Artykuł w Haaretz: Jewish gravestones used to build wall around Christian cemetery in Polish town
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Mord w Kosowicach
Jerzy Mazurek
„Józek, co robisz?”. Zbrodnia na Żydach popełniona przez AK we wsi Kosowice”
[w:] „Zagłada Żydów. Studia i
materiały”
Pismo Centrum Badań nad Zagładą
Żydów IFiS PAN nr 7
Warszawa 2011, str. 395-421
[...]
Na terenie parafii momińskiej
rozegrała się także część tragedii Żydów polskich. O pomocy
udzielanej prześladowanym Żydom przez mieszkańców parafii trudno
coś powiedzieć. Wiemy, że na poddaszu swojego domu w Kosowicach
Wanda Przeobrażeńska przechowywała przez kilka tygodni rodzinę
Langerów z Ostrowca Świętokrzyskiego. O innych podobnych
przypadkach, jeśli nawet wystąpiły, niewiele nam wiadomo.
Największa tragedia wydarzyła się natomiast w kwietniu 1943 r.,
kiedy to członkowie AK (z placówki Momina) zamordowali pięcioro
bezbronnych Żydów, w tym kobietę i dziecko, którzy zatrzymali się
w domu Józefa Machuli (1885-1950) w Kosowicach.
Kim byli zamordowani? Niestety, nie
znamy ich danych personalnych. Dokumenty zostały zabrane i
zniszczone przez morderców. Wiemy jedynie, że wśród zabitych była
czteroosobowa rodzina: lekarz w wieku 40-45 lat, jego żona w wieku
35-40 lat oraz dwójka dzieci – osiemnastoletni chłopiec i
dziesięcioletnia dziewczynka. Śladu wskazującego, że rodzina
mogła pochodzić z Sienna, niewielkiego miasteczka położonego na
północ od Ostrowca Świętokrzyskiego, nie udało się potwierdzić.
Najbardziej prawdopodobne jest jednak, że ofiary to mieszkańcy
Ostrowca, tym bardziej że z tego właśnie miasta pochodził piąty
zamordowany, który był znany w parafii momińskiej przed drugą
wojną światową. Niestety jego nazwiska również nie znamy, w
okolicy nazywano go Lejbusiem albo Łajbusiem. Wraz ze swym ojcem
zajmował się skupem bydła od okolicznych chłopów, a także
dzierżawił sady, z których owoce sprzedawał następnie na targu.
Pochodził z Łagowa, ale w okresie kontaktów z mieszkańcami
parafii momińskiej mieszkał w Ostrowcu Świętokrzyskim. Był
młody, mógł mieć około 25 lat.
[…]
Do tragedii w Kosowicach doszło w
okresie wzmożonej walki podziemia AK-owskiego z tzw. bandytyzmem,
symbolizowanej właśnie przez Sągajłłę [Witold Sągajjło
„Sulima”, 1910-1998, w latach 1941-1944 komendant Obwodu Opatów
ZWZ-AK]. Walka z napadami rabunkowymi, które rzeczywiście od 1941
r. osiągnęły rozmiary plagi społecznej, dla niektórych była
jednak okazją do rozprawienia się z ludźmi o odmiennych –
zazwyczaj lewicowych – poglądach. […]
Walka z tzw. bandytyzmem stanowiła
śmiertelne niebezpieczeństwo dla Żydów. Bardzo często posądzano
o ten proceder właśnie ukrywających się Żydów, którym udało
się uniknąć zagłady. „Stefański wprawdzie nie mówił mi –
zeznał Leon Dąbrowski, uczestnik zbrodni w Kosowicach – że
został obrabowany przez grupę żydowską przy użyciu broni, nie
słyszałem również o jakimkolwiek innym napadzie dokonanym przez
Żydów, byłem jednak przekonany, że Żydzi po ucieczce z getta
trudnią się bandytyzmem [sic!]” [przyp. 20 – AIPN Ra,
29/108, Protokół przesłuchania podejrzanego z 28 II 1956 r., k.
206.]. Z kolei Jan Szpinek, kierownik referatu II (wywiad) w
Podobwodzie Ćmielów (kryptonim „300”), sądzony po wojnie za
wydanie rozkazu likwidacji siedmiorga obywateli polskich narodowości
żydowskiej, przebywających w miejscowości Goździelin (gm.
Bodzechów), powiedział: „Jeśli zaś chodzi o kwestię żydowską,
obecnie daty nie pamiętam, wyszło zarządzenie dowództwa obwodu
[opatowskiego – J.M.] do wszystkich członków placówek, by
patrolowali swoje tereny i likwidowali ukrywających się Żydów,
którzy rzekomo mieli dokonywać kradzieży” [przyp. 21 – AIPN
Ki, 9/124, t. 1, Protokół przesłuchania podejrzanego z 25 II 1951
r., k. 255; zob. także akta z procesu: ibidem, t. 4, k. 51-53, 55,
94-101, 169-171.].
O prześladowaniach Żydów przez
żołnierzy AK na terenie parafii momińskiej wiemy z akt śledczych
i procesowych oraz informacji Tadeusza Kality, który w czasie
okupacji był członkiem sekcji specjalnej AK, a od 1952 r. tajnym
współpracownikiem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego
(PUBP), występującym pod pseudonimem „Spóźniony”. Z donosów
tego ostatniego i zeznań oskarżonego Dąbrowskiego wiemy, że
najbardziej zaangażowani w proceder tropienia Żydów byli Antoni
Cichocki i Józef Kotwa.
