wtorek, 28 maja 2013

Nadmiar pamięci

Icchak Cukierman „Antek”
„Nadmiar pamięci (siedem owych lat). Wspomnienia 1939-1946”
Warszawa 2000

str. 113-115
„Byłem zaszokowany wiadomościami o Ponarach. Nie wiedziałem co ze sobą począć. O mojej rodzinie Heniek umiał powiedzieć tylko tyle, że żyją. Musiałem podjąć decyzję, czy planowana przeze mnie podróż ma jeszcze sens. Cios był wielki. To już nie pogrom! Świadomość, że Ponary to śmierć, zwaliła mnie z nóg. Wiele razy miałem to na końcu języka, ale tej nocy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że to totalna śmierć. Było to w listopadzie 1941 roku. I tej nocy musiałem postanowić, co robić. Byłem zdecydowany nie wracać do getta, nieważne, co będzie. Chciałem być trochę sam z sobą.
[…] Pamiętam tę noc na dworcu w Warszawie, jak Niemcy bili tam Polaków. Naprawdę bili. Ja przypadkiem nie zostałem pobity, ale widziałem poniżenie Polaków. W tamtych dniach nie było oświetlenia w wagonach i moi towarzysze podróży nie widzieli mej twarzy. Była chyba trzecia nad ranem. Jesień, ponura noc. Tak jak i mój nastrój. Lało jak z cebra. Tak dojechałem do Ostrowca. Z dworca jechałem wozem. Kto miał bilet kolejowy, mógł znajdować się na ulicy mimo godziny policyjnej.
Wóz dojechał do rynku i wszyscy wysiedli. Ja też. Deszcz nie przestawał padać. Musiałem odszukać dom kolegi. Było ciemno. Miałem zapałki. Wypaliłem wszystkie, do ostatniej. Ale nie mogłem znaleźć poszukiwanej ulicy. Nagle usłyszałem niemieckie słowa i szczekanie psów. Wiedziałem, że jeśli mnie złapią, nie pomoże mi bilet kolejowy ani całkiem niezłe fałszywe dokumenty.
Wszedłem w wąską uliczkę. Pamiętam, że stanąłem i zadałem sobie samemu pytanie: Może są tu Żydzi? Noc była cicha. Usłyszałem znów niemiecki język i szczekanie psów. Zapukałem do jakichś drzwi, usłyszałem szepty, zapaliło się światło i otworzyły drzwi. Zapytałem: Żydzi? I wpuścili mnie. Okazało się, że była to domowa restauracja. Nazwisko właściciela restauracji brzmiało Cukierman. Powiedziałem im, że Niemcy się zbliżają. Zgasili światło, posłali mi łóżko. Dali mi też coś do zjedzenia. Ale była to bezsenna noc.
Nazajutrz spotkałem Gerszona Dichtera, nauczyciela hebrajskiego w miejscowej szkole Tarbut. Był zbliżony do Haszomer Hacair. Zaprosił do siebie kilku przyjaciół. Jednym z nich był młody poeta hebrajski, Malkiel Lusternik, który stał na czele rejonowej ŻSS i mieszkał w Opatowie. W spotkaniu wziął udział również Icchak Rubinstein, przewodniczący Judenratu w Ostrowcu. Był wysokim, siwym mężczyzną. Dichter powiedział mi, że jest uczciwym człowiekiem. I byli jeszcze inni, których nazwisk już nie pamiętam. Zebrali się, by wysłuchać przywiezionych przeze mnie wiadomości. Opowiedziałem im szczegółowo o hiobowych wieściach przywiezionych z Wilna przez Heńka. Słuchali uważnie, pytali, czy ufamy Grabowskiemu, i nie byli w stanie pojąć, jak można, tak po prostu, zgładzić całą gminę żydowską.
Jeden z nich powiedział: „To straszne, ale trzeba zakładać, że mowa o zemście Niemców na Żydach, którzy byli pod panowaniem bolszewików. Jak wiadomo, Żydzi przyjęli przyjaźnie Armię Czerwoną, czym wywołali nienawiść swoich sąsiadów. Niemcy mają swoje rachunki z reżymem bolszewickim. Armia Czerwona uciekła. I kto został? Żydzi! Jesteśmy kozłem ofiarnym”.
Rubinstein powiedział, że trudno z tego jednego przypadku wnioskować, że Niemcy mają ujednolicony model traktowania Żydów. Tak czy inaczej, jesteśmy uzależnieni od miejscowych władz. Jeśli uda się ułożyć dobre stosunki ze znajdującymi się na miejscu Niemcami, są dobre szanse na przeżycie wojny. Weźmy dla przykładu dwa miasta: Radom i Kielce. W Radomiu biją Żydów za to, że nie zdejmują czapki przed Niemcami, a w Kielcach za to, że zdejmują czapkę. Albo Warszawa: zamknięte getto, otoczone murami i drutem kolczastym, nękane głodem i tyfusem. A w Ostrowcu – otwarta dzielnica żydowska i jedzenia pod dostatkiem. Jak można więc wnioskować, że jedna ręka niemiecka kieruje żydowskim losem?
