszystkie trzy dziewczynki w dużym transporcie
trafiły do Auschwitz-Birkenau. W tej fabryce śmierci przeżyły
prawie siedem miesięcy. Paula Lebovics po latach wspominała:
„Podczas tego okresu piece pracowały dzień i noc. To znaczy przez
cały mój pobyt pracowały dzień i noc, ale w tym okresie w ogóle
już nie były wyłączane. Nigdy ich nie wyłączano. Niebo było
czerwone. Dzień i noc. Nie było różnicy, czy jest dzień, czy
noc. Niebo było jak w płomieniach. To było nie do uwierzenia.
Pamiętam patrzenie w górę i wyobrażanie sobie, że ciała
przepływają w powietrzu, w tych czerwonych chmurach. Pamiętam, jak
sobie to wyobrażałam. W tych czerwonych chmurach. Smród był taki,
że nie można było się od niego uwolnić. Wgryzał się w ciało,
w ubrania. nie dało się go pozbyć. Po chwili przestawało się go
czuć, ale on był bardzo intensywny, prawie można było go dotknąć.
Czułeś się tak, jakby ktoś wylał na ciebie klej. Tak, wtedy
piece pracowały dzień i noc.” Nie sposób w krótkim artykule
przywołać dłuższych fragmentów wspomnień ocalonych, dlatego
zainteresowanych tematem odsyłam do „bloga w budowie” gdzie w
ostatnim wpisie Monika Pastuszko podała linki do wspomnień Miriam,
Pauli i Ruth, część także przetłumaczyła
(blogwbudowie.blogspot.com).
Po wojnie dziewczynki tułały się po
domach dziecka, dopóki ich nie odnalazł ktoś z rodziny i
sprowadził do Ostrowca. Z kilkunastu tysięcy Żydów ostrowieckich
wojnę przeżyło niespełna dwieście osób. Ich miejsce w handlu i
rzemiośle zajęli Polacy, niechętnie patrzący na powracających
ocalałych. Po zbrojnych napadach, których dokonywały
nacjonalistyczne ugrupowania na Żydach (w jednym z takich napadów
ranny został Leo Szpilman, o którym ostatnio jest głośno w
Ostrowcu) ocaleni zrozumieli, że to już nie jest ich miasto. Niemal
wszyscy wyjechali. Najczęstszym kierunkiem była Kanada. Tam musieli
zaczynać życie od nowa. Dziś Miriam, Paula i Ruth są babciami
otoczonymi gromadą wnuków. Wbrew zbrodniczym planom Hitlera i jego
wyznawców życie pokonało machinę śmierci. Międzynarodowy Dzień
Pamięci o Ofiarach Holokaustu ustanowiony przez ONZ 11 lat temu ma
nam o tym przypominać.
Wojtek Mazan
"Fakty Ostrowieckie"
25 stycznia 2016 r.
poniedziałek, 3 października 2016
Rodzina Muszkiesów
![]() |
Rodzina
Muszkiesów, 1938. / The
Muszkies family, 1938.
Od lewej / From left: Wiktor Muszkies, Chana-Hinda Muszkies z d. Tchórz, Małka, Chaja, Rutka, Szmul. Fot. Szmul Muszkies |
Szmul Muszkies, syn Abrama Moszka i Chany Hindy z Tchórzów poślubił
Małkę Angienicką, córkę Szymela i Chawy Bruchy, w 1929 roku w
Ostrowcu. W 1931 roku rodzi im się pierwsza córka –
Chaja a cztery lata później druga - Ruta. Z
najbliższej rodziny tylko Małka i jej dwoje dzieci przeżyły
Holocaust. Ich rodzice - w tym widoczna na zdjęciu matka Szmula, i
większość rodzeństwa, zostali zamordowani w Treblince. Ponadto
dziewiętnaścioro innych członków dalszej rodziny także zginęło
w Holokauście - w tym Wiktor, syn brata Szmula. Sam Szmul na kilka
tygodni przed końcem wojny został zamordowany w Gusen, podobozie
Mauthausen. Małka wraz z Rutką przeszły przez obóz w Auschwitz. O
dramatycznych doświadczeniach tego czasu opowiedziała Ruth Webber
(Rutka Muszkies) w 1992 roku w długiej relacji dla United States
Holocaust Memorial Museum. Trafiając do KL Auschwitz miała 9 lat,
więc jej istnienie jako dziecka było nielegalne. Żeby przeżyć
szukała schronienia w stosach trupów, których Niemcy nie zdążyli
jeszcze spalić. Zapamiętała, że nie czuła głodu z dwóch
powodów. Po pierwsze krematoria wydzielały słodki zapach, od
którego traciło się apetyt, po drugie matka dzieliła się z nią
swoimi porcjami żywności. 27 stycznia 1945 roku Rutka została
wyzwolona wraz z innymi więźniami przez Armię Czerwoną. Z
sowieckiego filmu dokumentującego wyzwolenie obozu w Auschwitz
pochodzi kadr ukazujący grupkę dzieci za drutami kolczastymi. Wśród
nich stoi cudem ocalała Rutka Muszkies. Po wojnie wraz matką i
siostrą wyemigrowała do Kanady. Wyszła za Mordechaja Wygodę także
emigranta z Polski, który wówczas nazywał się już Mark Webber.