Lejbuś, wykorzystując dawne
kontakty, próbował przechować się u znajomych gospodarzy. Z
zeznań świadka Jana Olecha, mieszkańca Stryczowic, wiemy, że
ukrywał się między innymi u Jana Woźnicy. Za udzielone
schronienie Woźnica został pobity przez członków AK, dlatego
Lejbuś przeniósł się do Worowic, wsi położonej nieopodal
Stryczowic. Wytropił go tam jednak Kotwa i – przy udziale
Cichockiego – ograbił z pieniędzy (około 60 dolarów), a
następnie zamierzał „zlikwidować” go w tzw. dołach
stryczowskich. Lejbuś podczas drogi na miejsce kaźni uciekł, o
czym Kotwa poinformował kolegów, późniejszych współoskarżonych.
[…]
W odróżnieniu od porachunków
politycznych mord w Kosowicach był więc typowym mordem na tle
etnicznym. Jak do niego doszło? Trudno dokładnie odtworzyć
sekwencję zdarzeń, gdyż oskarżeni w czasie śledztwa i procesu
wielokrotnie zmieniali swoje zeznania. Rozkaz likwidacji Żydów,
„gdziekolwiek będą się znajdować”, wydał – jak zeznał
Dąbrowski – dowódca drużyny AK w Stryczowicach, Cichocki. Był
to wynik wcześniejszych decyzji i ustaleń, jakie zapadały po
nabożeństwach, przed kościołem w Mominie. Dąbrowski, któremu –
jak sam twierdził - powierzono wykonanie tego zadania, zobowiązał
członków sekcji AK, aby w przypadku pojawienia się Żydów
natychmiast mu o tym zameldowali. Po otrzymaniu takiego meldunku
Dąbrowski zawiadomił podległych Pytlakowi członków sekcji
specjalnej: Henryka Przygodę, Stanisława Sobczyka i Jana
Kaczorowskiego, a także nienależącego do sekcji Józefa Kotwę.
Tymczasem wiosną 1943 r. Żydzi
ukrywający się na terenie parafii momińskiej, świadomi grożącego
im niebezpieczeństwa, postanowili zmienić miejsce swego pobytu.
Dokąd zamierzali się przenieść? Pewne przesłanki wskazują, że
w okolice wsi Podszkodzie [przyp. 28 – W miejscowości tej Andrzej
Śliwka przechowywał i uratował od zagłady Rachmila Weitmana,
Sztaję Zweiman i Fajsę Herszek. Zob. Jan Nowak, „Wieś w akcji
pomocy Żydom w okresie okupacji”, „Rocznik Dziejów Ruchu
Ludowego” 1970, nr 12, s. 350. Niestety w tej samej wsi Niemcy
rozstrzelali wdowę Golcową i ukrywanych przez nią Żydów.
Wspomina o tym Irena Górska-Damięcka, która w czasie okupacji
ukrywała się wraz z mężem we wsi Podszkodzie. Zob. eadem,
„Wygrałam życie” Pamiętnik aktorki, Warszawa 1997, s. 123]. Pomni wcześniejszych doświadczeń, przechodzili obrzeżami
Stryczowic, starając się uniknąć kontaktu z ludźmi. Wczesnym
rankiem, na parę godzin przed zbrodnią, odwiedzili swego dawnego
znajomego Piotra Gruszkę, od którego matki Lejbuś dzierżawił
przed wojną sad. Prosił on gospodarza, aby „dał mu i jego
kolegom kawałek chleba, gdyż są głodni”. Piotr Gruszka
zaproponował, aby chwilę poczekali, gotuje bowiem właśnie
śniadanie, będą więc mogli zjeść coś ciepłego. „Lejbuś –
zeznał po wojnie Gruszka – na moją propozycję się nie zgodził,
gdyż jak mi powiedział, nie może u mnie długo przebywać,
ponieważ jest ścigany. Przez kogo jest ścigany, nie powiedział
mi, ja się też nie pytałem”.
Następnym miejscem, który odwiedziła
pięcioosobowa grupa Żydów, był dom Jana Jańca, zwanego na wsi
Zugajem – od nazwiska jego ojczyma. Zwrócili się do gospodarza z
pytaniem, czy nie przyjąłby na przechowanie dziewczynki, której ze
względu na wiek trudno było dotrzymać kroku dorosłym. Niestety, o
pobycie Żydów w zagrodzie Zugaja dowiedział się kopiący w
sąsiedztwie studnię Olech, członek AK. Przestrzegł on
Jańca-Zugaja, aby nie ukrywał Żydów, gdyż może mieć z tego
powodu kłopoty – a następnie złożył Dąbrowskiemu meldunek.