W Ostrowcu stosunki z miejscowymi władzami niemieckimi były doskonałe. Zrozumiałe, że nie brakowało tragedii. Nie należy jednak narażać na zbędne niebezpieczeństwa ani jednostki, ani całej społeczności. Wystarczą nieuniknione cierpienia. Młodzież z Ostrowca i Opatowa wycierpiała wiele przy budowie umocnień niemieckich na Bugu, przed wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej. Teraz panuje w Ostrowcu spokój. Na krótko przed moim przyjazdem odbył się tu w jednej z sali wieczór poświęcony Żydowskiej Samopomocy Społecznej i niemiecki funkcjonariusz siedział w pierwszym rzędzie i bił brawo. W Warszawie nie było to możliwe. Nie wolno uogólniać, bez względu na to, jak głęboki jest smutek i ból.
Tak mi mówili w Ostrowcu i tak uważali w Opatowie. Rubinstein starał się utrzymywać dobre stosunki z władzami i wierzył, że „dobry” Niemiec zawsze będzie był brawo. Rubinstein, a wraz z nim inni z Ostrowca, byli pierwszymi, który dowiedzieli się ode mnie o Wilnie, o wielkiej rzezi. Wątpliwe, czy wyciągnęli z tego odpowiednie wnioski. I rzeczywiście, gdy nadszedł krytyczny moment, Rubinstein zachował się dokładnie tak samo, jak ludzie Judenratu w innych miejscowościach.
Spędziłem w Ostrowcu kilka dni, a następnie udałem się – pieszo – do Opatowa. Chciałem być sam. Byłem wzburzony, różne myśli nie dawały mi spokoju. Gdy minęło pierwsze przygnębienie i strach, obraz zaczął się przejaśniać. Wiedziałem, że burza nie niszczy nasienia złożonego w ziemi. Właśnie w takich dniach znaczenie Ruchu jest wyjątkowo ważne. Należy zebrać siły i podjąć działalność dyktowaną przez rzeczywistość. Szczególnego znaczenia nabiera w takich dniach właśnie kibuc, w którym skoncentrują się młode, witalne siły, by przygotować się do nadchodzących dni. Myślałem o założeniu kibucu szkoleniowego w Opatowie. Mimo że nie było tam stacji kolejowej i trzeba był tam iść pieszo z Ostrowca.
Moja rozmowa z Malkielem Lusternikiem na ten temat nie udała się. Mieliśmy tam sporą grupę towarzyszy, wśród nich był także Kalman Czernikowski, i myślałem, że przy pomocy Lusternika uda się nam założyć tam kibuc. Ale Lusternik miał zastrzeżenia i powiedział mi wyraźnie, że nie będzie mógł udzielić pomocy. W przeszłości był zbliżony do Gordonii i był członkiem Hitachdut. Przy jakiejś okazji opowiedziałem o tej sprawie Icchakowi Kacenelsonowi, który był z nim zaprzyjaźniony. I Icchak napisał do niego bardzo ostry list.
Pomoc nadeszła z niespodziewanej strony. Rubinstein, przewodniczący Judenratu w Ostrowcu, zgodził się oddać do naszej dyspozycji mieszkanie i inne niezbędne środki. Tak założyliśmy nowy ośrodek, właśnie w tych bolesnych dniach. Rubinstein pomógł nam w znalezieniu pracy na miejscu. Oprócz miejscowej młodzieży skoncentrowała się tam grupa młodych uchodźców. Była wśród nich Frania Beatus (przypis 4: Frania Beatus, członek Dror, pochodziła z Konina, do Warszawy przyjechała w 1942 roku; łączniczka Cukiermana po aryjskiej stronie; popełniła samobójstwo 12 V 1943, w wieku 17 lat.), która później odegrała ważną rolę. Część ludzi z Ostrowca i Opatowa znałem z organizowanych przez nasz ruch kolonii letnich.
Mniej więcej po tygodniu wróciłem do Warszawy. Jeszcze gdy byłem w Ostrowcu, wyszło rozporządzenie, zgodnie z którym Żyd ujęty w pociągu bez zezwolenia będzie rozstrzelany. Młody chłopak żydowski z Ostrowca został złapany na dworcu – może nawet nie wiedział o tym rozkazie – i został rozstrzelany na miejscu.
Teraz, gdy wracałem z Opatowa, ponieważ moje dokumenty nie były najlepsze, a także dlatego że byłem bardzo przygnębiony, postanowiłem spróbować dostać od Lusternika papiery, które pozwolą mi w miarę możliwości swobodnie podróżować. Lusternik chętnie mi to załatwił. Jechałem więc do Warszawy jako wysłannik ŻSS-u w Opatowie i okolicach.
[…]
W naszym życiu zaczął się nowy rozdział, jeden z najgorszych. Jego charakterystyczna cecha – uświadomienie sobie końca. […] Reakcje były różne. Młodzież wchłaniała nie tylko informację, ale również jej interpretację. A interpretacja brzmiała: to początek końca. Totalny wyrok śmierci na Żydów.
Nie akceptowaliśmy interpretacji, którą słyszałem także w Ostrowcu, że wszystko to spada na nas z powodu komunizmu. […] To była interpretacja starszej generacji. Dlaczego ją odrzucałem? Uważałem, że gdyby była to zemsta Niemców na żydowskich komunistach, to zrobiliby to w pierwszych dniach po zdobyciu terenów wschodnich. Ale było to działanie zaplanowane i zorganizowane. […] Nie był to sporadyczny wybuch. Było to jeszcze, zanim otrzymaliśmy informacje o Chełmie [nad Nerem], które ruszyło cała parą w grudniu-styczniu.”