Ma troje dzieci i pięcioro wnuków. Mieszka w West Bloomfield w
stanie Michigan (USA).
Szmul
Muszkies, the son of Abram Moszek and Chana Hinda neeTchórz, married
Małka Angienicka, the daughter of Szymel and Chawa Brucha in 1929,
in Ostrowiec.
In
1931, their first daughter Chaja was born, and
four years later - their second daughter Ruta.
From
the immediate family, only Małka and her two children survived the
Holocaust.
Their
parents - including Szmul's mother, also present in the photo - and
most siblings were murdered at Treblinka.
Nineteen
other members of their more distant family (including Wiktor, the son
of Szmul's brother) also perished in the Holocaust.
Just
a few weeks before the end of the war Szmul himself was murdered at
Gusen, a sub-camp of Mauthausen.
Małka
and Rutka survived Auschwitz.
Ruth
Webber (Rutka Muszkies) reminisced on those dramatic experiences in
her extensive 1992 interview for the United States Holocaust Memorial
Museum.
When
she found herself in KL Auschwitz she was 9; her existence as a child
was illegal.
In
order to survive, she sought refuge among piles of corpses that the
Germans prepared for burning.
She
remembered that she did not feel hungry for two reasons.
Firstly,
the crematoria generated a sweet smell that made one lose appetite,
and secondly, her mother shared scarce food with her.
On
27 January 1945, Rutka was liberated by the Red Army, together with
other prisoners.
There
is a fragment of a Soviet footage documenting the liberation of the
Auschwitz camp, showing a group of children behind a barbed wire
fence.
Rutka
Muszkies - a miracle survivor - is standing among those children.
After
the war she emigrated to Canada with her mother and sister.
She
married Mordechaj Wygoda, also an emigrant from Poland, who had
changed his name to Mark Webber by that time.
She
has three children and five grandchildren.
She
lives in West Bloomfield, Michigan (US).
![]() |
| Małka Muszkies, lata 30. / 1930s. Fot. Szmul Muszkies |
Małka
Hudesa Muszkies z d. Angienicka (1910-2003) urodziła się w
Ostrowcu. W 1929 roku wyszła za Szmula Muszkiesa, z którym do
wybuchu wojny prowadziła zakład fotograficzny „Rembrandt”
[patrz wstęp]. Mieli dwie córki: Chaję i Rutkę.
Po likwidacji ostrowieckiego getta, w październiku 1942 roku, Małka
wraz z mężem i młodszą córką Rutką przeszły przez szereg
obozów pracy: Bodzechów, Sandomierz, Starachowice, Ostrowiec, gdzie
pozostali aż do czerwca 1944. Ostatecznie wszyscy troje trafili do
KL
Auschwitz. Pod koniec wojny Małka została rozdzielona z bliskimi i
wysłana do filii obozu koncentracyjnego Gross-Rosen – Gabersdorf.
Po wyzwoleniu obozu wróciła do Ostrowca Św.
i odnalazła ocalałą starszą córkę Chaję. Po
załatwieniu pilnych spraw, w tym sprzedaży rodzinnego domu za
bezcen, wyjechały do Krakowa, gdyż tam wśród dzieci wyzwolonych w
Auschwitz odnaleziono jej drugą córkę. Następnie, wszystkie trzy
uciekły z Polski przez zieloną granicę i osiadły na dwa lata w
Monachium. Małka chciała emigrować do Izraela. Jednak z uwagi na
chorobę płuc Ruty izraelskie władze odmówiły wstępu. Wówczas
Małka skontaktowała się z Leo Barkinem, dalekim krewnym z Kanady,
który przekonał ją, by przeniosły się do Toronto, co też
uczyniły w 1948 roku. Małka Muszkies właśnie tam przeżyła
resztę swojego życia.
Małka
Hudesa Muszkies nee Angienicka (1910-2003) was born in Ostrowiec.
In
1929 she married Szmul Muszkies, a professional photographer with
whom she ran the "Rembrandt" photography studio until the
outbreak of war [see: foreword].
They
had two daughters:
Chaja
and Rutka.
After
the liquidation of the Ostrowiec ghetto in October 1942, Małka with
her husband and the younger daughter, Rutka, went through a number of
labour camps:
Bodzechów,
Sandomierz, Starachowice, and Ostrowiec, where they stayed until June
1944.
Eventually
all three were taken to KL Auschwitz.
At
the end of the war Małka was separated from her loved ones, being
sent to Gabersdorf, a subcamp of the Gross-Rosen concentration camp.
After
liberation she returned to Ostrowiec Św. where she was reunited with
her elder daughter, Chaja.
Having
settled the most urgent affairs, including the sale of her family
home for next to nothing, they travelled to Krakow, where the other
daughter was found among children liberated from Auschwitz.
Next,
crossing the green border they fled from Poland to Munich, where they
settled for two years.
Małka
wanted to emigrate to Israel.
However,
due to Rita's lung disease Israeli authorities refused them entry.
Małka
contacted Leo Barkin, a distant relative from Canada, who encouraged
her to move to Toronto, which they did in 1948.
This
is where Małka Muszkies spent the rest of her days.
![]() |
| Chaja Muszkies, 1932, fot. Szmul Muszkies |
Chaja
Muszkies przyszła na świat we
wrześniu 1931 roku w domu dziadków Angienickich w Ostrowcu przy ul.
Iłżeckiej 16, jako pierwsze dziecko Małki i Szmula. Chaja od
najmłodszych lat wykazywała uzdolnienia muzyczne, dlatego rodzice
zakupili dla niej pianino i sprowadzali nauczycieli. Pierwszym był
ostrowiecki muzyk Lustik, który okazał się złym nauczycielem, bo
bił po rękach, gdy popełniała błędy.
Aż do wybuchu wojny Chaja pobierała
nauki u profesora Michałowskiego w Warszawie. Owo pianino było
ostatnią rzeczą skonfiskowaną Muszkiesom w getcie, gdyż Chaja
czasem grała na nim dla Niemców. Gdy nieuchronnie
zbliżała się likwidacja getta, Szmul Muszkies zorganizował dla
córki ukrycie po aryjskiej stronie. Poza bezpieczeństwem ważne
było dla niego to, żeby córka nie przestawała nauki gry na
pianinie, gdyż bardzo wierzył w jej talent. Chaja – przy pomocy
hrabiego Górskiego - umieszczona została w pałacu księcia
Ksawerego Druckiego-Lubeckiego
w Bałtowie. Jego żoną była
niemiecka hrabina Jadwiga von
Oppersdorff. Wychowywała ona Chaję jako chrześcijańską sierotę
wraz ze swoimi czterema córkami, księżnymi. Chaja przetrwała tam
niemal całą wojnę. Po ucieczce z Polski rodziny Drucko-Lubeckich
pod koniec 1944 roku, Chają opiekowali się pianista
Leon Zenkteler i Wesołowska.
Następnie wraz z matką i młodszą siostrą, które cudem ocalały
w niemieckich obozach, wyemigrowała do Kanady w
1948 roku. Nie zrobiła kariery jako
pianistka, gdyż żeby związać koniec z końcem musiała ciężko
pracować jako nauczycielka muzyki. Przybrała imię Helen i wyszła
za mąż za Irvinga Muellera. Mieszka w Toronto.
Chaja Muszkies was
born in September 1931 in the house of the Agienicki grandparents in
Ostrowiec, at Iłżecka Street no. 16, as the first child of Małka
and Szmul. As
Chaja showed musical talent from an early age, her parents bought her
a piano and hired teachers. The
first one was an Ostrów-based musician Lustik who turned to be a bad
educator - he used to hit the girl's hands when she made mistakes.
Later Chaja was taught by Professor
Michałowski in Warsaw, until the outbreak of war.
The piano was the last item confiscated
from the Muszkies family in the ghetto, because sometimes Chaja used
to play for Germans.
With the ghetto liquidation inevitably
approaching, Szmul Muszkies arranged a hideout for his daughter on
the Aryan side. In
addition to ensuring safety, he thought it important for his daughter
to continue the piano lessons, as he strongly believed in her talent.
Supported by a count named Górski, Chaja
was placed in a palace of prince Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki in
Bałtów. The
count's wife, German countess Jadwiga von Oppersdorff,
raised Chaja as a Christian orphan together
with her four daughters, duchesses. This
is where Chaja stayed almost until the end of the war.
After the Drucki-Lubecki family fled Poland
in late 1944, Chaja was looked after by pianist Leon Zenkteler and a
woman named Wesołowska. In
1948, she emigrated to Canada with her mother and younger sister, who
both miraculously survived the German concentration camps.
She did not make a career as a pianist,
because she had to work hard as a music teacher to make ends meet.
She took the name Helen and married Irving
Mueller. She
lives in Toronto today.
Zdjęcia i opisy pochodzą z książki Wojtka Mazana
"Szmul Muszkies – fotograf profesjonalny",
której premiera odbędzie się 29 października 2016 r.
Więcej informacji na stronie Stowarzyszenie Nie z tej Bajki
Etykiety:
1929,
1931,
1938,
1945,
Angienicki,
Auschwitz,
Barkin,
getto,
Mueller,
Muszkies,
obóz pracy,
Tchórz,
Webber
niedziela, 17 lipca 2016
Zatylna
![]() |
| Teren ostrowieckiego getta, żołnierze niemieccy stoją na skraju ul. Starokunowskiej, nad nimi ul. Zatylna, 1941 [?] |
Źródło: allegro i google
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