Uczestnicy mordu, uzbrojeni w broń
krótką, zebrali się w Stryczowicach, gdzie doszła ich wieść, że
Żydzi udali się do domu Machuli w Kosowicach. W tym właśnie
momencie, jak można przypuszczać, dowodzenie całą akcją przejął
od Dąbrowskiego dowódca sekcji specjalnej Sobczyk. Śpiesznym
krokiem przemieścili się pod wskazaną posesję, a następnie
wtargnęli do mieszkania z okrzykiem „ręce do góry” i zaczęli
strzelać do znajdujących się tam Żydów. Ponieważ dom Machuli
składał się z jednej izby, do której wchodziło się wprost z
dworu, mordercy po kolei wpadali do domu i oddawali strzały.
Pierwszy otworzył ogień Kotwa, po nim zaczęli strzelać
Kaczorowski i Sobczyk. Z mieszkania zostali tymczasem wyprowadzeni
gospodarze; zamknięto ich w chlewiku. Do bezbronnych Żydów nie
strzelał Dąbrowski, który wszedł do mieszkania, gdy już wszyscy
byli zabici, oraz prawdopodobnie Przygoda (tu zeznania są
sprzeczne). Wiadomo jedynie, że podczas egzekucji najbardziej
bezwzględny okazał się Kaczorowski – to on zastrzelił kobietę,
a także dziewczynkę, którą wyciągnął spod łóżka.
[…]
Sprawcy zbrodni zgodnie potwierdzili,
że u pomordowanych nie znaleziono broni ani rzeczy, które mogły
pochodzić z rabunku. Mimo to ofiary obrabowano nie tylko z
pieniędzy, ale także z garderoby: butów, płaszczy itp. Za
udzielone informacje chustkę zamordowanej miał otrzymać Olech,
płaszcz jednego z zabitych – jak zeznał Sobczyk – nosił
Cichocki. […]
Kilka godzin po zabójstwie na
polecenie członków AK Machula pogrzebał zwłoki zamordowanych w
Kosowicach Żydów w nieużywanym dole na ziemniaki. Spoczywają tam
do dziś, gdyż po wojnie nie ekshumowano ciał pomordowanych. […]
Wiedza o tym, co wydarzyło się w
kwietniu 1943 r. we wsi Kosowice, przez kilkadziesiąt lat nie wyszła
poza lokalną społeczność. Funkcjonowała tylko w świadomości
mieszkańców wsi i okolic, przybierając niekiedy formę domysłów
i spekulacji. Organy ścigania wszczęły dochodzenie po informacjach
od agenta Kality.
[…]
Wyrok został ogłoszony 8
października 1956 r. Kaczorowskiego i Kotwę sąd skazał na kary po
6 lat więzienia, a Sobczyka na karę 5 lat więzienia. Jednocześnie
na mocy amnestii z 2 sierpnia 1945 r i 22 lutego 1947 r. złagodził
wyroki Kaczorowskiemu i Kotwie do 2 lat i 3 miesięcy, Sobczykowi zaś
do 1 roku 10 miesięcy i 15 dni więzienia. Ponadto ostatniemu na
mocy amnestii z 27 kwietnia 1956 r. darował karę w całości. Sąd
uniewinnił Dąbrowskiego, gdyż uznał, że bezpośrednio w mordzie
nie uczestniczył, skoro przybył na miejsce w momencie, gdy
wszystkie ofiary zostały już zastrzelone.
[...]
Po przełomie ustrojowej 1989 r. część
uczestników zbrodni najwidoczniej uznała, że o wydarzeniach tych
nikt tu już nie pamięta, tym bardziej że doczekali się tymczasem
awansów i odznaczeń; o ich bohaterskich „czynach” można było
nawet przeczytać w książkach [przyp. 52 – Sułowski, „U
podnóża Gór Świętokrzyskich...”, s. 73, 83, 89. Ostatnio zob.
Dominika Leszczyńska, „Leszek Mądzik. Podróż”, Rzeszów
2009]. W ich biogramach trudno znaleźć jakiekolwiek odniesienia do
opisywanych tu wydarzeń, wręcz przeciwnie: można mieć wrażenie,
że byli niesłusznie represjonowani. Stąd wiodła już tylko droga
na pomnik, który wywołał tyle kontrowersji [przyp. 54 – znalazły
się na nim nazwiska Antoniego Cichockiego, Leona Dąbrowskiego i
Jana Kaczorowskiego.]. Jedynie Sobczyk – jak się wydaje – zerwał
wszelkie kontakty z przeszłością oraz z dawnym środowiskiem.
[...]
[...]
![]() |
Kosowice, kwiecień 2017 r. |
Zobacz też: Żydowski Ostrowiec: Szkic
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
1915
Źródło: internet
środa, 29 marca 2017
Nowa macewa
![]() |
Kirkut w Ostrowcu Św., 24 marca 2017, fot. W. Mazan |
Wieczne upamiętnienie.
Tu jest pogrzebany
Szlomo Wigdorowicz
Który został zamordowany w domu
28.04 1942,
Mając 18 lat w chwili śmierci.
Na wieczną pamięć.
Rodzina Wider Wigdorowicz
Awigdor.
Tłumaczenie Maciej Tomal
czwartek, 2 lutego 2017
Nieznajomi
Zdjęcia anonimowych osób zostały znalezione (owinięte w gazetę "Lubliner Tugblat" z 15 maja 1924 r.) na strychu kamienicy przy ul. Siennieńskiej 17 w Ostrowcu Św.
niedziela, 15 stycznia 2017
"Przebieg wydarzeń"
Jacek Podsiadło
"Włos Bregueta"
Poznań 2016
Jacek Podsiadło
Przebieg wydarzeń
Przebieg wydarzeń
Dnia 22 lipca około godziny 5 po
południu na rynku w Ostrowcu
chłopiec żydowski został uderzony
kijem
przez Jana Sucholewskiego, epileptyka.
W odwecie chłopak cisnął kamieniem,
którym ugodzony
epileptyk Sucholewski doznał ataku
epileptycznego.
Policja podniosła go z ziemi, zaniosła
do magistratu.
Przechodzący przypadkiem
Józef Sucholewski, brat epileptyka,
wszczął awanturę z żydami.
Żydzi, zabiliście mi brata.
Wieść się rozniosła.
Żydzi zabili epileptyka i
chrześcijankę.
Zjedli też jedno dziecko.
Robotnicy z kijami i kamieniami
zgrupowali się w rynku.
Zostało pobitych żydów 24,
z czego dość lekko 23,
1 zaś Jankiel Borenstein umarł.
Wybito szyb około 1000.
Zniszczono okien 24 i drzwi 4.
Jeden z domków żydowskich został
poważnie zniszczony.
Masowych kradzieży nie było.
Miały miejsca kradzieże, lecz w
małych rozmiarach.
sobota, 7 stycznia 2017
Gone To Pitchipoi
"Gone To Pitchipoi:
A Boy's Desperate Fight For Survival In Wartime"
Rubin Katz
Rubin Katz
Academic Studies Press, 2013
This vivid and moving memoir describes the survival of a Jewish child in the hell of Nazi occupied Poland. Rubin Katz was born in Ostrowiec Świętokrzyskie, Poland, in 1931. This town, located in the picturesque countryside of central Poland 42 miles south of Radom, had in 1931 a population of nearly 30,000, of whom more than a third were Jews. The persistence of traditional ways of life and the importance of the local hasidic rebbe, Yechiel-Meier (Halevi) Halsztok, as well as the introduction of such modernities as bubble gum, are clearly and effectively described here.
This memoir is remarkable for the ability of its author to recall so many events in detail and for the way he is able to be fair to all those caught up in the tragic dilemmas of those years. It is a major contribution to our understanding of the fate of Jews in smaller Polish towns during the Second World War and the conditions which made it possible for some of them, like Rubin, to survive.
This memoir is remarkable for the ability of its author to recall so many events in detail and for the way he is able to be fair to all those caught up in the tragic dilemmas of those years. It is a major contribution to our understanding of the fate of Jews in smaller Polish towns during the Second World War and the conditions which made it possible for some of them, like Rubin, to survive.
Editorial Reviews
Review
"[Katz's] story is compelling, drawing you in with each twist of fate and ingenuity as he defies detection and death time and time again. Beautifully and insightfully told, his story takes us behind the scenes. We see the normality of life for those who were not under threat and simultaneously the hostility and treachery that threatened those who were marked for death."--Dr. Stephen D. Smith, OBE Executive Director, USC Shoah Foundation Institute
Review
"[Katz's] story is compelling, drawing you in with each twist of fate and ingenuity as he defies detection and death time and time again. Beautifully and insightfully told, his story takes us behind the scenes. We see the normality of life for those who were not under threat and simultaneously the hostility and treachery that threatened those who were marked for death."--Dr. Stephen D. Smith, OBE Executive Director, USC Shoah Foundation Institute
"Although completed more than sixty years after the events it describes, the memoir is remarkable for the ability of its author to recall so many events in detail and for the way he is able to be fair to all those caught up in the tragic dilemmas of those years. It is a major contribution to our understanding of the fate of Jews in smaller Polish towns during the Second World War and the conditions which made it possible for some of them, like Rubin...to survive..." --Antony Polonsky, Brandeis University, Albert Abramson Professor of Holocaust Studies
About the Author
Rubin Katz was born in Ostrowiec Swietokrzyskie, Poland, where his family owned and ran the Amor confectionery factory. He now resides in England, where he founded a successful clothing business under the same name.
Źródło: amazon
piątek, 23 grudnia 2016
Zagłada rodziny Szteinów
JANUARY SKARBA ur. 1937r.
nagranie z kwietnia 2014r.
[...]
Tu było ogrodzenie, zaraz za nim było zagłębienie, częściowo jest ono jeszcze widoczne. Myśmy tutaj pasali kozy w okresie okupacji. I przy okazji była jakaś szmacianka, grało się w piłkę. To co pan widzi, o była betoniarnia Wiktorowicza, sięgała do tego wysokiego muru. Tam gdzie stoją te wysokie drzewa, betoniarnia się kończyła. Ten pan Wiktorowicz miał tu domek usytuowany jak tablica "Radom, Rzeszów", tuż przy samym murze. Ja z rodzicami mieszkałem przy ulicy Kamiennej. Ta kamieniczka piętrowa była moich dziadków, potem moich rodziców, a później moja. To był jedyny wysoki budynek, z którego można było prowadzić jakieś obserwacje. I częściowo z tego budynku drewnianego mogli obserwować mieszkający tam pani Łodykowska, pani Kędzierska, pani Dudzina i inni. Podejrzewam, że obserwowali ale nikt do nikogo się nie zwierzał. Z drugiej strony były posesje pana Kusala, pana Ślęzaka, pana Molędy i pana Zycha. To wysokie drzewo to jest jeszcze w posesji naszej. Następne to były niziutkie domy - dziś już ich nie ma - więc nie wiem jak oni mogli obserwować. Ale wiem, że ludzie wymieniali się informacjami.
Ten pan, tam przy murze, miał dom a tu robił sobie kręgi i bloczki betonowe. Czy on tu mieszkał? Być może tak, w okupację. Jak stąd wychodził a my paśliśmy te kozy, to nie lubił jak się go zaczepiało, bo był trzeźwy. Tylko "dzień dobry", "dzień dobry" i poszedł. Jak już trzeba było gonić te kozy, tośmy zwlekali celowo, bo on późnym popołudniem wracał. Słychać było, że wraca, bo się darł niesamowicie od mostu. Darł się, śpiewał jakieś rzeczy, nie pamiętam. No to zaczepialiśmy go "Panie Wiktorowicz, daj pan na cukierka". My najmniejsi chłopcy, to mieliśmy najmniej do gadania. Natomiast ci starsi, czy miał kozę czy nie miał, to przychodził, bo wiedział, że ten Wiktorowicz będzie szedł. Pieniądze mu z kieszeni wylatywały, nie zawsze ale wylatywały. Wszystko to przechwytywali ci starsi. A jak szedł, to na rogu był sklep jak kiosk, papierosy, gazety. Pani Swobodzina tam sprzedawała. I był słup ogłoszeniowy, betonowy. Bywało tak, że jak się bardzo opił i doszedł to tego słupa, to macał i zemścił, że go zamurowano. Wtedy ktoś go odciągał: "Panie Wiktorowicz, tędy". Szedł tutaj i już do bramy. Jego żona musiała mieć na imię Kazimiera. Nasze nieszczęście polegało na tym, że moja siostra była także o imieniu Kazimiera. Ona miała 16, 17 lat. Ale jak on szedł od bramy, to szedł prosto na nas i wołał: "Kaziu, nie kochasz mnie?" Ojciec mówił do mojej siostry: "Co ty masz wspólnego z tym człowiekiem?!" Później się okazało, że Kazimiera to była jego żona. Widocznie wiedziała co on robił, no to go odtrącała. A on ciągle stawiał pytania czy go jeszcze kocha. Tak to było.
Zauważyliśmy, że wciąż ktoś do nas przychodził z sąsiadów. Ojciec z panem Zychem obserwowali teren betoniarni. Zastanawiałem się co oni tak stoją na ganku. A oni obserwowali. Widać było w świetle księżyca ludzi, jak przemykają przy ścianie. Co to za ludzie? Rodzice wiedzieli w czym rzecz. Dla nich nie było to nic nowego. Odgadli wprost, że on przechowuje Żydów. Bo skąd raptem taki człowiek, gdzie interesu w okupację w zasadzie nie było żadnego, ma pieniądze, codziennie jest pijany. I jak to się stało, że idzie, drze mordę i nikt mu nie zwrócił uwagę. Przecież gestapo było na Chmielnej. Albo przekupił tych ludzi albo nie wiem, że bezkarnie sobie chodził. Wprawdzie w dzień, ale w końcu to był Polak.
I tak gdzieś, to był koniec lata '44 roku, raptem ten pan przestał pić, to znaczy nie chodził już taki pijany i nikogo się tu nie widziało. Moi rodzice i sąsiedzi doszli do wniosku, że ci Żydzi się stąd wyprowadzili. Okazało się, że nie. Nie wyprowadzili się. To znaczy na tamten świat to on ich wyprowadził.
Pasiemy kozy, to był rok chyba 45 albo 46. Pasiemy kozy i raptem zaczęli nas stąd wyganiać, coś się tu dzieje. No więc dlaczego. Mieliśmy takiego sąsiada Olka Kosiora, on miał zamiłowanie do koni, nadzwyczaj kochał te konie, ciągle się bratał z woźnicami a jak nie to chodzi na targ do chłopów i pomagał przy koniach. On nam powiedział: gdy się ruch zaczął w betoniarni, interes z drenami, bo każdy próbował odbudować gospodarstwo, najczęściej ludzie zaczynali od studni, bo to życiodajna rzecz. Więc kupowali tu dreny i był ścisk niesamowity. A że był bałagan, nikt nie potrafił zaprowadzić porządku, więc każdy jak sobie stanął, jak załadował tak jechał. I w końcu jeden z tych koni z wozem pełen dren, jakoś chcieli cofnąć, zaparł się ten koń i wpadł. Okazuje się, że wpadł do studni. Najpierw straż przyjechała, później jakoś straż znikła i przyprowadzili tutaj jeńców niemieckich, takich zgrzybiałych dziadków w mundurach, może załamani byli i tak wyglądali, w każdym razie byli to ludzie starzy. I oni coś tam przy tej studni grzebali. Już wtedy się dowiedzieliśmy, że wyszło na to, że w tej studni są ci Żydzi, którzy byli tu przetrzymywani. Tak to wyglądało. Wyciągali tych Żydów, mieli tam jakieś osęki, były tam takie beczułki, do tych beczułek ich kości były poprzywiązywane. A on, ten człowiek, zabił tych ludzi, tam ich zamordował, wrzucił do tej studni i denko zrobił drewniane. Gdyby to zasypał, miał tyle czasu, to nieprędko by to wyszło. Później co to było, jak to było nie wiadomo. Tutaj chyba sprawy nie było. Zresztą ja jako dziecko zajmowałem się innymi sprawami, a nie Wiktorowiczem. Ale to mi utkwiło długo i do dnia dzisiejszego. [...] Nic nie zapamiętałem z tych czasów jak pasienie tych kóz i to zdarzenie. [...]
/nagranie i opracowanie tekstu: Wojtek Mazan/
Zauważyliśmy, że wciąż ktoś do nas przychodził z sąsiadów. Ojciec z panem Zychem obserwowali teren betoniarni. Zastanawiałem się co oni tak stoją na ganku. A oni obserwowali. Widać było w świetle księżyca ludzi, jak przemykają przy ścianie. Co to za ludzie? Rodzice wiedzieli w czym rzecz. Dla nich nie było to nic nowego. Odgadli wprost, że on przechowuje Żydów. Bo skąd raptem taki człowiek, gdzie interesu w okupację w zasadzie nie było żadnego, ma pieniądze, codziennie jest pijany. I jak to się stało, że idzie, drze mordę i nikt mu nie zwrócił uwagę. Przecież gestapo było na Chmielnej. Albo przekupił tych ludzi albo nie wiem, że bezkarnie sobie chodził. Wprawdzie w dzień, ale w końcu to był Polak.
I tak gdzieś, to był koniec lata '44 roku, raptem ten pan przestał pić, to znaczy nie chodził już taki pijany i nikogo się tu nie widziało. Moi rodzice i sąsiedzi doszli do wniosku, że ci Żydzi się stąd wyprowadzili. Okazało się, że nie. Nie wyprowadzili się. To znaczy na tamten świat to on ich wyprowadził.
Pasiemy kozy, to był rok chyba 45 albo 46. Pasiemy kozy i raptem zaczęli nas stąd wyganiać, coś się tu dzieje. No więc dlaczego. Mieliśmy takiego sąsiada Olka Kosiora, on miał zamiłowanie do koni, nadzwyczaj kochał te konie, ciągle się bratał z woźnicami a jak nie to chodzi na targ do chłopów i pomagał przy koniach. On nam powiedział: gdy się ruch zaczął w betoniarni, interes z drenami, bo każdy próbował odbudować gospodarstwo, najczęściej ludzie zaczynali od studni, bo to życiodajna rzecz. Więc kupowali tu dreny i był ścisk niesamowity. A że był bałagan, nikt nie potrafił zaprowadzić porządku, więc każdy jak sobie stanął, jak załadował tak jechał. I w końcu jeden z tych koni z wozem pełen dren, jakoś chcieli cofnąć, zaparł się ten koń i wpadł. Okazuje się, że wpadł do studni. Najpierw straż przyjechała, później jakoś straż znikła i przyprowadzili tutaj jeńców niemieckich, takich zgrzybiałych dziadków w mundurach, może załamani byli i tak wyglądali, w każdym razie byli to ludzie starzy. I oni coś tam przy tej studni grzebali. Już wtedy się dowiedzieliśmy, że wyszło na to, że w tej studni są ci Żydzi, którzy byli tu przetrzymywani. Tak to wyglądało. Wyciągali tych Żydów, mieli tam jakieś osęki, były tam takie beczułki, do tych beczułek ich kości były poprzywiązywane. A on, ten człowiek, zabił tych ludzi, tam ich zamordował, wrzucił do tej studni i denko zrobił drewniane. Gdyby to zasypał, miał tyle czasu, to nieprędko by to wyszło. Później co to było, jak to było nie wiadomo. Tutaj chyba sprawy nie było. Zresztą ja jako dziecko zajmowałem się innymi sprawami, a nie Wiktorowiczem. Ale to mi utkwiło długo i do dnia dzisiejszego. [...] Nic nie zapamiętałem z tych czasów jak pasienie tych kóz i to zdarzenie. [...]
/nagranie i opracowanie tekstu: Wojtek Mazan/
Aron Friedental, Warszawa, 28-go maja
1947 roku
Do Centralnej Komisji
Historycznej w Łodzi
Potwierdzam odbiór listu Panów z
dnia 22-go maja rb. i komunikuję co następuje:
Mord dotyczy rodziny Szteinów, która
składała się z 4-ch osób: matki, ojca i 2-ch synów. Ojciec, Emil
Sztein, był przed wojną właścicielem fabryki wódek i likierów w
Krakowie pod firmą "Arkadia". Podczas okupacji został on,
jako fachowiec, sprowadzony do Ostrowca i zatrudniony przez jednego z
głównych pogromców Żydów Ostrowieckich, Franza Jagera, w
fabryce, którą tenże Jager odebrał właścicielowi Żydowi.
W czasie przebywania w Ostrowcu
rodzina Szteinów korzystała ze swych możliwości przy pracy, by
nieść pomoc Żydom przebywającym w obozie pracy, istniejącym przy
Zakładach Ostrowieckich (Ostrowitzer Hochoffen und Werke).
25-go lipca 1944 r. w dniu likwidacji
obozu rodzina Sztein uciekła do przygotowanej zawczasu kryjówki w
mieszkaniu niejakiego Wiktorowicza przez cały rok uprzedni, by tylko
zapewnić sobie bezpieczny schron.
Po oswobodzeniu ustaliliśmy na
podstawie poufnie zebranych wiadomości, że 6 dni przed wkroczeniem
Armii Czerwonej całą rodzinę zamordowano i zakopano w starej
studni na terenie posesji, gdzie mieszkał Wiktorowicz.
Jako prezes Komitetu Ostrowieckiego
przestawiłem w 1945 r. tę sprawę odnośnym władzom, zaś
sekretarz naszego Komitetu ob. Elżbieta Stiftarowa osobiście
zreferowała dokładny przebieg sprawy, podając nazwiska sprawców
mordu oraz miejsca, gdzie zostały zamordowane ofiary.
Po tym meldunku w r. 1945 władze
bezpieczeństwa zatrzymały Wiktorowicza i Kuzduba, lecz zostali oni
po pewnym czasie zwolnieni, i sprawa ucichła.
Dnia 11-go maja r.b. otrzymałem z
Ostrowca telegram następującej treści: "Przyjechać
natychmiast odnaleziono Szteinów". Pojechałem niezwłocznie i
na miejscu ustaliłem następujące szczegóły:
Posesja, na terenie której popełniono
zbrodnię, ostatnio została objęta przez Samopomoc Chłopską.
Organizacja ta rozpoczęła remont gmachu. Pewnego dnia wjeżdżający
z materiałami budowlanymi wóz, zaprzężony w konie, ugrzązł i
konie utknęły w świeżo przekopanej ziemi. W czasie wyciągania
wozu z końmi kierownik organizacji zauważył, że w miejscu tym
była studnia. Wobec tego, iż kopanie studni leżało w
przewidzianym planie robót, postanowił on zasypaną studnię
odkopać. Przystępujący do pracy robotnicy w czasie prowadzenia
robót ziemnych natknęli się na zwłoki 4-ch ofiar, w których
rozpoznano Szteinów.
Natychmiast zameldowano o wypadku
Urzędowi Bezpieczeństwa, który na podstawie posiadanego
zameldowania (złożonego w swoim czasie przez mnie) z przed 2-ch lat
aresztował Wiktorowicza i Kuzduba. Przeprowadzona przez miejskiego
lekarza sekcja zwłok wykazała, że ojciec i synowie zostali
zarąbani, natomiast Szteinowa miała rozpłataną głowę jakimś
ostrym narzędziem. Śledztwo i sekcja były prowadzone w obecności
i z polecenia sędziego śledczego Rogowskiego [?].
Jak można było ustalić na podstawie
początkowych zeznań, ofiary zostały zamordowane w nocy z 8-go na
9-go stycznia 1945 r. tj. 6 dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej
(Ostrowiec został oswobodzony dnia 16-go stycznia 1945 r.)
Śledztwo jest w toku. Sprawa podlega
Prokuratorowi Wojewódzkiego U.B. w Kielcach.
Dnia 11 bm. zwłoki ofiar pochowane
zostały na cmentarzu żydowskim w Ostrowcu w obecności garstki
Żydów Ostrowieckich. Grób ich znajduje się w szeregu mogił
żydowskich pochowanych w czasie okupacji i po wyzwoleniu.
Jak mi dotąd wiadomo, to w związku
ze sprawą zatrzymano 4 osoby, zaś reszta sprawców jest
poszukiwana. Jestem w stałym kontakcie z odnośnymi władzami oraz
Żydami, przebywającymi w Ostrowcu. O biegu sprawy jestem dokładnie
poinformowany.
Kończąc mój opis nie mogę pominąć
następujących okoliczności, wykazujących niesłuszną obojętność
ze strony Żydów dla tego rodzaju wypadków!
Niezwłocznie po otrzymaniu telegramu
z Ostrowca, zwróciłem się telefonicznie do Jointu, prosząc o
wyznaczenie mi terminu konferencji w tej sprawie. W toku rozmów
dyrektor Bein, któremu przedstawiłem konieczność wydelegowania
razem ze mną kogoś z władz, celem nadania sprawie odpowiedniego
kierunku, odpowiedział mi, że Joint, jako instytucja zagraniczna,
nie może interweniować w tego rodzaju wydarzeniach i skierował
mnie do prezesa CKŻP ob. Adolfa Bermana. Prezesa Bermana nie
zastałem i zostawiłem wyżej wymieniony telegram z odpowiednią
adnotacją urzędującej sekretarce, która przyrzekła dać o godz.
6-ej telefoniczną odpowiedź. Ponieważ o umówionej godzinie
odpowiedzi nie było, zaś sprawa nie mogła ulec zwłoce, wyjechałem
do Ostrowca. Po moim powrocie z Ostrowca, gdzie byłem 3 dni,
zwróciłem się ponownie telefonicznie do CKŻP, lecz prezesa znów
nie było, zastałem urzędującego generalnego sekretarza ob.
Lazebnika [?]. Temu ostatniemu zreferowałem sprawę i zdumiony byłem
otrzymaną odeń odpowiedzią: Primo: że jest bardzo zajęty,
secundo: po przedstawieniu konieczności interwencji u władz, by
morderstwo zostało zakwalfikowane jako "rasowe", nie zaś
jako zwykła zbrodnia i nie podlegało amnestii - ob. Lazebnik
oświadczył, że mamy zaufanie do naszych władz, które z pewnością
sprawiedliwie ocenia przebieg wypadków.
Ja jednak stoję na stanowisku, że
interwencja u władz jest najlepszym świadectwem zaufania do nich,
zaś interwencja przedstawicieli wymordowanego żydostwa jest wyrazem
współpracy w ściganiu morderców - naszych wspólnych wrogów.
Moim zdaniem interwencja musi być,
aby prokurator należycie i właściwie zakwalifikował morderczy
czyn, zwłaszcza, że wykrycie przestępstwa nastąpiło w tak
niezwykłych okolicznościach.
Łączę wyrazy szacunku dla naszego
Szanownego historyka dra J. Kernisza oraz obrońcy naszego honoru mgr
H. Blumentala
kreślę się
A. FRIEDENTAL
Źródło: Żydowski Instytut Historyczny
czwartek, 15 grudnia 2016
1942-1944
![]() |
ul. Głogowskiego (wówczas Radomska), 1942 r. |
![]() |
ul. Siennieńska, 1942 r. |
![]() |
ul. Siennieńska, 1942 lub 1943 |
![]() |
ul. Kościelna, 1944 r. |
Źródło: Żydowski Instytut Historyczny
niedziela, 11 grudnia 2016
Zdjęcie rodzinne Muszkiesów
![]() |
Rodzina Muszkiesów około 1910 roku, od lewej: Bluma, Chana Hinda, Abram Moszek, Izaak, Chaja i Szmul - późniejszy fotograf, fot. Dawid Erlich [?], Ostrowiec. |
czwartek, 8 grudnia 2016
Szpilman
The world would come to know Leo Szpilman (later Spellman) as a renowned musician and Holocaust survivor. But little did anyone know, Leo’s all-too-common story was told in an uncommon fashion– through his three-part musical composition.
His talent became his lifeline during the Holocaust. After the German occupation of Poland, Leo was placed in the Ostrowiec ghetto, where he established an orchestra.
In the grueling circumstances of ghetto life, Leo’s musical craft captured the attention of an SS guard who agreed to lighten his workload in exchange for accordion lessons. When the guard received word of Jewish deportations from the ghetto, their relationship quickly inspired the guard to help Leo and his wife escape to a nearby forest.
It wasn’t until the end of the war that the couple emerged from hiding and Leo found peace again in his music. During his time at the Furstenfeldbruck displaced persons camp, he composed his Rhapsody 1939-1945, an ode to victims of the Holocaust. After debuting the piece in 1947, Leo stowed the score in a suitcase, leaving the memories of the Holocaust on paper, not to be heard again until the 2000s.
Źródło: United States Holocaust Memorial Museum
wtorek, 22 listopada 2016
Postcard
Meir Bulka:
In 1929, my
grandfather Moshe-Aharon Bulka left Poland and immigrated alone to Israel, in
anticipation lay the basis for bringing family from Poland to Israel. My
grandfather worked in all sorts of jobs until he found permanent work, it would
enable him to pay enough money to buy the certificate (The white paper) that
will allow him to bring the rest of the family to Israel. This
postcard was sent from Israel to Poland for the 1934 Jewish New Year represents
the Land of Israel at the beginning of construction and prosperity while Israel
was under the control of the occupation of the British Mandate.
The NEW
YEAR postcard shows the King David Hotel
in Jerusalem, Allenby Street, Lilienblum Street and Ben Yehuda Street, which
symbolized the anticipated economic boom and the National Library Building and
the Western Wall, symbolizing the tradition of the people of Israel.
As a
photographer, I renovated a few image and planted to replace those old, the
same places, as they are today, and here is the same overt 82 years ahead. A kind of
tribute to those who dreamed. That was
his dream, and now we had a big family, children, grandchildren and
great-grandchildren.
Means, a
dream come true.
poniedziałek, 7 listopada 2016
Lea Alterman (Balint)
Dzięki uprzejmości Grzegorza Nowaka
Więcej: Lea Balint – ocalona przez siostry franciszkanki
Zobacz wpis: Dziecko bez właściwości
środa, 2 listopada 2016
Shana Tova
Message from Meir Bułka:
Shana Tova
1936 Pearl Bulka, my grandfather's sister. Pearl was
born in 1918, the Happy New Year's postcard was printed out when she was 18.Pearl and
the rest of the family were sent to Treblinka from Ostrowiec in 1942 where she
was murdered when she was only 24.The
postcard has a little remodeling with color and some fixed.
Tłumaczenie wiadomości od Meir Bułki:
Szczęśliwego Nowego Roku 1936 dla Perli Bułki, siostry mojego dziadka. Perla urodziła się w 1918 r., więc miała 18 lat gdy owa noworoczna karta pocztowa została wydrukowana. Perla, tak jak reszta rodziny z Ostrowca, trafiła do Treblinki w 1942, gdzie została zamordowana w wieku 24 lat. Karta pocztowa została delikatnie wzbogacona kolorem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)