str. 248-249
„W odległości 100-150 metrów od bramy zobaczyłem Franię Beatus, łączniczkę, której widok zawsze wywoływał mój uśmiech. Była w ruchu Dror, miała może 16 czy 17 lat. Była bardzo sympatyczną blondynką, pochodziła z Konina. Działał tam swego czasu oddział Haszomer Hacair. Pamiętam ich specyficzny dialekt żydowski, jakiego nie słyszałem w żadnym innym miejscu. Przed wojną nie znałem Frani – musiała wtedy mieć 16 lat.
Po wysiedleniu Żydów z Konina dotarła do Ostrowca, gdzie przyłączyła się do ruchu Dror. Berl Braude wciągnął ją do ŻOB-u. Organizacja działała w Ostrowcu do końca 1942 roku, kiedy otrzymali polecenie rozwiązania organizacji, ponieważ nie mieli broni i nie byli w stanie się bronić. Berl przeniósł wówczas całą grupę do Warszawy. Ponieważ Frania miała wygląd typowej sziksy (nieżydowskiej dziewczyny), wysłaliśmy ją, na początku 1943 roku, na aryjską stronę jako łączniczkę. Teraz jej zadaniem było przyjęcie mnie po aryjskiej stronie i zorganizowanie mi mieszkania.”

str. 252
„I oto nadszedł 19 kwietnia. Zaskoczył mnie całkowicie.
[…]
Frania nie przestawała płakać. Powiedziała, że nic więcej nie może zrobić, nie może dłużej żyć i zamierza popełnić samobójstwo. Powtarzała to kilkakrotnie. Na marginesie: Frania miała chłopaka, nazywał się Dawid Szulman. Frania nie wiedziała, czy Dawid żyje, czy zginął. Dawid pochodził z Ostrowca i miał chyba obce obywatelstwo, ale spalił swe dokumenty, przyłączył się do ŻOB-u i odmówił opuszczenia getta. Możliwe jednak, że mylę go z kimś innym. Tak czy inaczej, nie tylko to było przyczyną stanu psychicznego Frani, która nie przestawała płakać i mówić o samobójstwie. […]”

str. 354
„[…] z każdego człowieka – bez względu na narodowość, rasę i wyznanie – można zrobić „Żyda”, zmusić go do tego, by zachowywał się jak „Żyd”.”

str. 357
„W powstaniu warszawskim walczyliśmy w różnych częściach Warszawy. Grupa członków ŻOB-u znajdowała się, na przykład, niedaleko Okęcia. Byłem u nich w bunkrze na krótko przed wybuchem powstania. Niemcy zdobyli bunkier i rozstrzelali naszych bojowników. Była to grupa członków Haszomer Hacair, którzy przyjechali z Ostrowca w grudniu 1943 roku. Przedtem byli w lasach i my ściągnęliśmy ich do Warszawy. Uważałem, że powinni wyjść z lasu, ponieważ w tej okolicy (około 100 km od Warszawy) nie mieli szans na przetrwanie w oddziale partyzanckim. Nie byli związani ani z AK, ani z AL; byli znienawidzeni przez otoczenie. Nienawiść do Żydów, a także do tych, którzy pomagali Żydom, była tam bezgraniczna.”

Brak komentarzy: